Grywa w niezależnych filmach, lecz sławę i pieniądze zdobył dzięki wysokobudżetowym produkcjom, miedzy innymi kultowej trylogii „Matrix”. Jednak w życiu prywatnym Keanu Reeves nie miał zbyt wiele szczęścia. Przed laty jego dziewczyna, Jennifer Syme, urodziła martwe dziecko. Rok później zginęła w wypadku samochodowym. Siostra aktora od ponad dekady walczy z białaczką, a najbliższy przyjaciel River Phoenix zaćpał się na śmierć. „Żal z upływem czasu zmienia swoją postać, ale nie przemija kompletnie. Kiedy ludzie, których kochasz, odchodzą, zostajesz sam. Ja wciąż czuję samotność, jednak nie chcę uciekać od życia” – mówi aktor. „Chciałbym kiedyś jeszcze założyć rodzinę, ale żona i dzieci to wierzchołek góry, na którą muszę się wspiąć. A ja wciąż mam bardzo daleko do celu. Strata, jaką poniosłem, była tak niesprawiedliwa i absurdalna… Trudno to przepracować” – dodaje. Keanu w tym roku kończy 54 lata. Ciężko w to uwierzyć patrząc na aktora, który fizycznie niewiele się zmienił od czasu filmu „Speed”, po którym miliony fanek na całym świecie straciły dla niego głowę. „Moje ciało to otwarta księga” – tłumaczy Reeves. „Podczas kręcenia filmów rzadko korzystam z pomocy kaskadera, w co można łatwo uwierzyć, patrząc na moje blizny. Ale każda z nich to superhistoria. Mam przetrącony kręgosłup w dwóch miejscach, liczne blizny na dłoniach i rękach, miałem najpierw pękniętą, później zmiażdżoną, a następnie usuniętą śledzionę, złamałem kilka zębów, przeszedłem operację ramienia, rozszarpałem lewą nogę na motorze” – wylicza. Wygląda na to, że niespecjalnie przejmuje się swoim fizis.
Aktor zaczynał jako wielbiciel dramatu szekspirowskiego, dziś jest gwiazdą kina akcji. Czy czuje się spełniony? „Tak, zdecydowanie” – zapewnia. „Czuję się wielkim szczęściarzem. Zawodowo fortuna zawsze mi sprzyjała. Mając 20 lat, wsiadłem w samochód i z Toronto pojechałem do Hollywood. Osiągnąłem o wiele więcej, niż mogłem sobie kiedykolwiek wyobrazić. W głowie mi się nie mieści, jak to się stało” – śmieje się. Co ciekawe, po sukcesie trylogii „Matrix” obaj reżyserzy (bracia Wachowski) zmienili płeć, stając się siostrami. „Na planie nikt o tym nie opowiadał” – wspomina Keanu. „Jako ekipa nie mieliśmy pojęcia, że rodzeństwo ma problem z tożsamością i co planują w przyszłości. Ale nie mam z tym żadnego problemu. To wspaniali artyści i nic nie powinno ich powstrzymywać przed wyrażaniem samych siebie” – deklaruje aktor. „To absolutnie cudowne, że w świecie tylu kultur ludzie walczą o swoje prawa i mogą być tym, kim chcą. Być sobą bez lęku i przemocy – to budujące”. Mimo niełatwych doświadczeń Keanu pozostaje osobą pozytywnie nastawioną do życia. „Akceptacja samego siebie takim, jakim się jest, i celebracja tego, to wspaniała cecha współczesnego świata. To jeden z priorytetów naszej kultury, który mobilizuje ludzi do działania i walki o swoje prawa. Ktokolwiek zagraża temu stanowi rzeczy, nie wygra, ponieważ każdy ma instynkt przetrwania i walki o siebie. Myślę, że na przekór wszystkim medialnym lękom świat jest bezpieczny” – podsumowuje gwiazda. I radzi, by skupiać się na pozytywach. „Niech szklanka zawsze będzie do połowy pełna” – zachęca. Najlepiej pełna jakiegoś zacnego trunku.

 

*

 

Dorota Masłowska napisała nową książkę. I zaśpiewała jej początek. Bo tekst się rymuje. I gdyby ktoś bardzo chciał, mógłby „Innych ludzi” zarapować. Okładka wygląda jak płyta CD. A treść? „Gdybym serio miała odpowiedzieć, o czym napisałam książkę, powiedziałabym, że o emocjonalnym wyjałowieniu, pustce, martwocie. O tym, że nie zauważyliśmy, jak z mediów i Internetu do naszej codzienności przeniknęła nienawiść i obojętność. Jak te lata wolności przyniosły pozorny dobrobyt, ale duchową nędzę. Jest w tym kraju coś bardzo szarego, coś, co jest nie do pokolorowania na pastelowo” – mówi autorka. Bohaterowie książki to ludzie samotni, odklejeni, brzydcy wewnętrznie. „Żeby w ogóle o nich napisać, żeby ich zobaczyć, muszę choć na chwilę się nimi stać. A także, co nie wyklucza pewnej dozy okrucieństwa, muszę im współczuć” – tłumaczy Masłowska. „Najbardziej głównemu bohaterowi. Wydaje mi się tak pozbawiony i wartości, i złudzeń, i miłości, i sprawczości. To autentycznie gość zatrzaśnięty w czyśćcu, bez szans ani na piekło, ani na niebo” – precyzuje. „Jako ekspertka od wojen polsko – ruskich i polsko – polskich spodziewano się, że napiszę książkę o tym, jak w tej Polsce jest źle i jak temu zaradzić” – śmieje się Dorota. „Czuję na sobie to oczekiwanie. I dlatego to jest ostatnia rzecz, jaką mam ochotę zrobić. Zniechęca mnie też łatwość, z jaką formułuje się te apokaliptyczne wizje, te wszystkie komunikaty o końcu Polski i końcu demokracji. To stało się kompletnie jałowe. Oczywiście, sprawa polska jest absolutnie moją sprawą, interesuje mnie i przenika dreszczem. Ale też wiedziałam, że muszę do niej podejść tylnymi drzwiami, bo te frontowe są tłumnie oblegane” – tłumaczy pisarka. Na najnowszą powieść „cudownego dziecka polskiej literatury” – jak po rewelacyjnym debiucie (w wieku 19 lat) okrzyknięto Dorotę Masłowską, czytelnicy musieli czekać aż sześć lat. Po drodze autorka wydała płytę, dwa zbiory felietonów, nakręciła kilka teledysków (w jednym wystąpiła m.in. Anja Rubik). Na pytanie, który z nurtów twórczości jest najważniejszy – autorka odpowiada: „Te nurty się przenikają, współtworzą, jeden pracuje na drugi. To, czego się uczę nagrywając, wykorzystuję potem do pisania i na odwrót. Robię to, co mnie akurat wciąga, i po prostu staram się znaleźć dla tego inteligentną formę. Jedyne moje zobowiązanie, to żeby to było szczere. Dzięki temu mam poczucie, że moje istnienie jest uzasadnione. Tak rozumiem swoją rolę na świecie” – deklaruje Masłowska. „Umiem nazywać rzeczy, które wiele ludzi przeczuwa, ale nie potrafi ich nazwać. I ja im wymyślam te nazwy. Co prawda są skomplikowane i zajmuje im to czasem po kilka lat, ale często kończy się sukcesem” – śmieje się pisarka. Przez lata unikała spotkań z czytelnikami, jak sama przyznaje, nie radziła sobie z napaściami, atakami i ocenami, które ją spotykały. Równie męczące były wyrazy uznania, adoracje. „W końcu przestałam wychodzić z domu, żeby nikt nic do mnie nie mówił” – żartuje. Od niedawna Dorota Masłowska ma stronę na Facebooku i jeździ na spotkania autorskie, chociaż nadal konsekwentnie odmawia robienia sobie selfies z czytelnikami. „Widzę to jako zjawisko kultury konsumpcji. Ludzie chcą cię zaliczyć, skonsumować, mieć. To mi działa na nerwy” – deklaruje. Trudno nie przyznać jej racji. Najlepiej spotykać autorów… w ich książkach. Czytanie polecamy zawsze. I wszędzie. Na plaży. Pod gruszą. Na balkonie. W łóżku. I hamaku. Lato z dobrą książką – to jest to!

 

Weronika Kwiatkowska