Wszyscy pamiętamy co innego. Na przykład katastrofę w Czarnobylu. I że właśnie wtedy ojciec z kolegą przyklejał fototapetę. Czarne kontury drzew. Pomarańczowa plama słońca. Ogromny plakat podzielony na części. Było gorąco. W oparach alkoholu z browarów wielkopolskich oraz dostępnych wtedy papierosów (obstawiam „Mocne”) mocowali się z wytworem zachodnich projektantów nie mogąc dopasować klatek. I właśnie wtedy radio podało komunikat. Awaria. Katastrofa. Reaktor. Chmura radioaktywna. Każde słowo brzmiało apokaliptycznie. Miałam dziewięć lat. I bałam się prawie tak mocno, jak na wieść o końcu świata. Który miał nastąpić, gdy szrama na twarzy Matki Boskiej Częstochowskiej dojdzie do jej serca. Ktoś widział kroplę krwi sączącą się z obrazu. Ktoś inny zarzekał się, że blizna jest coraz dłuższa. Biegaliśmy codziennie do osiedlowej kaplicy i z drżeniem serca spoglądaliśmy w oblicze Maryi. Nasze dni były policzone.

Z tego, co wydarzyło się pod koniec kwietnia 1986 roku pamiętam niewiele. Obraz, który wraca po latach, to widok pawia przed ośrodkiem zdrowia, którego puściło jakieś nieszczęsne dziecko po wypiciu płynu Lugola. Poszliśmy z braćmi. Oni karnie zastosowali się do wytycznych, ja uciekłam. Ze strachu. Że będę musiała przełknąć cuchnącą i – jak przewidywałam – wywracającą wnętrzności na drugą stronę ciecz niewiadomego pochodzenia. Że mikstura wypali mi przełyk. Poza tym od urodzenia źle reagowałam na widok pracowników służby zdrowia. Białe fartuchy i zapach lizolu to była kombinacja nie do przejścia. U dentysty i przy pobieraniu krwi przywiązywano mnie pasami. Wierzgałam, gryzłam i wyłam jak na torturach. Może miałam rację. Wyrywanie ropnego zęba na żywca to przeżycie z gatunków ekstremalnych. Szukanie żyły też nie należało do najprzyjemniejszych. Do dziś powtarzam za Woody Allenem: Krew? To powinno być w środku!

A może wszystkiemu jest winny poród. Mojego, o rok starszego, brata. Który był dużo za duży. I filigranowa matka przeżyła traumę narodzin. Zamiast cudu Epiduralu. Jeszcze długo tamten ból śnił jej się po nocach. I nagle – kolejna ciąża. Dziecko niespodzianka. Jak u Sapkowskiego. Musiała umierać ze strachu. A ja z nią. W łonie. Może odziedziczyłam tamten lęk. A może – zawyrokował niegdyś ekscentryczny wróż – w poprzednich wcieleniach dopadł mnie zwyrodniały konował i odpiłowywał dotkniętą gangreną kończynę, tudzież gmerał w jątrzącej się ranie. W każdym razie uciekłam nie wypiwszy płynu Lugola. Który miał uchronić mnie przed nowotworem tarczycy. Tak uchwaliło Biuro Polityczne KC PZPR. Najpierw podano płyn dzieciom i młodzieży w 11 województwach północno-wschodnich, nad którymi przeszła radioaktywna chmura. W końcu akcję rozszerzono na całą Polskę i w ciągu kilkudziesięciu godzin stabilny jod podano 18,5 mln osób. Krowy przestały wypasać się na łąkach. Matkom i małym dzieciom zalecono podawanie mleka w proszku lub skondensowanego. Nie wolno było jeść świeżych warzyw, owoców, grzybów. Pić deszczówki i stopionego śniegu – czytam. O ten ostatni musiało być trudno w ostatnich dniach kwietnia. Do przychodni ustawiały się kolejki. Byłam z rodzeństwem, więc łatwo zerwałam się ze smyczy. Nazajutrz – w ramach pokuty – poszłam do przyszywanej ciotki, która weszła w posiadanie czystego jodu. Nie dość, że ciecz była klarowna, to jeszcze do popicia dostałam prawdziwy sok pomarańczowy, który w tamtych mrocznych czasach musiał pochodzić albo z Zachodu, albo z Pewexu. Operacja trwała kilka sekund. Przeżyłam.

Myślę o płynie Lugola leżąc na łóżku typu king size, w pokoju hotelowym, w miasteczku Riverhead, w hrabstwie Suffolk. I zastanawiam się, co zapamiętamy z tego wieczoru. Pachnący nowością dywan, Biblię i Księgę Mormonów w szafce przy łóżku, portiera, który nie potrafił powtórzyć obco brzmiącego nazwiska, otyłego mężczyznę w mokrych kąpielówkach wracającego z basenu? Czy wspomnienia zredukują się do wyselekcjonowanych fotografii i zapamiętamy tylko to, co ocalimy z tysięcy cyfrowych kadrów; resztę spychając do mentalnego zsypu?

Nie znalazłam żadnych fotografii z roku 1986 sprzed wrzesińskiego ośrodka zdrowia, gdzie tłumy dzieciaków dostarczone przez rodziców lub – jak pamiętają inni – korzystając z przerwy w lekcjach, pod opieką nauczycieli, stały w ogonku po płyn, który – jak pamiętają po latach- miał ohydny smak. Ale było to wspólne doświadczenie urodzonych w latach 80-tych, na wspomnienie którego dzisiaj uśmiechamy się. Albo krzywimy. Płyn Lugola. Przeżycie pokoleniowe. Dwa słowa, w których zawiera się całe PRL-owe dzieciństwo.

 

Weronika Kwiatkowska