Ktoś, kto czytał mój poprzedni felieton z Polski mógł być zaskoczony moją traumą wywołaną przez długi, słoneczny, niepracujący weekend.

Nic nie poradzę – gdy przyglądałem się dostojnym, majowym spacerowiczom, przypomniało mi się wszystko, czego w Polsce nie lubiłem. Te rzeczy, z powodu których stąd wyjechałem.

Bo nie wyjechałem z powodu biedy. Co prawda, jak to się mówiło, nie miałem perspektyw życiowych, na przykład szans na własne mieszkanie, ale też nie chodziłem głodny – zawsze starczyło na kanapkę z serem i bilet do teatru. Nie wyjechałem też z powodu prześladowań politycznych, choć mam w życiorysie trochę konspirowania i przykrości ze strony władz. Iluż jednak wśród nowojorskich Polaków przymierało w Polsce głodem? Ilu było więzionych i prześladowanych? Na pewno mniejszość. Większość wyjechała, bo się w Polsce dusiła.

Także ja wyjechałem z powodu duchoty. Zabójczej mieszanki drobnomieszczaństwa i narzuconych przez ludową władzę nawyków.

W bardzo mądrej książce – którą omówię osobno – „Jak żyć szczęśliwie w innym kraju. Niezbędnik emigranta” Andrzej Olkiewicz wymienia wiele powodów emigracji. Oprócz tak oczywistych dla nas, jak: bieda, brak swobód i prześladowania polityczne, figuruje tu chęć oderwania się od rodziny (!). Polscy rodzice kochają bowiem za bardzo, za dużo dają i za dużo oczekują w zamian. Babcie szantażują uczuciowo wnuczków. Rodzeństwo i kuzyni ciekawi są aż zanadto naszych karier i wyborów życiowych. Wiele decyzji jest więc podejmowanych (lub nie podejmowanych) pod kątem opinii rodziny. Ślub musi być kościelny, wybraniec nie może być rozwodnikiem, panna młoda nie powinna mieć dzieci, lepiej żeby obydwoje byli Polakami, z jednego miasta i podobnie wykształceni. Cudzoziemiec ujdzie, jeśli to Francuz lub Amerykanin, ale Ukrainiec albo Murzyn nie zostanie łatwo zaakceptowany przez rodzinę.

Życie w Polsce, którą pamiętam – ale w dużym stopniu i dzisiejszej – jest spętane konwenansami, modami, kalendarzem kościelnym i państwowym. Bunt i kontestacja nie są częstymi wyborami. Ich namiastką są tatuże i kolczyki młodzieży.

Zapewne nie jest to wyjątkowa cecha narodu polskiego. Podejrzewam, że większość społeczeństw dumnie nosi gorsety oczekiwań, nawyków, spodziewanych zachowań; mówiąc Bareją: „świeckiej tradycji”.

Tak więc ludzie zachowują sie w Polsce tak, jak się od nich oczekuje. Odrzucają ekstrema słomkowych kapeluszy i sukienek vintage. Kończy się na beżach, brązach i szarościach, na stonowanym stylu o rodowodzie z państwowych domów towarowych PDT.

Nie my jedni tacy. Niemcy, naród dziś bogaty, liberalny i światowy, ubierają się nadal w charakterystyczny sposób. Samokontrola jednostek jest tam odzwierciedlona w sensownych butach, praktycznych kurtkach, dobrej jakości spodniach, eleganckim acz bezpiecznym stylu.

Nasze życie w PRL-u było regulowane pisanymi i niepisanymi zaleceniami: kiedy pracować a kiedy brać wolne, o której godzinie ściszać muzykę, kiedy oglądać wiadomości telewizyjne (o 19: 30), kiedy pościć a kiedy jeść mięso. Jakie komu kupować kwiaty i w jakiej liczbie (nieparzystej!). Jak zachowywać się na przerwie między lekcjami, jak pić na studniówce, w jakiej pozycji uprawiać małżeński seks (w misjonarskiej, rzecz jasna). Na jakie iść studia, w jakiej dzielnicy kupić mieszkanie, jaki mieć samochód (niemiecki), gdzie jeździć na wakacje (kiedyś Bułgaria, potem Egipt, teraz Tajlandia).

Jesteśmy jako naród dość schematyczni. W swojej masie powielamy wzorce, nie wychylamy się, trzymamy bezpiecznej średnicy.

Nawet obecnie, jako Europejczycy pełną gębą, różnimy się od tych z zachodniej części kontynentu. W Szwecji czy Wielkiej Brytanii czci się indywidualizm, odrzuca powszechne dla wszystkich normy zachowań, propaguje się multikulturalizm, wręcz eksponuje subkultury mniejszościowe, marginalne. Ma to też złe strony – ale nie o tym jest mój dzisiejszy tekst.

W Polsce staramy się, żeby wszyscy byli do siebie podobni. Chcielibyśmy mieć mieszkania z białymi meblami i szarobrązowymi panelami podłogowymi. Wszystkie wytatuowane dziewczyny noszą identyczne białe tenisówki New Balance, a polscy hipsterzy – podobnie podcinane brody.

Nie spotkamy tu takiego rozrzutu gustów, stylów, wyborów życiowych jak w Nowym Jorku – co jest spodziewane – ale i takiego jak w Berlinie. Po prostu, z szarych garniturów z bistoru przebraliśmy się wpierw wszyscy w tureckie dżinsy marmurki, a ostatnio – w dżinsy rurki i obcisłe marynareczki, i rzeczone białe tenisówki u dziewczyn.

Nie ma ekstremów. Bunt dojrzewającej młodzieży (bo domyślam się, że w tym wieku się buntuje) jest stopniowo zabijany przez duchotę naszego wspólnego powietrza: blokowisk, ścieżek rowerowych, wnętrz „Żabek”, „Biedronek”. Jest chłodzony przez – takie same wszędzie – lody Grycan i piwo Tyskie.

Wszystkie te wady nie czynią bynajmniej z Polski piekła na ziemi. Lepsza już nasza uniformizacja i brak polotu niż zdezorganizowany i wielobarwny syf miast w Indiach. Nie mówimy jednak o jakichś wadach absolutnych lecz subiektywnych, przesadnie przeżywanych przez nas, którzy w Polsce żyli i z niej wyjechali.

Gdy ktoś schował się na wiele lat w nowojorskiej anonimowej, wielobarwnej dżungli, będzie czuł się nieswojo drepcząc po ulicach polskich osiedli, próbując przyłączyć się do zbiorowych rytuałów wyjazdów z miasta na działkę, zakupów w piątki wieczór w galeriach handlowych, mszy w niedzielę w południe, pierwszych komunii, graduacji, imienin cioci, Dnia Kobiet, rocznic, miesięcznic, rozczulających w swojej powściągliwości demonstracji i kontrdemonstracji politycznych. Takich, żeby nikt sobie nie pobrudził modnych dżinsów i na tyle krótkich, by wrócić do domu na kolację.
Z tymi kulami u nóg nawyków, ceremoniałów i przesądów zmagali się, opisywali je i wyśmiewali, mądrzy artyści: Tadeusz Kantor w „Umarłej klasie”, Witold Gombrowicz w „Dziennikach”, Marek Koterski w swoich filmach, zwłaszcza „Dniu Świra”, a ze współczesnych pisarzy Manuela Gretkowska, Dorota Masłowska czy Ziemowit Szczerek.
Rzuciłem paroma wielkimi nazwiskami, żeby nie było, że to tylko sfrustrowany Polonus Latus swe gniazdo kala.

 

Jan Latus