David Bowie is here. Powtarzają plakaty na stacji metra Broadway – Lafayette. Czarno-białe fotografie artysty. Fragmenty tekstów. Instalacje. You’d be surprised the places I’m able to go – mówi ze ściany Ziggy Stardust. Androgeniczna sylwetka wdrukowana w pamięć milionów. To jedyny mężczyzna, z którym mogłabym być – wyznaje homoseksualna Cristina. I pokazuje zdjęcie pod szyldem stacji Bowery, która na czas trwania wystawy honorującej nowojorskiego artystę, zamieniła nazwę na David Bowery. Z portfela wyciąga kartę na metro z podobizną muzyka i tłumaczy, że to jedna z 250 tysięcy, które wypuszczono na rynek. Kiedyś będziesz mogła na niej zarobić dużo pieniędzy – mówię. Nigdy jej nie sprzedam – wykrzykuje Brazylijka. To mój talizman. Od dziś na zawsze w portfelu – zarzeka się. I całuje niewielki plastykowy prostokąt.

Na mapie wystawy imitującej nowojorskie plany miasta, zaznaczone miejsca, w których można tropić ślady artysty. You are here/ Jesteś tutaj – wskazuje symbol błyskawicy. I czarna kropka. Jestem tutaj. To prawda. Znam świetnie tę dzielnicę. Mogłabym zaznaczyć kilkanaście miejsc, w których pracowałam. Czasem przez kilka dni. Czasem przez kilka lat. Wiem, gdzie serwują najlepsze pierożki z warzywami. I lody o smaku zielonej herbaty. Gdzie kupić autentyczne hinduskie przyprawy. I dorobić klucz. Poruszam się na pamięć. Francuzi powiedzieliby par cśur. Na serce.

*

„Nowy Jork. Kiedy po raz pierwszy przyjechałam do tego miasta byłam zafascynowana wszystkim dookoła: drapacze chmur, ekskluzywne butiki, żółte taksówki i rzeka ludzi. Cokolwiek wiedziałam o Nowym Jorku – wszystko okazało się prawdą” – tak zaczynał się pierwszy felieton, który napisałam 12 lat temu. Nosił tytuł One way ticket. I był jedynie wprawką. Niezdarnym początkiem historii. Która nie może się skończyć. 499 odcinków później ciągle jestem tutaj. Czarna kropka uwięziona na mapie miasta.

Czytanie własnych tekstów to aktywność nosząca znamiona masochizmu. Szczególnie, gdy trzeba przebrnąć przez te pierwsze; wykoślawione brakiem dystansu do tematu. Zbyt dosłowne. A czasem wzruszające nieprzejednaniem poglądów. Zaciętością. Narratorka wydaje się obca. Jak miasto. Którego nie zna. Którego jeszcze nie rozumie. Opisuje świat z finezją pracownika kontroli jakości. Odrzuty na prawo. Reszta na lewo. Taśma kręci się. Ty stoisz przy niej. Jesteś pionkiem w grze. Kółkiem w maszynie. Jest coś zawstydzającego w tamtej potrzebie jednoznaczności. Żeby nazwać, opisać, oswoić. Przestrzeń, która jednocześnie fascynuje i przeraża. A nad wszystkim unosi się dojmujące poczucie rozdarcia. Tęsknota, która zatyka. I przeczucie nieuchronnej klęski. Z drugiej strony, miasto wynagradza. W ilościach hurtowych dostarcza elektryzujących przeżyć, miejsc, ludzi. Mami. Oślepia. Uzależnia. Jestem w toksycznym związku z Nowym Jorkiem – mówi bohaterka Podwójnego życia. Wierzę jej.

*

W podróży melancholijnej do źródeł, pod dawno nieużywanym adresem, znajduję listy od czytelników. To był czas przed – facebookowy. W 2007 roku ludzie pisali e – maile. „Szanowna Waćpanno” – zaczyna Marian – „Uczyniłaś żeś z tekstu” Zapach jesieni” majstersztyk. Po przeczytaniu go (w ustronnym miejscu) chciało mi się śpiewać, śmiać i płakać zarazem. Jest on tak kobiecy, że nie dziwię się Twej opinii, o Pani, że krytycy, idąc dalej, mężczyźni, to durnie. Nikt nie potrafi odbierać tak piękna, jak Wy, kobiety. Wlał on (tekst) w me serce tyle żalu, że muszę tutaj być samotnie, a z drugiej strony, tyle egzystencjalnych pytań o sens istnienia świata bez Was, że aż miło”. Patrycja pisze: „Czytając Pani artykuły jestem pewna, że tworzy Pani własny serial i nie musi polegać na tutejszych, czy polskich. Niestety homesick zabić się nie da. Trzeba nauczyć się z tym żyć”. „W dalszym ciągu Cię czytam – śmiesznie piszesz i młodzieńczo się przejmujesz (też kiedyś taki byłem). Rób swoje i olej te anonimy od jakiś chorych z zawiści matołów” – radzi Tomek. „Czytałem Twój felieton „Polskie piekiełko” i z przyjemnością stwierdzam, że nie pasujesz do szarej reszty – na szczęście! Masz własny spokojny styl, jesteś cudownie świeża i autentyczna w spostrzeżeniach i ocenach. I nie piszesz o bzdurach, nie wysilasz się, nie pozujesz. To o czym wspaniale piszesz przychodzi Ci z łatwością, bo masz niebywałą umiejętność plastycznego posługiwania się słowami” – kadzi JF. „Twoja jasność spojrzenia, wrażliwość, inteligencja, naturalny wdzięk w pisaniu i autentyzm – proszę nie zmarnuj tych atutów, bo im dłużej jesteś na emigracji, tym szybciej mogą się one zacząć zacierać” – przestrzega. Krystyna gratuluje odcinka pt. „Kasztany” i donosi, że wysłała kopie do siostrzenic z Polski. Z kolei Andrzejowi „za każdym razem, gdy otwiera gazetę przelatuje przez myśl pytanie”: czy to rzeczywiście ja jestem na zdjęciu. „Twoje artykuły zawierają często pewną dozę tajemniczości i fajnie jest się przez chwilę zastanowić, czy ja znam te miejsca” – wyznaje.

Jestem zaskoczona obfitością korespondencji. I myślę o tym, czy „nie zmarnowałam atutów”, o których wspomina wnikliwy recenzent, a przy okazji tych dwunastu lat z wąsem, których odpryski upubliczniam w wersji pisemnej, cotygodniowej. Czy 500 plus to powód do chwały, czy raczej cichej rozpaczy, że jestem ciągle w tym samym miejscu? Bo przecież wydarzyć mogło się wszystko. Książka. Sława. Zielona karta. Pieniądze. A może, posługując się partyjną nowomową, dopiero nadchodzi czas na dobrą zmianę?

 

Weronika Kwiatkowska