Z dr Iwoną Drąg-Korgą, prezes i dyrektor wykonawczą Instytutu Józefa Piłsudskiego w Ameryce rozmawia Tomasz Pudłocki.

 

– Maj był dla Pani miesiącem pełnym sukcesów. Najpierw została Pani odznaczona przez Prezydenta Polski Andrzeja Dudę Krzyżem Oficerskim Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej i niemal równocześnie została Pani wybrana do Rady Dyrektorów Polsko-Słowiańskiej Federalnej Unii Kredytowej. Proszę przyjąć najszczersze gratulacje. Myślę, że to dwa wyróżnienia, które uwypuklają Pani osiągnięcia. Jakie uczucia towarzyszyły Pani na wiadomość o ich otrzymaniu?

– Od 27 lat mieszkam w Nowym Jorku, z czego od 23 jestem związana z Instytutem Józefa Piłsudskiego w Ameryce, gdzie realizuję wiele projektów. Moja codzienna praca polega na opiece nad polskim dziedzictwem narodowym, czyli kolekcjami, które zgromadził Instytut oraz na szeroko pojętej edukacji o polskiej historii i kulturze w środowisku polonijnym i amerykańskim. Dostrzeżenie mojej pracy przez Pana Prezydenta jest wielkim wyróżnieniem dla mnie. To radość i zadowolenie, ale także świadomość, że należy działać dalej, z jeszcze większą wytrwałością i determinacją.
To drugie wyróżnienie, czyli wygranie wyborów do Rady Dyrektorów Polsko-Słowiańskiej Federalnej Unii Kredytowej rozpoczyna nowy etap w moim życiu. Dziękuję wszystkim, którzy na mnie głosowali i obiecuję profesjonalnie wspierać działalność Unii. To wielki honor móc pracować na rzecz największej etnicznej Unii w Stanach Zjednoczonych i mieć wpływ na zwiększanie jej zasobów finansowych i możliwości charytatywnych.

 

– Nie boi się Pani nowych wyzwań. Tak chyba bowiem trzeba ocenić przyjęcie nowej funkcji. Na jakich polach aktywności widzi Pani swoją rolę w Unii?

– Obowiązkiem każdego dyrektora Unii jest dbanie o jej rozwój finansowy. Mam także nadzieję na wykorzystanie mojej wiedzy i doświadczenia w zakresie wspierania polskiej kultury oraz edukacji polonijnej. Szczególnie leży mi na sercu kwestia rozwoju i umocnienia programu stypendialnego Unii, wsparcia wiodących projektów polonijnych, szczególnie w ważnym okresie rocznicowym 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości.

 

– Wróćmy na chwilę do przeszłości. Jest Pani rodowitą krakowianką. Co spowodowało, że postanowiła Pani porzucić Kraków i zamieszkać w Stanach?

 

– Moją pasją zawsze była historia. Już w szkole podstawowej wiedziałam, że będę chciała w przyszłości studiować ten przedmiot. Potem, w szkole średniej, gdzie trafiłam do klasy z rozszerzonym językiem angielskim, doszło zainteresowanie kulturą brytyjską i amerykańską. Po obronie pracy magisterskiej na Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie, gdy nadarzyła się okazja na wyjazd do Nowego Jorku w celu poszerzenia znajomości języka angielskiego, postanowiłam zaryzykować. Lubię nowe wyzwania i jeśli w coś się angażuję, to robię to z pasją. Nie sądziłam, że zostanę w USA. W Krakowie czekała na mnie praca na uczelni w zakładzie dydaktyki historii, ale pochłonęła mnie Ameryka.

 

– I została Pani w Instytucie? Dlaczego?

– W Nowym Jorku szukałam miejsca, gdzie będę mogła poszerzać swoją wiedzę z historii. Gdy trafiłam do Instytutu od razu wiedziałam, że jest to jedyne i wyjątkowe miejsce. Był rok 1994, kiedy zostałam wolontariuszem. Od tego czasu Instytut stał się moim domem. Tu poznałam wyjątkowych ludzi, którzy mnie ukształtowali. Tu rozwinęłam swoje umiejętności organizacyjne i społeczne. Od 1998 roku przeszłam całą drogę zawodową – od sekretarza/bibliotekarza po prezesa. Praca w Instytucie to ogromny zaszczyt, ale także obowiązek i misja. Gdy się raz tu wejdzie, nie zostawia się tego miejsca.

 

– Kiedy przed zaledwie paru laty Instytut Piłsudskiego został zmuszony do przeprowadzki ze swojej manhattańskiej siedziby, a następnie Pani poprzedniczka dr Magda Kapuścińska zrezygnowała z funkcji prezesa, postanowiła Pani stanąć na czele zarządu tej instytucji. Jakie ideały Pani przyświecały? Czas ich nie zweryfikował?

Przeprowadzka dla Instytutu była ogromnym wyzwaniem logistycznym i finansowym. Dziękuję wszystkim, którzy nas wtedy wsparli i wspierają nadal. Szczęśliwie Polsko-Słowiańska Federalna Unia Kredytowa zaprosiła nas na Greenpoint i wynajęła nam obecną siedzibę. Wierzę, że gdy się zamykają jedne drzwi to otwierają się drugie, które dają nowe możliwości. Tak jest w naszym wypadku. Gdy do Polski postanowiła wrócić dr Magda Kapuścińska, za aprobatą rady Instytutu, połączyłam funkcję dyrektora wykonawczego i prezesa. Moim celem jest dalszy rozwój Instytutu jako nowoczesnej placówki naukowo-edukacyjnej, profesjonalnej, przyjaznej ludziom, otwartej na potrzeby dzieci i młodzieży. Dzięki wsparciu Rady, pomocy pracowników i wolontariuszy udaje się te wszystkie elementy łączyć. Tak więc cały czas idziemy do przodu.

 

– Jak wygląda codzienność Instytutu?

Na co dzień zajmujemy się udostępnianiem materiałów archiwalnych, zarówno tym, którzy robią u nas badania naukowe jak i tym, którzy przysyłają pytania drogą mailową. Realizujemy także wszechstronny program digitalizacji zbiorów, nad którym czuwa dr Marek Zieliński, wiceprezes Instytutu. Do tego dochodzą programy otwarte dla publiczności, tj. projekcje filmów dokumentalnych, wykłady z zakresu historii, warsztaty dla dzieci i rodziców, lekcje historii i programy edukacyjne dla uczniów i nauczycieli.

Na pewno łatwiej byłoby nam sprostać wyzwaniom, gdybyśmy mogli zatrudnić więcej osób. Marzy mi się także osobne pomieszczenie na spotkania i warsztaty, i oczywiście wyższy budżet roczny.

 

– Zmiana siedziby z Manhattanu na Greenpoint, to także zmiana optyki. Niektórzy uważali, że prestiż instytucji spadł; inni – że Instytut stał się bliższy Polonii. Co Pani zdaniem daje Instytutowi obecna lokalizacja i jak Polonia greenpoincka może skorzystać na pojawieniu się wśród niej Instytutu?

– Moim zdaniem zmiana siedziby Instytutu okazała się niezwykle korzystna. Mamy bardzo ciekawą lokalizację w modnej dzielnicy jaką staje się Greenpoint. Zaraz na rogu jest stacja metra, a sama dzielnica jest jedną z najstarszych w Nowym Jorku, gdzie już na przełomie XIX i XX wieku zaczęli się osiedlać Polacy. Cała Polonia, nie tylko greenpoincka, może brać udział w bezpłatnych programach Instytutu. Okoliczne szkoły polonijne oraz amerykańskie, z pierwszym na Wschodnim Wybrzeżu dwujęzycznym programem polsko-angielskim w PS 34, szeroko korzystają z naszej obecności w starej polskiej dzielnicy. Odwiedzają nas seniorzy z klubów Amber i Krakus. Licznie przychodzą nasi członkowie i sympatycy.

Zapraszam wszystkich, którzy interesują się polską kulturą i historią do odwiedzenia Instytutu, zapoznania się z naszą stroną internetową: www.pilsudski.org. Zachęcam także do wstępowania w szeregi Instytutu. Państwa składki wspierają polskie dziedzictwo narodowe. Kalendarz naszych spotkań jest dostępny online. Z najbliższych inicjatyw polecę dosłownie kilka. Już 8 czerwca zapraszamy na bezpłatne porady prawne, 12 czerwca – na prezentację książki Marka Kusiby o Ryszardzie Kapuścińskim, które poprowadzi prof. Beata Dorosz, a 19 czerwca będziemy gościć dyrekcję IPN z Rzeszowa z wykładem o tematyce historycznej. Dzieci i młodzież zapraszamy do udziału w konkursie fotograficznym z okazji 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości. Obiecujemy piękne nagrody rzeczowe i pieniężne.

 

– Przed kilku został wydany Pani doktorat w formie książki pt. Polska Walczy! Działalność propagandowa rządu RP na uchodźstwie wobec społeczeństwa amerykańskiego 1939 –1945. Jest Pani też aktywnym członkiem Polish American Historical Association. Co Pani zdaniem zawodowi historycy polsko-amerykańscy mają do zaoferowania publiczności?
Nie jestem typowym naukowcem i badaczem. Historia jest nauką bardzo wymagającą – potrzebuje wiele czasu, ścisłego reżimu badawczego. Gdy się pracuje nad książką trzeba pisać każdego dnia – porzucić drobne przyjemności i skupić się na tekście.

– Ja mój czas muszę dzielić pomiędzy zarządzaniem Instytutem, zdobywaniem funduszy na działalność naszej placówki, organizacją programów i życiem rodzinnym. Na typowe badania naukowe pozostaje niewiele czasu. Od wielu lat działam jednak w PAHA, biorę udział w konferencjach, wygłaszam wykłady i prezentacje. Sądzę, że jako polsko-amerykański historyk mam odpowiednią wiedzę, a także umiejętność jej przekazywania różnym grupom wiekowym, zarówno w języku polskim jak i angielskim. Świetnie rozumiem specyfikę amerykańską i niuanse historii Polski i Ameryki, a to pozwala wytłumaczyć wiele spraw, nawet tych obecnych.

– Wiem, że jest Pani też nauczycielką polonijną i mamą kilkunastoletniej Oli. Czy dostrzega Pani potencjał dla Polski w nowym pokoleniu Amerykanów polskiego pochodzenia, które właśnie kończy szkołę średnią? A może uważa Pani, że to amerykańscy obywatele, dla których polskość powinna być tylko jednym ze składników tożsamości?

– Praca nauczyciela polonijnego to ogromne wyzwanie, ze względu na ograniczenia czasowe uczniów i nauczycieli, braki w materiałach edukacyjnych i inne problemy. Nauczanie polonijne to misja. W każdym tygodniu staję przed młodzieżą z Polskiej Szkoły Sobotniej przy parafii Św. Cyryla i Metodego na Greenpoincie. W tym roku mam klasę 12 – maturalną. Przygotowywanie lekcji, przekazywanie wiedzy sprawia mi ogromną przyjemność. Obserwuję, jak młodzi ludzie zaczynają być dumni ze swoich polskich korzeni. Młode pokolenie w wieku mojej córki, jest dumne ze swego pochodzenia polskiego. Bez oporów uczy się i posługuje językiem polskim, chętnie podróżuje do Polski, docenia kulturę i rozwój gospodarczy kraju nad Wisłą. Niektórzy myślą o swojej przyszłości w Polsce. To pokolenie to wielka siła Polski ale i Ameryki. Jestem przekonana, że mogą zrobić wiele dobrego.

 

– Podczas uroczystości 2 maja na dziedzińcu Pałacu Prezydenckiego w Warszawie, w imieniu wszystkich odznaczonych przez prezydenta, została Pani poproszona o zabranie głosu. Przypomniała Pani wówczas słowa marszałka Piłsudskiego, że „naród, który traci pamięć, przestaje być narodem”. W jaki sposób – Pani zdaniem – Polacy powinni je realizować, mieszkając w USA?

– Realizacja słów Józefa Piłsudskiego jest łatwa, jeśli zachowamy polski język, tradycje, kulturę narodową i przekażemy je przyszłym pokoleniom. To w pewnym sensie taki nowoczesny patriotyzm – pamiętamy o naszej pierwszej ojczyźnie nawet gdy mieszkamy w innym kraju. Jednak zachowanie takiej pamięci, o której mówił Marszałek wymaga codziennej pracy. Rozpoczyna się od rodziny, gdzie w domu mówimy po polsku, mimo pokus komercyjnych – celebrujemy Wigilię i obchodzimy Święta Wielkanocne, gdy pieczemy ciasta według receptury babci. To także posiadanie wiedzy o ważnych dla Polski sprawach i umiejętność jej prezentowania w środowisku amerykańskim. Czasami trzeba poświęcić się dla spraw polskich. Ile jest jednak satysfakcji, gdy uda się przekonać innych do polskiego spojrzenia na świat, to chyba wie każdy, kto podąża tą drogą.

 

– Można zauważyć jednak proces odwrotny. Wielu Polaków po przyjeździe szybko się amerykanizuje. Zmienia nazwiska, odcina się od Polonii, posługuje się głównie językiem angielskim. Z czego może wynikać taka postawa?

– Dawniej tak było łatwiej – im szybciej emigrant wtopił się w amerykańską przestrzeń tym szybciej poznawał język, zwyczaje. Często adaptacja do życia w USA bywała trudna, stąd dążenie świeżo przybyłych do jak najszybszego ułożenia sobie życia w nowym kraju. Taki styl wspierało dawnej państwo amerykańskie. Teraz jest inaczej. Nie trzeba się pozbywać polskiej tożsamości, aby dobrze prosperować w USA. Znajomość dodatkowego języka poza angielskim jest dużym atutem.

 

– Jest Pani członkiem różnych rad i gremiów o szerokim zasięgu – w czym tkwi siła, ale i słabość polonijnych instytucji? Innymi słowy, czy głos Polaków mieszkających w USA, kraju tak różnorodnym i trudnym do ogarnięcia, ma szansę być lepiej słyszanym?

– Polacy w USA są dużą grupą, w wielu miejscach dobrze zorganizowaną. Aby jednak osiągnąć satysfakcjonujące wyniki, a szczególnie obecność w amerykańskiej przestrzeni publicznej trzeba spełnić kilka warunków. Przede wszystkim trzeba mieć profesjonalną kadrę, odpowiedni budżet i plan działania. Większość organizacji polonijnych ma charakter charytatywny, ludzie działają tam jako wolontariusze w wolnych czasie. W takiej sytuacji osiąga się pewne cele, ale na poziomie lokalnym, a nie politycznym i federalnym.

– Mam trochę wrażenie, że jest Pani, jak słynna „kobieta pracująca, która żadnej pracy się nie boi”. Jak jednak Pani rodzina patrzy na to, że ma Pani tyle obowiązków służbowych i tak chętnie angażuje się Pani w prace społeczne?

– Działalność społeczna bardzo rozwija. Pomaganie innym w różnych dziedzinach a szczególnie na polu edukacji, kultury i historii polskiej daje wiele satysfakcji. W swoim życiu wielokrotnie doświadczyłam, że dobro powraca wtedy, gdy my sami potrzebujemy tego.

 

– Mąż się nie buntuje?

– Mój mąż Krzysztof pomaga mi podołać obowiązkom – nie narzeka, ale czynnie wspiera. Czasami nie jest łatwo pogodzić wszystkie nakładające się wydarzenia, jednak dobra organizacja pracy, planowanie i logistyka czynią cuda. Ważne jest jednak, aby odpowiednią ilość czasu spędzić z rodziną, zbudować przyjaźń, zaufanie i zrozumienie. Wtedy problemy życiowe łatwiej rozwiązać i znosić. Jako rodzina wspieramy parafię Św. Krzyża na Maspeth, której proboszczem jest ks. biskup Witold Mroziewski, wiara jest bowiem ważną częścią naszego życia.

– Czy Iwona Korga znajduje czas dla siebie? Jeżeli tak, to co lubi Pani robić po tzw. godzinach?

– Każdy powinien korzystać z wolnego czasu tak, aby zapewnić sobie dystans do rzeczywistości, codziennej pracy i problemów. W wolnych chwilach, czytam wspomnienia i biografie – nic tak nie pomaga jak prześledzenie skomplikowanych losów innych. Gdy mam więcej czasu, uwielbiam spacery, parki, góry i ocean. Z kolei podróżowanie to już najwyższa półka – zwiedzanie ciekawych miejsc, poznawanie nowych ludzi, bardzo lubię Florydę, Polskę i starą Europę. Do tego dodam dobrą muzykę i wino w limitowanych ilościach. Takie działanie zapewnia mi równowagę i spokój.

 

– Dziękuję za rozmowę.

 

Tomasz Pudłocki