W sobotę, 12 maja przeszedł ulicami Warszawy Marsz Wolności zorganizowany przez działaczy Platformy Obywatelskiej. Władze Warszawy oceniły ilość uczestników demonstracji na 50 tysięcy. Według policji było ich kilkakrotnie mniej a niektórzy podają liczbę pięć tysięcy. W każdym razie frekwencja była mniejsza niż się spodziewano.
Podczas manifestacji dominowały tradycyjne antypisowskie hasła. Jedna z uczestniczek stwierdziła, że „powiesiłaby Kaczora, Dudę i Szydło”. Na pytanie, dlaczego ci politycy mają wisieć owa pani odparła: „Bo kradną pieniądze i dają Rydzykowi”.

W marszu wzieęli udział trzej znani aktorzy: Daniel Olbrychski, Wojciech Pszoniak, Andrzej Seweryn. Wszyscy trzej byli odtwórcami postaci bohaterów filmu Andrzeja Wajdy „Ziemia obiecana”: Karola Borowieckiego, Moryca Welta i Maksa Bauma.

W swym wystąpieniu Andrzej Seweryn zaznaczył: „Wielu ludzi w mojej ojczyźnie zaczęło się bać. Społeczeństwo zastraszone nie może być twórcze. Strach to zły doradca. Dlatego tym cenniejsza stała się odwaga. Szczególnie ważna odwaga polskich dziennikarek i dziennikarzy, odwaga Władysława Frasyniuka, odwaga polskich sędzin i sędziów.” Natomiast Wojciech Pszoniak mówił: „Polska się zmienia, ale to nie jest dobra zmiana. Jeszcze dwa lata temu Polska uchodziła za pięknie rozwijający się, wiarygodny kraj. Teraz nie jesteśmy wiarygodni. Jesteśmy rozbici i podzieleni. Nie chcemy takiej Polski, nie godzimy się na to. Nie godzimy się na dewastację najważniejszych instytucji.” Aktor odczytał fragment „Wyzwolenia” Wyspiańskiego – dialog Konrada z Maską.

 

*

Trudno powiedzieć, dlaczego pan Seweryn mówi o strachu w Polsce. Jedyni ludzie, którzy mogą się bać to aferzyści i złodzieje poprzedniej ekipy rządowej. Nie wiadomo również o dewastacji jakich instytucji wspomina Wojciech Pszoniak. Sam fakt przeprowadzenia swobodnej, legalnej demonstracji antyrządowej w sercu stolicy świadczy o tym, że demokracja nad Wisłą ma się całkiem dobrze a prawa obywatelskie są przestrzegane.

Nie wiem, czy Olbrychski, Pszoniak i Seweryn brali udział w demonstracjach w latach 70. i w okresie stanu wojennego. Wówczas groziło za to pobicie, kilkumiesięczny pobyt w areszcie, zakaz wyjazdów zagranicę, itp. Wiadomo, że wszyscy trzej sympatyzowali z KOR-em i opozycją demokratyczną a później popierali „Solidarność”. Na pewno marzyli o takiej Polsce jaką mamy dziś – niepodległej, suwerennej, demokratycznej. Jednak w czasach PRL-u ci sławni aktorzy skwapliwie korzystali z mecenatu komunistycznych władz. Grali w państwowych teatrach, występowali w filmach realizowanych za rządowe pieniądze, korzystali z domów wczasowych, wyjeżdżali zagranicę. Lista dobrodziejstw władzy „ludowej” była długa.

W okresie stanu wojennego wszyscy trzej aktorzy przebywali przeważnie na Zachodzie, głównie we Francji. Andrzej Seweryn byl etatowym aktorem teatru Comedie Francais. Obecnie jest dyrektorem obficie finansowego przez „pisowskie” państwo Teatru Polskiego w Warszawie i świetnie mu się powodzi.

 

*

Od dłuższego czasu elity artystyczno-intelektualne są w opozycji wobec stronnictw prawicowo-patriotycznych. Tak było za prezydentury Lecha Kaczyńskiego w latach 2005-2010. Po zwycięstwie prawicy w roku 2015 agresja elit wyraźnie się zwiększyła. Ludzie, którzy oficjalnie popierają demokrację i system konstytucyjny nie chcą pogodzić się z przegraną sił lewicowo-liberalnych dwa lata temu. Nadużycia władzy, korupcja czy brak troski o interesy narodowe w okresie ośmioletnich rządów PO jakoś im nie przeszkadzały.

Nasuwa się tutaj porównanie z sytuacją w Stanach Zjednoczonych. Hollywood oraz elity intelektualne „wieszają psy” na Trumpie przy każdej okazji. Również nie mogą pogodzić się z wynikiem demokratycznych wyborów z listopada 2016 r. Wspomniane elity stanowią prawdopodobnie nie więcej niż 10 procent społeczeństwa ale pretendują do monopolu w kierowaniu życiem politycznym, społecznym, kulturalnym, etc. Zapominają, że pomiędzy Nowym Jorkiem i Los Angeles też jest Ameryka. Niekoniecznie lewicowa.

Powracając zaś na polskie podwórko można powiedzieć, że Karol, Moryc i Maks mają się dobrze, są zamożni i napewno niczego się nie boją.

 

*

Mija 35 lat od śmierci Grzegorza Przemyka. 13 maja, w rocznicę tragicznej śmierci 18-letniego maturzysty, prezydent Andrzej Duda złożył wieniec przy tablicy umieszczonej na budynku dawnego komisariatu, gdzie funkcjonariusze ZOMO śmiertelnie pobili Przemyka. W krótkim przemówieniu Andrzej Duda zaznaczył: „Śmierć w Warszawie młodego chłopaka, maturzysty, w 1983 r. to było coś, co dla mojego pokolenia jest tak naprawdę symbolem PRL. Zniewolenie, kłamstwo i śmierć. Śmierć młodego człowieka, którą ówczesne władze komunistyczne na czele z generałem Jaruzelskim, generałem Kiszczakiem, przede wszystkim za wszelką cenę chciały zatrzeć, za wszelką cenę szukali winnych, ale nie tam, gdzie oni naprawdę byli, czyli przerzucali odpowiedzialność”.

Grzegorz Przemyk był synem Barbary Sadowskiej, działaczki opozycji demokratycznej z okresu stanu wojennego. Jego śmierć była jaskrawym przykładem brutalności i zakłamania władz komunistycznych. Przemyk był również dobrze zapowiadającym się poetą. W jego pogrzebie uczestniczyły dziesiątki tysięcy młodzieży i mieszkańców Warszawy.
Winni tej zbrodni uniknęli sprawiedliwości. Po roku 1989 prowadzono nieudolne śledztwo w tej sprawie. Zomowiec, który brał udział w katowaniu maturzysty został skazany na cztery lata więzienia w 2008 r. Jednak sąd apelacyjny umorzył dochodzenie ze względu na „przedawnienie przestępstwa”.

 

Kazimierz Wierzbicki