Donald Trump zerwał porozumienie nuklearne z Iranem, stawiając USA na przeciwstawnym biegunie w stosunku do sojuszników z NATO w Europie, a także w stosunku do Rosji i Chin. Decyzja ta może mieć trudne do przewidzenia konsekwencje. 

 

Duża część mediów amerykańskich informując o sprawie pisze o „wypowiedzeniu” umowy z Iranem. Nazwijmy jednak rzeczy po imieniu. Umowa została przez Donalda Trumpa jednostronnie zerwana, wbrew faktom potwierdzonym zresztą przez samą Amerykę, że Iran z porozumienia się wywiązuje. Trump, który już w trakcie kampanii wyborczej mówił, że umowa jest fatalna, a nawet szalona, tak jak wtedy, tak i w ostatni wtorek nie wyjaśnił właściwie dlaczego. Usłyszeliśmy jedynie, że porozumienie jest korzystne wyłącznie dla Iranu i „nigdy nie doprowadzi do pokoju”. Z tych słów można by wnioskować, że prezydent ma w zanadrzu przygotowane jakieś inne, lepsze rozwiązanie, które do wspomnianego pokoju prowadzi. Jeśli tak jest to jest ono bardzo mocno skrywane, nie tylko przed amerykańską opinią publiczną, ale również przed sojusznikami, bo na razie ani my, ani oni nie usłyszeliśmy żadnych szczegółów tego planu.
Zerwanie przez USA porozumienia oznacza, że na Iran znów nałożone zostaną sankcje gospodarcze. Donald Trump zapowiedział zresztą, że będą one najostrzejsze z możliwych. Sankcje, co bardzo istotne, nie obejmą oczywiście wyłącznie Iranu. Oprócz firm amerykańskich, które zachowały się na tyle nieostrożnie, że uwierzyły, iż umowa zawarta przez USA coś znaczy i zaczęły podpisywać kontrakty z Iranem, zostaną nimi objęte również firmy europejskie, rosyjskie i chińskie. Ambasador Stanów Zjednoczonych w Niemczech Richard Grenell już zresztą wyraźnie to zapowiedział.

 

„Amerykańskie sankcje wymierzone zostaną w najważniejsze sektory gospodarki Iranu. Niemieckie firmy robiące interesy w tym kraju powinny je wygasić natychmiastowo” – czytamy w jego oświadczeniu na Twitterze. Bardziej przypomina to w tonie rozporządzenie Nikołaja Nowosilcowa, sprawującego z ramienia carskiej Rosji nadzór nad policją okupowanego Księstwa Warszawskiego niż oświadczenie ambasadora sojuszniczego kraju. Cóż, decyzją Donalda Trumpa Ameryka przypomina właśnie światu, że ze zdaniem innych krajów nie ma zamiaru się liczyć.

Takie podejście do sprawa międzynarodowych widzimy zresztą nie tylko w odniesieniu do Iranu. Również za sprawą Trumpa USA postanowiły przenieść swoją ambasadę w Izraelu do Jerozolimy, która została przez prezydenta uznana za stolicę tego kraju, wbrew opinii praktycznie wszystkich państw świata, chcących zgodnie z decyzjami ONZ, by status Jerozolimy został rozstrzygnięty na drodze pokojowych negocjacji.

Kilka lat temu Gallup, renomowany instytut badania opinii publicznej, przeprowadził międzynarodowy sondaż. Jego uczestnikom zadano pytanie: „które z państw stanowi największe zagrożenie dla światowego pokoju”. Na pierwszym miejscu i to zdecydowanie znalazły się Stany Zjednoczone. Wskazało je 24 procent respondentów. Drugi w tym rankingu Pakistan otrzymał 8 proc., a trzecie Chiny 6 proc. Na Iran wskazań było bardzo mało. Za największe zagrożenie dla światowego pokoju uznali to państwo przede wszystkim mieszkańcy… Stanów Zjednoczonych.
Sondaż ten jest o tyle istotny, że pokazuje, iż amerykańska polityka zagraniczna nie jest jedynie tworem takiej czy innej administracji będącej akurat u władzy. Niezależnie od wewnętrznych sporów prezydenci USA w swoich działaniach znajdują przeważnie wysokie poparcie w społeczeństwie. Tak było przecież w przypadku wojny z Irakiem. George W. Bush, który jak wiemy wzniecił tę wojnę na podstawie całkowicie fałszywych przesłanek, w Kongresie uzyskał niemal stu procentowe poparcie. Jego popularność w sondażach była też wówczas bardzo wysoka.

Po decyzji Donalda Trumpa jego polityczni przeciwnicy umocnią się w przekonaniu, że to właśnie on jest tu całym złem. Prawda jest jednak inna. Trump dostał się do Białego Domu z wyboru. To co tam robi jest więc w pewnym sensie wypadkową tego jak myśli i czego chce amerykańskie społeczeństwo, a przynajmniej znaczna jego część.

 

Tomasz Bagnowski