Prom do Skandynawii … możliwość wyrwania się na Zachód, pohandlowania – to dla Polaków. A dla Skandynawów – wiadomo: nieustająca libacja na pokładzie.

Takie są stereotypy. Postanowiłem je sprawdzić metodą reportażu uczestniczącego.

Popłynąłem promem, gdyż powoli kończy mi się lista miast europejskich, do których można dolecieć tanimi liniami. Latanie ma swoje uroki ale jest też uciążliwe. Trzeba dojeżdżać autobusem lub pociągiem na odległe lotnisko, trzeba się rozpakowywać i rozbierać przy kontroli bezpieczeństwa. Trzeba starannie dobierać rzeczy które umieszczamy w walizce, żeby nie zostały skonfiskowane przez srogich mundurowych.

Choć lubię latanie, przysparza ono wiele stresów. Trzeba dokładnie zaplanować podróż, sprawdzić rozkłady, być na lotnisku odpowiednio wcześniej. Choć loty bywają tanie, wydajemy sporo na posiłki i drinki na lotniskach i już na pokładzie.

Przy podróży autobusem, pociągiem i właśnie promem, wielkich stresów nie ma.

Popłynąłem promem szwedzkich linii Stena. Z Polski pływają one z Gdyni do miasta Karlskrona. Są też jakieś statki wycieczkowe odpływające z Gdańska i promy ze Szczecina. W sumie jednak wielkiego ruchu na Bałtyku nie ma. Wiadomo – dziś do Szwecji się lata – do pracy, odwiedzić rodzinę. Promy są rozrywką, atrakcją turystyczną.
Ale nie tylko – przewożą też samochody osobowe i ciężarówki. Z podziwem patrzymy, jak po dopłynięciu do portu z brzucha ogromnego statku wyjeżdżają dziesiątki samochodów ciężarowych.

Na górnych pokładach są kabiny – od jedynek bez okna po apartamenty – na ponad tysiąc osób. Są trzy restauracje, bar z żywą muzyką (Polacy, śpiewający i grający na gitarze, z nagranym akompaniamentem – oszczędności armatora!). Do trzeciej w nocy czynna jest dyskoteka.

Restauracje, bary, sklep bezcłowy… spodziewam się libacji po skandynawsku. Jak czytałem, tak właśnie zachowują się Finowie pływający do Rygi, Tallina i Petersburga. Oni nawet nie schodzą z pokładu. Tu przecież mają swój raj, swoją ojczyznę, swoją tanią „Finlandię”.

Byłem mile rozczarowany postawą Szwedów. W barach pili po kilka piw – nie więcej niż Polacy. Ponieważ jednak alkohol jest w Szwecji bardzo drogi, kupowali w sklepie bezcłowym na potęgę. Stateczne małżeństwa i starsze panie pchały wózki supermarketowe wypełnione skrzynkami wina, wódki i piwa. Jest to strefa Schengen, a więc tylko macha się dowodem osobistym i praktycznie nie ma kontroli celnej. Jedynie powieszono na ścianie promu „zalecenia” Unii Europejskiej, by nie wywozić więcej niż 100 litrów piwa i 80 litrów wina (!).

Sam prom jest rozsądnym kompromisem między stateczkiem wycieczkowym a ogromnym statkiem, którym Państwo w Ameryce udają się na karaibski cruise. Oprócz wspomnianych barów jest jeszcze spa, kiosk i salonik-biblioteczka gdzie można korzystać z komputera lub sobie w spokoju czytać pijąc kawę.

Warto sprawdzać stronę linii Stena w poszukiwaniu promocji. Czasem można popłynąć za 59 złotych (gdy się dzieli z grupą kabinę czteroosobową). Warto wcześniej wykupić kolację typu szwedzki stół (łososie, śledzie, ikra, kaczka, czekoladowe fondue, bez limitu piwo i wino, itd.) oraz równie obfite śniadanie.

Organizowane są rejsy wycieczkowe, podczas których w ogóle nie schodzi się z pokładu. To typowe wycieczki rodzinne, z mnóstwem gier i zabaw dla dzieci. Ja płynąłem i wracałem w nocy a spędziłem dzień w czystej, bogatej, acz nieco zaspanej Karlskronie. Polecam muzeum marynistyki, gdzie można wejść do współczesnej łodzi podwodnej.
Setki turystów z Polski, którzy spędzają tu dzień, to niezłe źródło dochodu dla miejscowych biznesów. Do tego stopnia, że menu w restauracjach jest także po polsku!

Warto kupować bilety z wyprzedzeniem. Także na pociąg, np. z Warszawy do Gdyni. Wtedy zapłaci się nawet 50 zł w jedną stronę.

Odprawa na promie jest równie przyjemna jak w autobusie. W poczekalni wystarczy być pół godziny przed odpłynięciem. Automat lub dziewczyna w okienku, na podstawie naszej rezerwacji w Internecie wydaje tekturową kartę, będącą zarazem kluczem do pokoju. Macha się przy wejściu dowodem osobistym – i tyle. Ludzie wnoszą wielkie torby, wypchane czasem jedzeniem i alkoholem, jeśli chcą zaoszczędzić. Jest to dozwolone.

W ogóle na statku jest atmosfera luzu, niemożliwa w Stanach, gdzie wiele rzeczy się zakazuje i kontroluje w obawie przed wypadkiem, skargą, procesem. W nocy wszyscy mogą sobie np. wchodzić na górny pokład; jest też kącik do palenia papierosów. Ludzie smyczą się po pokładach, dzieci biegają obok automatów do gier albo włażą do dyskoteki. Nikogo z obsługi to nie obchodzi.

Może w ogóle w Europie więcej wolno niż w ostoi wolności obywatelskich, Stanach Zjednoczonych? W Karlskronie łażę sobie koło baz marynarki wojennej i nikt ze strażników się mną nie interesuje. Przy wybetonowanym nabrzeżu postawiono trampolinę i drabinę do zejścia do wody. 13-15 letnie Szwedki bawią się, ochlapują, zrzucają do wody. Ani śladu ratownika, żadnych tablic zakazujących czegokolwiek.

Kończąc ten felieton, zatrważająco przypominający poradnik turystyczny, opiszę jak zwykle Polaków.

Cóż, jako grupa różnimy się bardzo od reszty pasażerów, czyli Szwedów. Oni zachowują sie naturalnie, Polacy ciągle oswajają się z Zachodem, uczą się, próbują. Szczególnie starsi ludzie. Dla wielu, jak się wydaje, jest to pierwszy wyjazd za granicę. Krępują się, troche boją – choroby morskiej, niespodziewanych wydatków. Jest też mnóstwo ludzi młodych, czasem też onieśmielonych ogromem statku i cenami w Szwecji. Lubię ich – tego chłopaka, który dzwoni do mamy, że na śniadanie było „wszystko, co tylko można sobie zamarzyć”, zakochaną parę, która systematycznie zaliczała muzea i inne atrakcje Karlskrony.

Wyjazd promem w mieszanym, szwedzko-polskim towarzystwie uświadamia, że Polacy są jednak z innej gliny niż bogaty, protestancki Zachód. Pozwala też jednak docenić to, co osiągnęliśmy przez ostatnie 30 lat. Że już nie musimy uciekać pod pokładem promu. Przeciwnie – możemy na pokładzie kupować sobie za złotówki szwedzkie śledziki w sosie koperkowym, a popijać je Carlsbergiem lub Okocimiem.

 

Jan Latus