Na Anioł Pański biją dzwony,
Niech będzie Maria pozdrowiona,
Niech będzie Chrystus pozdrowiony…
Na Anioł Pański biją dzwony,
W niebiosach kędyś głos ich kona…

Smutek. W wieczornym mroku,
we mgle szarej
Idzie przez łąki i moczary,
Po trzęsawiskach i rozłogach,
Po zapomnianych dawno drogach,
Zaduma polna, osmętnica…

 

I tak dalej… Znany wiersz Kazimierza Przerwy Tetmajera stanowi doskonałą ilustrację poetycką do obrazu Jean-Francoisa Milleta pod tym tytułem (angielskim) „Angelus” oznaczającym tę samą dzienną uroczystość kościelną. Nie wiem, czy w rzeczywistości polski poeta inspirował się znanym wówczas szeroko obrazem francuskiego malarza. Bardzo prawdopodobne. Tetmajer napisał swój wiersz w 40 lat od powstania dzieła Milleta. Na pewno je znał, choćby z reprodukcji. Były to czasy modernistycznego symbolizmu, idee krążyły po Europie, od Francji po Rosję, od Holandii po Polskę (pod rozbiorami). Jeden z najsilniejszych prądów intelektualnych XIX wieku, ścierający się bezpośrednio z romantyzmem. Oba pokrewne, przedzielone krótkim okresem realizmu – w różnych krajach odmiennie praktykowanego – w sztuce czy w literaturze. Oba nurty walczyły o wciągnięcie owego „realizmu” do własnego dziedzictwa, zresztą bardzo pokrewnego, w sferę własnych wpływów. Rzeczywistość ma charakter na wskroś romantyczny – twierdzili jedni; nie – oponowali inni – jest z gruntu symboliczna. W zależności o lekkiej zmiany akcentu dzieło będzie odebrane jako romantyczny, albo symboliczny komunikat.

Co przedstawia ów słynny obraz? Parę chłopską na polu w czasie przerwy modlitewnej na Anioł Pański. Odległa wieża kościoła sugeruje, iż stamtąd dochodzi dźwięk dzwonów, wieśniacy zatrzymują się na krótki oddech, odpoczynek, na modlitwę. Może Anioł Pański zapowiada koniec dziennego trudu. Pora zejść z pola, zapada wieczór. Chłopi przecież żyli podług cyklu przyrodniczego, a nie zgodnie z zegarem, instrumentem dyktującym natężeniem miejskiego zabiegania. Jedynie głos z wieży kościelnej przypomina o upływie czasu. Koniec dnia – woła – do domu, na odpoczynek.

Chłopi kopią ziemniaki. Worki załadowali już na taczkę, trochę luźnych ziemniaków jest w kobiałce, nieco rozsypanych na polu. Wbite w ziemię widły, to oprócz rąk, ich jedyne narzędzie pracy. Nikogo poza nimi na rozległym terenie nie ma. Inni już zeszli z pola, Zbieracze kartofli są ostatni, pracują najdłużej.

Pobożność ludzi prostych, żyjących z ciężkiej pracy, zgodnie z naturą.

Kim oni są dla siebie. Mąż i żona? Najczęstsze wyjaśnienie. Chłop i pomoc gospodarska? Nawet mówiono – ojciec i córka. Najwięcej zamieszania wokół obrazu wywołał znany artysta, Salvador Dali, który twierdził, że dzieło to w istocie nie przedstawia pary chłopskiej podczas przerwy przy kopaniu ziemniaków, ale zgnębionych rodziców ze wsi chowających zmarłe niemowlę. Jego autorytet oraz natarczywość spowodowały, że w końcu prześwietlono płótno Milleta. W podczerwieni wyraźnie widać mały kopczyk, który artysta później zamalował. Czyżby rzeczywiście grób niemowlęcia? Pierwotny zamiar artysty tłumaczyłby smętny, melancholijny, zgoła depresyjny charakter przedstawionej sceny. Nie jest to „zwyczajny” zmierzch. Nastrój przyrody, przejmująca pustka otoczenia, nawet żałobny (jeśli tak na scenę tę spojrzymy) klimat całej kompozycji sugeruje sytuację poważniejszą, niż po prostu smutek wieczoru i modlitwę na Anioł Pański. Zgodnie z tą interpretacją, Milet namalował pogrzebową scenę, później zmienił zamysł, ale nastrój całości pozostawił.

A może najlepszą interpretację podał właśnie Tetmajer? Nie mamy wprawdzie żadnego świadectwa, iż jego wiersz odnosi się do obrazu Milleta, ale najoczywiściej z nim koresponduje. Polski poeta pisze o smutku wieczoru, melancholii i zadumie, przygnębieniu, nostalgicznej chandrze, uczuciach opadających człowieka bez powodu, bez ostrzeżenia. To sytuacja o zmierzchu – dnia, pory roku, życia. Stale nam towarzyszy ów przejmujący żal – za niczym określonym. Jako kondycja ludzka. Często istnieją przyczyny takiego stanu uczuciowego, ale równie często brak podstaw. To ta tetmajerowska „osmętnica”, która krąży wokół, zrodzona z najbardziej depresyjnych moczarów, bagien, wieczornych mgieł, pustkowia. Jest sublimatem, ogólnością, „spleenem” (modne wówczas słowo) jako takim, którego rozmaite, konkretne postaci dręczą ludzi, pastwią się nad nimi. Obraz byłby więc wizerunkiem głębokiego smutku, jako abstrakcji przybierającej rozmaite postaci – pod wieczór, po smętnym dniu, ze świadomością, że następny i dalsze będą podobnie beznadziejne; po bolesnej stracie kogoś bliskiego; po ciężkiej pracy, której owocem są tylko kartofle; w przygnębiającym krajobrazie – bezbarwnym, nijakim, niewesołym.

Pesymizm egzystencjalny, nie wynikający z żadnego konkretnego powodu, ale z samej faktu istnienia, bytowania, które jest nieustannym pasmem udręk, jednym wielkim cierpieniem. Pesymizm w takich warunkach jest jakby „naturalnym” nastrojem człowieka. Nie należy się spodziewać niczego radosnego.

Interpretacja brzmi nieco jak wzięta wprost z Artura Schopenhauera, ale dlaczego nie? Koncepcja niemieckiego filozofa była ogromnie popularna, także w Polsce, jeśli więc oglądamy „Angelusa” poprzez wiersz Kazimierza Przerwy Tetmajera, to rozumienie obrazu samo się narzuca.

Nie jest to zatem wizerunek – jak chcą niektórzy krytycy – duchowego pokoju ludzi pracy, pogrążonych w modlitwie dziękczynnej; ani też pochwała trudu rąk, polityczna deklaracja wyrażająca socjalistyczne wartości, bliskie lewicującemu malarzowi.

Jak zwykle w przypadku dzieł wybitnych, interpretacje się mnożą, pączkują, znoszą nawzajem, a jednocześnie nie są wykluczone. Obraz Milleta dostarcza podstaw dla każdej z nich.

 

Czesław Karkowski