No i jak ci było w Ameryce? – obawiam się tego pytania. (Co ciekawe, również w przypadku pytania o wizytę w kraju, zawsze dodaje się na początku „No”: No i jak tam było w Polsce?)

Nie ukrywam, że te słowa piszę już z Polski. Skończył się dwutygodniowy, nowojorski sen.

Przyjdzie jednak stosowna pora na odpowiedź na pytanie: „No i jak Polska po pobycie w Ameryce?”

Na razie jeszcze popiszę o Ameryce – na Polskę będę miał resztę roku.

Odpowiem teraz na pytania, których nikt mi nie zadał, zadawałem je sobie natomiast sam.

Jak będę odbierał Amerykę, zwłaszcza Nowy Jork, po 19 miesiącach odwyku? Czy poczuję się tam obco? Czy będę oglądał to miasto z dystansu?

Scenariusz taki zdarza się całkiem często.

Przyjaciel z Ameryki mieszka w Warszawie chyba już siedem lat, może dziesięć. Gdy teraz wpada do Nowego Jorku mówi mi, że Nowy Jork już mu się nie podoba. Drażni go brud, hałas, korki, zaniedbane metro. Jeśli już w Ameryce, to wolałby mieszkać w spokojniejszym, bardziej eleganckim Bostonie.

Pewna dziewczyna pojechała do Nowego Jorku studiować na świetnej uczelni. Potem wróciła do Polski, gdzie się zawodowo odnajduje. Ostatnio była w Nowym Jorku ale tylko – jak podkreśliła – na zakupy.

W pierwszym przypadku istotnie w grę może wchodzić zakorzenienie w Polsce. Kolega ma piękną polską żonę, uroczą córeczkę, budują sobie dom. Także reszta ich rodziny stopniowo wraca do Polski. Z kolei ta dziewczyna całe życie mieszkała w Polsce, a w USA była tylko na okres studiów trudno więc się dziwić, że się nie przyzwyczaiła.
Ja jednak mieszkałem w Nowym Jorku 27 lat, to i się przyzwyczaiłem.

Nie jest to jednak oczywiste. Wielu Polaków w Ameryce po wielu latach pobytu zachowuje dystans i rezerwę. Ciągle nie czują się u siebie. Nowy Jork niektórych onieśmiela a nawet przeraża. Jeden mój znajomy, profesjonalista zarabiający dobrze w Nowym Jorku (był pilotem w amerykańskich liniach lotnicznych) stale przypominał mi, że przyjechał z małego miasteczka na Podkarpaciu i źle się czuje w wielkim mieście. Aż się kulił w sobie idąc ze mną ruchliwą Wschodnią 14. Ulicą na Manhattanie, na której ja z kolei odżywałem.

Chyba nie będzie dla nikogo zaskoczeniem, że w końcu wrócił do Polski.
Pora jednak odpowiedzieć na kilka pytań.

Czy podobało mi się w Ameryce? Tak. W Nowym Jorku? Również. Czy odczułem obcość miejsca? Ani trochę. Czy dostrzegłem na nowo uciążliwości tego miasta: korki, hałas, coraz gorzej funkcjonujące metro? Ależ tak – ale też tego się spodziewałem. Woda po kaczce.

Od pierwszego momentu czułem się tam u siebie. Wszystko – charakterystyczne odzywki, gesty, formułki przy zamawianiu kawy, rutynowe kroki przy wchodzeniu do metra – odrodziło się z uśpienia. To było już we mnie – wyuczone, polubione, już we krwi – tyle, że przed długi czas nieużywane.

Niczym amerykański Polak na wakacjach w kraju, cieszyłem się każdym dniem, a były te dni za krótkie, żeby wszystkich spotkać, by pozałatwiać sprawy. Żeby odwiedzić miejsca, które lubiłem.

Jestem miłośnikiem Nowego Jorku ale nie miałem czasu ani serca, aby pójść do muzeum, teatru, tym bardziej – stracić dzień na wycieczkę poza miasto. Raczej chciałem doświadczyć na nowo setek wrażeń, które pamiętałem, przypomnieć sobie ulubione smaki, wejść do miejsc, w których kiedyś byłem, pracowałem na chleb, wydawałem pieniądze.

Czy rozpozna mnie barmanka Shirley? Rozpoznała, pamiętała nawet jak mam na imię. Czy wpuszczą mnie i rozpoznają w biurze, gdzie przepracowałem ostatnie dwa lata? Wpuścili i rozpoznali, choć ledwo – bowiem zgodnym wszystkich zdaniem, poprawiłem się (czytaj: roztyłem się i zdziadziałem w tej Polsce). Czy chcieli ze mną porozmawiać w firmie autobusowej, w której byłem przewodnikiem? Nie, gdyż firmę przejęła jakaś inna i cały personel został wymieniony (bez zmian zostało natomiast biuro i trasy przejazdów). Wszedłem znowu do zaskakująco taniego jak na Manhattan supermarketu spożywczego, gdzie jako przewodnik kupowałem do pracy jakieś batony energetyczne, przecenione wafelki z Polski (!) i inny junk food. Asortyment bez zmian! Znowu zjadłem na mieście mój ulubiony falafel z baru Oasis, pizzę z sLICe (double cheese please!). Byłem na Wall Street, ominąłem szczęśliwie Times Square. Przez te kilkanaście dni jadłem jedzenie włoskie, bliskowschodnie, francuskie, amerykańskie, japońskie, tajskie, hinduskie, chińskie, jeszcze jakieś. Z satysfakcją jadałem śniadania w wersji deluxe (bajgiel z twarożkiem i wędzonym łososiem) i podstawowej (słodka kawa regular a do niej pączek albo bacon and egg on roll). Widziałem, że niektóre sklepy i lokale się zamknęły ale też widziałem jak nieprawdopodobnie rozwija się nabrzeże Williamsburga. Jak na Manhattanie wreszcie ukończono remont kilku zabytkowych budynków ale otoczono rusztowaniam budynki kolejne.

Szukałem wspomnień nie tylko w fizycznych miejscach. Powróciłem do kompulsywnego oglądania telewizyjnego programu paradokumentalnego „Judge Judy” oraz serialu „Law & Order. Special Victim Unit”. W radio usłyszałem znajomą melodykę mowy prowadzącego program amerykańskiego optymisty. W mieszkaniu, które mi uprzejmie udostępniono, co rano brałem spod drzwi papierowego „New York Timesa”. Na Greenpoincie odnalazłem znajome smaczki i zapaszki, na Williamsburgu i East Village taką samą, jak kiedyś, atmosferę.

Choć mieszkanie miałem za darmo, dolary leciały mi jak złotówki w Polsce. Ale co tam, nie wiadomo, kiedy tu znowu przyjadę.

Przyjaciele urządzili mi w domu małą, powitalną imprezkę. Ja zrobiłem inną, w moim ulubionym barze. Miałem okazję porozmawiać chwilę w redakcji Kuriera z niektórymi czytelnikami, a właściwie czytelniczkami. Znalazło czas na spotkanie ze mną kilku amerykańskich przyjaciół, którzy mi zawsze pomagali. Wreszcie mogłem im podziękować.
Czy oznacza to wszystko, że do Nowego Jorku wrócę? Zastanowię się nad tym w kolejnym felietonie.

 

Jan Latus