Andrew Wyeth jest bezsprzecznie najsłynniejszym współczesnym artystą amerykańskim (zmarł w 2009 roku).

 

Jest on zarazem najbardziej znienawidzonym twórcą, pogardzanym i pomiatanym przez krytyków. Może już nie teraz. Ferwor ideologiczny postępowych piewców nowoczesnej sztuki zelżał: cześć z najbardziej fanatycznych oprawców pióra/klawiatury zmarła, część zajęła się innymi, może bardziej pożytecznymi zajęciami, a najmniejsza część chyłkiem wycofuje się z dawniej zajmowanego stanowiska.

Od lat czterdziestych powodzenie i sława Wyetha rosła nieustannie. Dwa szczytowe punkty jego kariery to „Christina’s World” z lat czterdziestych i seria portretów (w tym aktów) Helgi. Ta część twórczości amerykańskiego malarza była nieznana do lat osiemdziesiątych.

„Christina’s World” należy do najsłynniejszych obrazów amerykańskich – powielanych, reprodukowanych czy nawet parodiowanych w nieskończoność.

Nowojorskie Museum of Modern Art, które kupiło od artysty jego dzieło za 1800 dolarów, zrobiło na jego podstawie jeden z pierwszych kolorowych plakatów i sprzedało go w milionach egzemplarzy, Na tym, oraz na sprzedaży praw autorskich do reprodukcji „Świata Krystyny”, muzeum zyskało prawie sto razy więcej, niż zapłaciło za oryginał.
A jednak… Z czasem schowano pracę Wyetha do magazynu, a potem, kiedy okazało się, że zwiedzający domagają się obejrzenia obrazu w ramach kupionego biletu, zawieszono dzieło ponownie w najbardziej „niegodnych” miejscach – wpierw koło wejścia do toalet, a później przewieszono na ścianę przy ruchomych schodach.

Mnie się to akurat podobało. Pamiętam pierwsze wizyty w MoM-ie jeszcze w latach osiemdziesiątych. Wjeżdżałem ruchomymi schodami na górę, nad głową wisiał mały czerwony helikopter i pierwsze, co się ukazywało oczom, to właśnie „Christina’s World”. Mocne uderzenie na początek: oto widzu, wkraczasz w świat sztuki nowoczesnej, najsłynniejszych arcydzieł. Znanych z reprodukcji, a tu widzisz, wiszą oryginały…

Andrew Wyeth był bodaj najbardziej uhonorowanym artystą amerykańskim, obsypywanym nagrodami, tytułami; popularne tygodniki ilustrowane, jak „Time” czy „Look”, umieszczały jego podobiznę na okładkach, poświęcano mu artykuły, reprodukowano jego dzieła. Zarazem…

Jeden ze znanych krytyków sztuki nazwał go najbardziej przecenionym artystą USA; drugi wybrzydzał na dość jednostajną, zwykle jasno-brunatną, albo zgniło-zieloną kolorystykę jego obrazów, iż to jak „zjazd saniami w brud ziemi”. Inny określił jego paletę barw jako „zrobioną z błota”. Kolejny pisał: sztampowo powielany materiał, nie nadający się nawet jako „ilustracyjny realizm”. Jeszcze inny nazwał go „naszym narodowym kicz-majstrem”, a następny wprost stwierdził, że Wyeth nie umie malować.

Czym się naraził malarz, że zaczęto odsądzać go od czci artystycznej i wiary? Popełnił dwa najgorsze wykroczenia, niewybaczalne w kręgach poprawnie myślących krytyków. Po pierwsze, od początku do końca kariery pozostawał wierny realizmowi przedstawiania. Tymczasem przecie wszyscy oświeceni znawcy sztuki od dziesiątków lat cierpliwie dowodzili, wykazywali czarno na białym, że tego typu malarstwo jest staromodne, reprezentuje sztukę przeszłości niegodną współczesnych czasów; że wszyscy prawdziwi artyści zmierzają ku coraz radykalniejszej abstrakcji – im mniej przedstawienia, tym lepiej.

Wyeth tego nie robił. Gorzej. Owi krytycy stwierdzali autorytatywnie, że „nowa sztuka” nie tylko ma świetlaną przyszłość, ale jeszcze się wszystkim coraz bardziej podoba. Tymczasem publiczność nie chciała oglądać wychwalanych osiągnięć nowoczesności. Wolała patrzeć na „przestarzałe” dzieła Wyetha i jego dokonania kupowała najchętniej; za ponad 40 portretów Helgi filadelfijski bogacz zapłacił parę milionów dolarów, by w niecałe dziesięć lat później sprzedać kolekcję do Japonii za dziesięć milionów.

Krytycy wpadli w furię. Wystawę cyklu „Helgi” zmieszali z błotem jako popis złego smaku i fatalnej sztuki. Ekspozycję odwiedziły tłumy, ale tego, ich zdaniem, publiczność nie chce i nie powinna oglądać. Stąd żółć i jad wylewane obficie na „ciemniaków”, z artystą łącznie. Chciałoby się powiedzieć: basket of deplorables.

W ich oczach Wyeth był nie tylko złym artystą, ale kimś w rodzaju ideologicznego wstecznika, reakcjonisty artystycznego, kogoś, kto sprzeciwia się postępowi, chce zatrzymać „lokomotywę historii sztuki”. Reprezentuje przeszłość, podczas gdy oni walczą o dzień dzisiejszy, o przyszłość, w której nie ma miejsca dla Andrewa Wyetha i jemu podobnych.

Irytowała wiejska tematyka jego twórczości, zagrażała egzystencji wspólnoty krytyków: popularność jego sztuki – to było sprzeczne z ich systemem wartości. Wieś, gospodarstwo, rolniczy krajobraz, pola, reprezentowały w ich oczach marazm i społeczną stagnację, a z tym awangardowi artyści i ich klakierzy walczyli przede wszystkim.

Nowoczesność miała charakter miejski, reprezentowała kulturową dynamikę, ciągła zmianę. Wieś interpretowano jako wyraz konserwatywnej tęsknoty do „starych dobrych czasów”, tego, co było, co musi przeminąć, co niektórzy kurczowo chcą zatrzymać i utrwalić – przeciwko postępowi, który zmiata relikty przeszłości. W ogóle realizm uważano za „wsteczny”, abstrakcyjny bohomaz – za postępowy.

Konserwatyzm Wyetha był niewybaczalny. Nawet we wspomnieniu pośmiertnym wytknięto mu, że głosował na Richarda Nixona, a później na Ronalda Reagana: nie tylko artystyczny oczajdusza, to jeszcze politycznie podejrzany bankrut!

A co na temat samego obrazu? Nawet nie wiem, czy zawieszono go w nowej, superpoprawnej artystycznie MoM-ie. Nie pamiętam. Dawno tam już nie byłem. Placówka jest tak nudna ze swymi wystawami – co jedna, to mniej ciekawa. Przestałem chodzić.

Terroryści współczesnej sztuki doprowadzili do takiego rozchwiania kryteriów, że nawet specjaliści przestali się orientować, co jest dobre, co jest złe. Stosują do sztuki wszelkie możliwe kryteria, tylko nie artystyczne. Skąd to wiem? Przez dziesiątki lat oglądałem biennale w Whitney Museum, czyli przegląd największych osiągnięć amerykańskiej sztuki w minionych dwóch latach. Po znakomitej większości artystach wybranych, aby reprezentować najwybitniejsze osiągnięcia, słuch dawno zaginął. Znienawidzony Wyeth trwa, fascynuje i – o zgrozo – podoba się.

 

Czesław Karkowski