1 maja w wieku 89 lat zmarła Wanda Wiłkomirska, jedna z najwybitniejszych skrzypaczek drugiej połowy XX wieku. Zadebiutowała w wieku pięciu lat jako uczennica swego ojca Alfreda Wiłkomirskiego. Później uczyła się u Ireny Dubiskiej, Ede Zathurereczky’ego, Eugenii Umińskiej, Tadeusza Wrońskiego i Henryka Szerynga. Przez 22 lata była solistką Orkiestry Filharmonii Narodowej w Warszawie. Jednocześnie koncertowała z najsławniejszymi orkiestrami świata, m.in. pod dyrekcją Otto Klempera, Leonarda Bernsteina, Carlo Marii Guliniego, Kurta Masura, Zubina Mehty, Pierre Bouleza i Franza Konwitschnego. Występowała na wszystkich kontynentach w nasłynniejszych salach koncertowych. Niemal rokrocznie grała w Stanach Zjednoczonych. Miała zagorzałych wielbicieli.

Byłem na wielu Jej koncertach. To dzięki Niej zaciekawiłem się kompozycjami skrzypcowymi Karola Lipińskiego, Mieczysława Karłowicza, Karola Szymanowskiego i Grażyny Bacewiczówny. Grała je jak nikt. Natomiast z utworów Paganiniego, grywanych na bis, wydobywała iście diabelską werwę. Wykonywane utwory nasycała własnym, pełnym energii temperamentem, nie stroniąc niekiedy od imponującej i uzasadnionej brawury. Świetnie wyważała popisowe elementy konstrukcyjne z emocjalnymi. Słychać to było zwłaszcza w wykonaniach utworów Johannesa Brahmsa, Cesara Francka, Beniamina Brittena i Fredericka Deliusa. Jej interpretacje stawały się kamieniami milowymi światowej wiolinistytki. Była tak ceniona i sławna, że kompozytorzy układali dla niej utwory ze specjalnymi dedykacjami. Grała na skrzypcach „Petrus Cuarnerius”, wykonanych w Wenecji w 1734 roku.

Mało kto wie, że Maestra była również współpracowniczką KOR-u, czyli pamiętnego Komitetu Obrony Robotników. Różnice w poglądach politycznych doprowadziły do rozpadu Jej małżeństwa z Mieczysławem Rakowskim, wieloletnim redaktorem naczelnym lewicowego tygodnika „Polityka” a później pierwszym sekretarzem PZPR, który ostatecznie rozwiązał tę partię. Nigdy nie mogłem pojąć, jak to się stało, że tak wspaniała artystka, pochodząca ze znakomitego rodu muzycznego Wiłkomirskich, mogła wyjść za mąż za zdeklarowanego komunistę i partyjnego aparatczyka. Znający ich małżeństwo Jerzy Markuszewski – współtwórca i główny reżyser Studenckiego Teatru Satyryków (STS-u), twierdził, iż uczyniła to dlatego, że Rakowski niesłychanie ją kochał i był dobrym człowiekiem. To on wychowywał głównie ich dwóch synów, którzy później także opuścili Polskę z powodów politycznych oraz tworzył Jej dom. Dom – notabene – w którym często Jej nie bylo, ponieważ raz po raz przemierzała świat, lecąc z jednego koncertu na drugi. Bywało, że widywali się tylko na lotnisku w Warszawie, kiedy przesiadała się z samolotu do samolotu. W stanie wojennym wyjechała z kraju do synów i osiadła najpierw w Niemczech a później w Australii. W obu tych krajach była cenionym profesorem gry na skrzypcach. We wczesnej młodości dużo o Niej wiedziałem od Jej siostry przyrodniej Marii Wiłkomirskiej, która była nauczycielką gry na fortepianie mojego najbliższego licealnego przyjaciela śp. Seweryna Kaczkowskiego. Pani Maria była w owym czasie dla nas obu wyrocznią w sprawach muzycznych.

$

Wanda Wiłkomirska o swym występie w nowojorskim Carnegie Hall – „Ogromna sala, pełna. Zaczyna orkiestra. Świetnie. Doskonała akustyka. Wychodzę. Stoję w środku, a dookoła mnie wszystko gra. Unosi. Puzony, flety, skrzypce, altówki. Położyłam pierwszą nutę i… nic dalej nie pamiętam, nic. Odpłynęłam. Trans, trans… Nagle cisza. I hałas. Jakieś: bum, hum, tatata. Stoję i nie wiem, co się dzieje. Wreszcie dociera. To sala krzyczy: brawo, brawo. Wszyscy wstają, owacje. Kwiaty. Stoję szczęśliwa”. To wpadanie w trans Maestry widziałem w swym życiu parokrotnie. Było to niebywałe zjawisko, nie tylko muzyczne, ale i wizualne. W Warszawie miałem wszystkie Jej nagrania na płytach winylowych. Niestety padły ofiarą złodzieja, który ukradł je na sprzedaż. Maestra istnieje w mojej pamięci jako jeden z najbardziej fascynujących wirtuozów skrzypiec i jako fascynująca kobieta.

$

I jeszcze raz Wiłkomirska. Tym razem fragment wywiadu dla BBC – „Rozstałam się z panem Rakowskim, ponieważ ja przestałam wierzyć w jedność jego słów i czynów, ponieważ on miał dwa komplety poglądów. Jeden komplet był w domu, przy stole, przy obiedzie a drugi na ekranie telewizyjnym. To nie jest atmosfera, w której się dobrze czuję. Ja martwię się o tego człowieka, o jego biografię, którą sobie sam zepsuł; o to, że właściwie zwiódł środowisko, które kiedyś było naszym wspólnym środowiskiem, to znaczy intelektualiści, artyści”.

$

Występy „Mazowsza” w Wilnie stały się niebywałą wręcz manifestacją polskości. Owacje na stojąco, bisy, okrzyki zachwytu, „Sto lat”, wzruszenia i zbiorowe uniesienia. O takiej jedności widzów z artystami marzy każdy artysta sceny. Nieczęsto jednak się ona zdarza. Ten zespół doświadczał jej wielokrotnie. „Mazowsze” zebrało na sześciu kontynentach tyle pochwał, że trudno jest dołożyć coś oryginalnego od siebie. Powtórzę zatem banał – „Mazowsze” jest perłą w koronie Rzeczypospolitej. Przepięknie jaśniejącą już 70 lat. Występy tego zepołu nie tylko się ogląda i podziwia, ale i przeżywa. Tak jest – przeżywa! Widziałem to wielokokrotnie. I przeżywałem z tysiącami widzów. Goszczenie części Mazowszan w moim warszawskim mieszkaniu było jednym z najprzyjemniejszych wydarzeń podczas pobytów w ojczyźnie w ostatnich latach.

$

Ciekawa opinia Michała Urbaniaka o uprawianym przez niego jazzie – „Jazz powstał po to, żeby nie myśleć. On ma przynosić odprężenie a nie intelektualne niepokoje, czy inspiracje”. Lubię jazz tradycyjny i tzw. smooth jazz. Relaksuje mnie zazwyczaj, a bywa, że i inspiruje.

$

Ciągle nie wiem, jak to się dzieje, że większość znanych mi pań świetnie dostosowuje się w tańcu do mężczyzny, błyskawicznie łapiąc jego rytm i krok. Nieraz wymyślam w pląsach różne urozmaicenia, a partnerki chwytają je w lot. Zdumiewa mnie natomiast, że wirowanie w walcu w lewo sprawia wielu z nas trudności. Gdyby to ode mnie zależało, wprowadziłbym w szkołach obowiązkową historię muzyki z obowiązkowymi lekcjami tańca w ujęciu historycznym i współczesnym. Tak przez rok. W następnych latach byłyby obowiązkowe lekcje historii malarstwa, rysunku, rzeźby, architektury, teatru i filmu. W elementarnym zakresie. Może wtedy polski maturzysta by coś niecoś wiedział o historii kultury, bo jak na razie jego wiedza jest niemal zerowa. Kiedy zgłaszam ten postulat odnośnym władzom, patrzą na mnie jak na pięknoducha z innej planety, nie liczącego się z realiami. W takim razie pytam – w jakich celach kształcimy m.in. kulturoznawców?

$

Oglądam po raz któryś „Ziemię obiecaną” Andrzeja Wajdy, pokazywaną w odcinkach przez TVPolonia. I – jak w latach mej młodości – z odcinka na odcinek staję się coraz większym socjalistą.

 

Andrzej Józef Dąbrowski