Na znaku STOP ktoś dopisał „don’t (STOP) believe”. Nie przestawaj wierzyć. Za czerwoną plamą drogowej wskazówki życiowej, niebieska płachta wody. Jest poniedziałek. Pora popołudniowa. Fort Tilden. Część półwyspu Rockaway. Kiedyś stacjonowało tu amerykańskie wojsko. Dzisiaj zdeformowane bunkry pokryte są graffiti. Na szczycie jednej ze starych baterii platforma widokowa. Można oglądać Manhattan, wybrzeże i ocean. Na szczyt prowadzą drewniane schody. Belki pokryte niechlujnymi napisami. Jest nawet naklejka z Polską Walczącą. U podnóża, trzech młodocianych na rowerach. Palą marihuanę. Głośno rozmawiają. Na górze dwoje starszych. Skręcają blanta. Piją piwo. Plują pod nogi. Poza nimi nie ma nikogo. Tylko przyroda. W wiosennym splendorze. Rozkwicie.

Zapuszczamy się w zielone. Wąskie, piaszczyste ścieżynki. Mokradełka. Przesmyki. Jest coś zdumiewającego w gwałtowności natury. Tych wszystkich młodych pędach rozpychających się w przestrzeni. Drobnych listkach, pączkach, trawkach. Przyglądam się z bliska. Przez lupę obiektywu. Mrówce. Igiełce. Kryształkowi piasku. Z migawką nad sadzawką- śmieję się na wspomnienie radiowego skeczu. Trójkowa „Powtórka z rozrywki” (z rozrywki powtórka, słuchają jej biura, słuchają podwórka). Z pamiętnika młodej lekarki. Rycerze Waligórskiego. Hej, Szable w dłoń! Kocham pana, panie Sułku. Polskie lato miało ścieżką dźwiękową polskiego radia. Wakacje spędzane na działkach, w zakładowych domkach letniskowych, na koloniach, pod namiotem, u babci na wsi, z nieodzownym, rzężącym nieco, najczęściej niewielkim, czarnym odbiornikiem z antenką. Sygnał „Lata z radiem”. Kojący głos prezenterów Jedynki albo Trójki. Hejnał mariacki. Radio kierowców. Komunikat Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej o stanie wód. Zapach olejku do opalania. I brezentu. Plastykowych dmuchanych materaców. I gofrów z bitą śmietaną.

Wracamy plażą. Pustą, gdyby nie liczyć mew i samotnego wędkarza. Na horyzoncie widmowy budynek. Zbliżamy się, zaciekawieni. Drewniana konstrukcja unosi się na grubych palach. Wygląda jak filmowa scenografia do „Lśnienia” Kubricka. Opuszczony hotel w środku niczego. Niejeden trzeźwiejący alkoholik o literackich aspiracjach mógłby zatrudnić się na stanowisku stróża i – niczym bohater grany przez Jacka Nicholsona- powoli popadać w obłęd. A gdyby w zapomnianym kurorcie zainstalować Michała Witkowskiego, powstałaby kolejna część „Drwala” z opisem baby-krewety i lujów wystających na przystankach autobusowych. Tymczasem The Silver Gull Beach Club – jak podaje New York Times- jest pozostałością ginącego świata prywatnych klubów plażowych popularnych w latach 60-tych. „Zamiast spędzać czas na zatłoczonych trasach wylotowych w kierunku Hamptons czy Jersey Shore, jak robią to armie nowojorczyków, członkowie Silver Gull wolą lokalne klimaty. Pan Gelfman (101 lat) jest jednym z najstarszych. Do „Srebrnej Mewy” wstąpił w 1965 roku. „Członkowie się nie wypisują, tylko umierają”- żartuje. Czy swoją długowieczność zawdzięcza wakacjom spędzanym na Rockaway? „Nie mogę tego wykluczyć”- odpowiada”.

The Silver Gull Beach Club, fot. Weronika Kwiatkowska

Po powrocie do domu oglądamy „The Flamingo Kid”. Film z 1984 roku, którego akcja dzieje się podczas gorącego lata ’63 roku. Młody chłopiec z Brooklynu (Matt Dillon) zaczyna pracę w prywatnym klubie na plaży (w tej roli właśnie Srebrna Mewa), poznaje piękną dziewczynę z Kalifornii oraz „króla karcianego”, który obiecuje mu karierę w biznesie samochodowym, łatwe pieniądze, piękne kobiety, wszystko to, czego ojciec Jeffreya, ciężko pracujący hydraulik, nie ma i nie mieć nie będzie. Cabana boy, który jesienią ma zacząć naukę w college’u, oznajmia rodzicom, że rezygnuje, bo woli zarabiać hajs, zamiast ślęczeć nad książkami. Jego guru też nie ma dyplomów, za to najnowszego jaguara i jedwabne koszule w pstrych kolorach. Dlatego główny bohater zamierza porzucić etos klasy robotniczej i zostać sprzedawcą luksusowych aut. Ale- jak to w życiu bywa- idol okazuje się pozbawionym moralnego kompasu oszustem, piękna dziewczyna wraca na zachodnie wybrzeże, niewinnemu chłopcu spadają łuski z oczu i nagle widzi wszystko wyraźniej. Jednym słowem: kończy się lato. Po opaleniźnie zostają zmarszczki i przebarwienia. Kolorowe parasole gniją w przechowali. Na dnie basenu leżą zeschłe liście i złuszczona farba. Ani śladu szmaragdowej wody. Lśniących, płaskich brzuchów, drinków z palemką. Czas na melancholię jesieni. Prozę życia. Znój codzienności. Flamingo Kid wraca na łono rodziny. W jadłodajni o fikuśnej nazwie „Any Fish You Wish” pada w objęcia stęsknionego ojca, nagle rozumiejąc, że życie proste i uczciwe, jest lepsze niż zgniłe i niemoralne. Dopiero z dyplomem uczelni w kieszeni zorientuje się, że to nieprawda i może lepiej byłoby sprzedawać samochody i sączyć gin nad brzegiem oceanu, zamiast np. zostać humanistą, który albo czeka na przelew, albo na przerwę wakacyjną (jeśli uczy w szkole), by wyjechać do Szwecji zbierać jagody. (Jaka jest różnica między absolwentem polonistyki a balkonem? Balkon może utrzymać pięcioosobową rodzinę). Chyba, że mieszka w Ameryce. Ma wtedy – jak wiemy z hollywoodzkich filmów- nieograniczone możliwości. Można by nawet powiedzieć: rozciąga się przed nim ocean możliwości. Szczególnie, jeśli mieszka na Rockaway.