Edward Munch, autor sponiewieranego przez komercję „Krzyku”, należy do czołowych artystów modernizmu.

 

Kiedyś, w młodości, fascynował mnie ten ruch. Nadal zresztą bardzo go cenię, głównie zapewne za inspirację filozofią Artura Schopenhauera. Bo poza tym jest trudny do wytrzymania – z powodu przesadnego patosu, pretensjonalnego „szału zmysłów”, nieznośnej, dość płytkiej metafizyki, natrętnego symbolizmu, który dziś kwitować możemy wzruszeniem ramion; no i przy tym polska retoryka literacka słów dętych, napuszonych, górnych…

Wszystko to możemy znaleźć u Muncha. Prawda, ale zrazem widać dobrego artystę. Wystawa poświęcona jego dokonaniom, zorganizowana wiele lat temu przez nowojorską MoMę, przekonywała, iż mamy do czynienia z wybitnym twórcą przełomu XIX i XX wieku.

„Taniec życia” jest jednym z najbardziej typowych motywów tego okresu. Opis obrazu wystarczy za wyjaśnienie jego przesłania. Pośrodku namalowanej sceny rudowłosa kobieta w czerwieni tańczy w objęciu z mężczyzną ubranym na czarno. Z lewej strony, młoda dziewczyna w bieli oczekuje na partnera. I ona chce zatańczyć. Z prawej starsza kobieta w czerni, chuda, sterana wiekiem, swój taniec już skończyła. Przygląda się wirującym parom, ale przede wszystkim ze smutkiem, rezygnacją patrzy na tancerkę w czerwieni. Czyli na siebie samą z dawnych czasów.

 

Mamy bezsprzecznie do czynienia z wizerunkiem samego życia. Wchodzimy w nie pełni ciekawości, ochoty, nadziei. Pragniemy znaleźć się w środku wiru istnienia jak najszybciej, by korzystać z uroków egzystencji, funkcjonować w niej na pełnych obrotach. Wir tańca porywa, zapominamy, że to tylko chwilowe zachłyśnięcie, fascynacja i oczarowanie. Wkrótce inni, młodsi, piękniejsi i sprawniejsi nas zastąpią; a dokładniej – wyprą z parkietu dla poczesnych par. Wyrzuceni na margines, wypadamy z głównego nurtu. Brzydota, starość, brak sił, kres egzystencji. Możemy tylko wspominać, co było, z żalem i gniewem, że mogliśmy/powinniśmy wykorzystać te chwile życia lepiej, mądrzej, pełniej.
Normalna kolej rzeczy. Taniec życia, albo wir życia. Młodopolski, czyli modernistyczny symbol, powtarza Munch wielokrotnie. Motyw ten znaleźć można także u innych twórców epoki: wirujący krąg, zaklęty krąg, chocholi taniec – jeden z najpopularniejszych symbolicznych chwytów tamtej epoki. „Raz dokoła, raz dokoła”, jak by powiedział Wyspiański; porywa nas magiczna, taneczna orbita, ledwie obrócimy się, a już z niej wypadamy poza główny krąg na krawędź istnienia.

 

Popularny środek wyrazu w sztuce przełomu XIX i XX wieku, przedstawiany w rozmaitych kształtach i konfiguracjach. Średniowiecze miało ulubiony, podobny motyw: taniec śmierci. Wszyscy tańczymy ze śmiercią, od młodości, od dzieciństwa, od kolebki. Ona (śmierć) jest wodzirejem, prowadzi nas w jednym tylko kierunku (wizerunek świetnie pokazany, na przykład, w ostatnich scenach „Siódmej pieczęci” Ingmara Bergmana.) Przesłanie tego uporczywie powtarzanego motywu było jedno: zrodzeni jesteśmy ku śmierci; nie ma różnicy czy bogacz, czy biedak, potężny król, czy chudopachołek; wszystkich nas spotka ten sam los. Myślmy więc raczej o wieczności, nie angażujmy się zbytnio w przemijające uroki krótkiej ziemskiej egzystencji – odrzućmy tedy „świata łakome marności”, jak powiada Mikołaj Sęp Szarzyński.

Modernistyczny taniec życia równie kładzie nacisk na krótkie trwanie ludzkiego życia. Ale w przeciwieństwie do myśli wcześniejszych wieków, nie wyciąga stąd wniosku, że w takim razie należy się bawić, cieszyć, korzystać z jego przyjemności póki czas. Jak sugeruje myśl komunikowana przez Bronzino za pośrednictwem omawianego w tym cyklu obrazu „Alegoria miłości”. Modernizm przesiąknięty posępną filozofią Artura Schopenhauera, ze znikomości życia wnosił o bezcelowości egzystencji. Nasze życie jest bez sensu, niedorzeczne, zbyt krótkie, by się nim nacieszyć, zaś dostatecznie długie, by cierpieć bez miary. Po nic, bez celu, nic z niego nie wynika.

 

„I chociaż życie nasze nic niewarte: evviva l’arte!”pisał Kazimierz Przerwa Tetmajer, modernista przejęty ideologią swego czasu. Sztuka trwa, życie przemija.

Jakie cierpienie ma na myśli Munch? Egzystencjalne, ból istnienia. Samo życie jest udręką.

Nie bez przyczyny bohaterka obrazu Muncha jest kobietą. Ona jest tajemnicą mężczyzny. Norweski artysta aprobował ów ogólny pogląd dzielony właściwie z całą bohemą ówczesnej Europy, ale miał i osobiste powody ku temu. Nieudany romans z Dagny Przybyszewską, wcześniej związaną ze szwedzkim dramaturgiem, Augustem Strindbergiem. Jej burzliwe perypetie zakończone morderstwem przez kolejnego męża, nastąpiły później, po niedobrym małżeństwie ze Stanisławem Przybyszewskim. W każdym razie Munch cierpiał zawód miłosny, Strindberg cierpiał straszliwie, a nadmiernie mizoginistyczna ideologia modernizmu podsycała w nich jeszcze przeświadczenie o niegodziwej naturze kobiet, reprezentujących siłę natury, biologii, degradującej mężczyznę.

 

Dawne czasy, choć nie tak znowu odległe poglądy, w skrytości żywione i dzisiaj.

W każdym razie Munch malujący kobietę rzucającą się w wir tańca, miał i prywatną „zemstę” na uwadze, oraz na celu ogólne przekonanie: wkrótce pełne, wesołe życie tej szalejącej w tańcu kobiety się skończy. Zostanie starość, szpetota, gniew, żal i cierpienie. Zapomniał jednak, iż ów ogólny mechanizm życia dotyczy wszystkich mężczyzn, w tym również i jego. Także on zostanie wyeliminowany z parkietu, jak wszyscy inni.

Nie krytykuję obrazu, bo bardzo mi się podoba, ale po obu stronach sceny artysta winien namalować więcej: młodą parę z lewej i starą – z prawej.

 

Czesław Karkowski