Weroniki Kwiatkowskiej nie trzeba tutaj nikomu przedstawiać. Kulturoznawczyni, podglądaczka metropolii, wnikliwa obserwatorka życia nowojorskiej Polonii, jak również życia literackiego w Polsce. Od 12 lat publikuje na łamach „Kuriera Plus”. W tym tygodniu „Podwójne życie Weroniki K.” ukazuje się po raz pięćsetny i z tej okazji Szanowną Jubilatkę postanowiła przepytać Ewa Sukiennik-Maliga.

 

fot. Dagmara Wasilewska

 

Gratulacje, Weroniko, z okazji 500. felietonu! Opowiedz na początek, skąd się wzięłaś w Ameryce?

Wszystko zaczyna się we wczesnych latach 90., kiedy do małego miasteczka w Wielkopolsce przyjeżdża wysłanniczka amerykańskiego Korpusu Pokoju, by nieść kaganek oświaty. Jest dwudziestokilkuletnią absolwentką Harvardu z Nowego Jorku i na rozpoczęcie roku stawia się w podartych dżinsach, czym wzbudza sensację wśród grona pedagogicznego szacownego wrzesińskiego liceum. Nie ma polskich korzeni, ale szybko uczy się języka. Na domiar „złego” jest wegetarianką i zachęca uczniów, by mówili jej po imieniu. Totalna rewolta.

Ja jestem jeszcze w szkole podstawowej, ale mój najstarszy brat chodzi na fakultety z angielskiego, zaprzyjaźnia się z Amerykanką i na dwa lata – bo tyle trwa kontrakt – Amy staje się częścią naszej rodziny, a dla mnie starszą siostrą, z którą rozmawiam o feminizmie, demokracji, ekologii i cierpieniu zwierząt. Pod jej wpływem przestaję jeść mięso (na parę lat) i generalnie zostaję zainfekowana miłością do świata, który wtedy, z perspektywy postpeerelowskiej rzeczywistości, jawi się niesłychanie pociągająco.

To jest czas, kiedy masowo wydaje się amerykańskich autorów, więc zaczytuję się w Irvingu, Robbinsie, sięgam po „Paragraf 22” Hellera czy „Lot nad kukułczym gniazdem” Keseya. Nowy Jork mnie prześladuje (śmiech). Na osiemnastkę od koleżanek dostaję album zatytułowany „Odkrywanie Ameryki” (zdjęcia Tomasz Tomaszewski, tekst Małgorzata Niezabitowska) z dedykacją, żeby spełniło się marzenie o Nowym Jorku. Jeszcze wtedy nie wiem, że trzeba uważać z wypowiadaniem na głos pragnień, bo mogą się ziścić.

Zdanie: „Chciałabym, żeby moje życie było przełamywaniem wszelkich schematów” – wygłoszone podczas nagrywania pamiątkowego filmu przed studniówką – prześladuje mnie do dzisiaj. Koleżanki i koledzy mówią o studiach, dobrej pracy, zakładaniu rodzin, dzieciach. A ja – z pretensjonalnością osiemnastolatki – wyrażam pragnienie, by wybrać – jak u Thoreau – „drogę mniej uczęszczaną”. W jakimś, bardzo wykrzywionym, sensie wszystko się spełniło.

To kiedy się ten Twój Nowy Jork ziścił?

Mijają lata, jestem już studentką kulturoznawstwa Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, do Polski wchodzi internet, zaczynamy na nowo wymieniać listy z Amy i wkrótce otrzymujemy zaproszenie na wesele.

Razem z mamą lecimy pierwszy raz do Nowego Jorku. Zatrzymujemy się w pięknym mieszkaniu przy 72 Zachodniej, dwa kroki od Central Parku. Chłoniemy miasto, zwiedzamy, przesiadujemy godzinami w muzeach, jemy w dobrych restauracjach. Jest początek jesieni. Manhattan pokazuje swoje najpiękniejsze oblicze.

Zapamiętuję zapach słodkich orzeszków sprzedawanych nieopodal Strawberry Fields, spektakularną panoramę miasta z Mostu Brooklyńskiego. I światło. Bursztynowe. Złote. Jesteśmy zaczadzone pięknem, zahipnotyzowane. Nie zapuszczamy się w mniej reprezentacyjne dzielnice. Dopiero pod koniec wycieczki lecimy na kilka dni do Chicago, odwiedzić krewną. Tam następuje pierwsze zderzenie z imigrancką rzeczywistością. Na tyle bolesne, że zapisuję w pamiętniku: NIGDY nie mogłabym tak żyć! (śmiech)

A jednak przyjechałaś ponownie i już zostałaś… Dlaczego?

Na to pytanie dotąd nie znalazłam dobrej odpowiedzi.

A jak było z pisaniem? Od kiedy wiedziałaś, że chcesz to robić?

Jak każda wrażliwa jednostka w wieku dojrzewania miałam silną potrzebę wyrażenia się w poezji. Pisałam wiersze o niespełnionej miłości. I o śmierci. Mam ten zeszycik ze sobą, wrócił do mnie po latach. Dużo tam krwi, bólu i generalnie rozpaczy (śmiech). Inspirowałam się japońską sztuką haiku. Minimalizm formy. Maksimum treści. Krótkie zdania. Skróty. To mi zostało do dzisiaj. Miałam epizody dziennikarskie, pisywałam do lokalnej prasy. Jeden z pierwszych tekstów dotyczył egzaminu na prawo jazdy. Ukazał się pod wiele mówiącym tytułem „Nie posmarujesz, nie pojedziesz”. Chciano mnie wtedy podać do sądu. Dziś powiedziano by, że uprawiałam dziennikarstwo niepokorne.

Na studiach mieliśmy zajęcia z krytyki literackiej. Trzeba było napisać dwie recenzje. Wszyscy oblewali, a ja dostałam najwyższą notę i uwagę wykładowczyni: „Jeszcze pani nie publikuje? To wstyd!”. Nawet chciała, żebym pisała recenzje teatralne do jakiegoś periodyku, ale nigdy specjalnie nie czułam teatru, byłam młoda, głupia. Odrzuciłam propozycję ze strachu. Po studiach pracowałam w kancelarii prawnej, w firmach translatorskich. Praca 9-5. Proza życia.

A jak trafiłaś do Kuriera Plus?

Po kilku miesiącach w Stanach zaczęłam pisać bloga. To był – zdaje się – sposób na odreagowanie. Bolała mnie emigracja. Zżerała tęsknota. Stałam w mentalnym rozkroku. Właśnie wtedy znalazłam ogłoszenie o warsztatach poezji. Myślałam, że zbiera się grupa piszących, którzy dyskutują na temat swoich wierszy, wymieniają się uwagami, czytają klasyków. Okazało się jednak, że to spotkania dla początkujących, na które zresztą nie było chętnych, ale osoba, która próbowała je zorganizować, zajrzała do mojego bloga i po lekturze kategorycznie nakazała skontaktować się z redaktor Kłopotowską z Kuriera Plus. Nie bardzo wiedziałam, co to za pismo, kilka miesięcy wcześniej przeprowadziłam się z Astorii na Ridgewood, miałam niewielki kontakt z Polonią, byłam kompletnie niezorientowana w tutejszych realiach. Ale napisałam do redakcji, szefowa poprosiła, żebym wysłała kilka tekstów. Spodobały się, umówiłyśmy się na rozmowę i właściwie z marszu dostałam swoją autorską kolumnę. Pamiętam, że spóźniłam się na spotkanie, bo pomyliłam pociągi. A na dzień dobry usłyszałam, że zupełnie inaczej wyglądam, niż to „wynika z mojej twórczości” (śmiech).

„Podwójne życie Weroniki K.” to oczywiste zapożyczenie z Kieślowskiego…

Wielokrotnie czytelnicy insynuowali mi jakieś niecne występki, sekretne życie. Byli zawiedzeni, że nie tańczę nocami w klubach go-go albo nie robię innych podniecających rzeczy. Niestety. Tytułowa podwójność to stan, który jest – moim zdaniem – immanentnym dla imigranta. Dwa języki, dwa kraje, dwie tożsamości, dwie kultury. Doświadczenie emigracji jest obciążone poczuciem rozdarcia, pęknięcia. Na to, co było kiedyś, i teraz; kim byliśmy w kraju urodzenia, a w jakie, często nieprzystające, kuriozalne role wcielamy się tutaj. Myślę głównie o pracy i tzw. karierze zawodowej.

Cotygodniowy obowiązek dostarczenia tekstu do gazety wymaga dyscypliny. Jak pracujesz? Odsłoń tajniki warsztatu.

Ochoczo uprawiam prokrastynację. Jestem mistrzynią w odkładaniu na później. Im więcej czasu, tym trudniej zasiąść do pracy. Mam na tę okoliczność ulubiony fragment z listu Mrożka do Lema o gombrowiczowskiej „ohydnej mgławicy początku” i że trzeba „doprowadzić się do maszyny i zacząć”. W przypadku cotygodniowych felietonów ciężar jest nieporównywalnie lżejszy, niż kiedy zasiada się do powieści czy sztuki teatralnej, ale jedno się nie zmienia – trzeba „posadzić zad” na krześle i postawić pierwszą literę. Kiedy już naprawdę nie wiem, o czym i jak pisać – biorę z półki, a właściwie ze stolika przy łóżku, bo piszę na leżąco, przypadkowy tomik wierszy albo sięgam do ulubionych dzienników i czytam. To mnie uruchamia. Po chwili otwiera się jakaś klapka, układam pierwsze zdanie i potem już z górki. Piszę raczej wieczorami. Nie mam żadnych specjalnych rytuałów. Nie muszę wprowadzać się – jak jeden z zaprzyjaźnionych malarzy – w jakiś rodzaj transu (śmiech). Mogę przerywać pisanie w dowolnym momencie i później do niego wracać. Albo jednocześnie prowadzić dyskusję na Facebooku czy odpisywać na wiadomości tekstowe. Mam podzielną uwagę.

Twój styl jest bardzo charakterystyczny. Krótkie, treściwe zdania, takie „bomby”, i dużo cytatów. Wynotowałam sobie nazwiska pojawiające się najczęściej: Świetlicki, Gombrowicz, Márai, Konwicki, Białoszewski, ale też Nosowska czy Peszek.

Jestem łasa na cytaty. Węszę za nimi jak maciora za truflami (śmiech). Oceniam lekturę po tym, ile linijek podkreśliłam. Kiedy zatrzyma mnie jakieś jędrne zdanie, w którym użyto niebanalnego porównania, a w języku dzieje się dużo i pięknie, wtedy chcę się podzielić z czytelnikami i tylko czekam okazji, żeby wykradzione zdanie wrzucić do felietonu. Dobry cytat nie tylko podnosi wartość artystyczną słabszego tekstu, ale posiada również walor edukacyjny. Odsyłam czytelników do źródeł, mogą sięgnąć do autora, którego dotąd nie znali, albo posłuchać piosenki z niegłupim tekstem. Ostatnio zachwyciło mnie zdanie z felietonu Macieja Sieńczyka: „Stanąłem w kolejce za mężczyzną, który ciągnął za sobą dość gęsto upleciony warkocz smrodu”. Skwapliwie wynotowałam.

Z innych okołoliterackich działań prowadzisz również od kilku lat Ridgewoodtekę – Polonijny Klub Książki. Jak się zaczęło?

Pomysł na Ridgewoodtekę pojawił się przypadkowo. Znajomej udostępniono salę w pobliskiej bibliotece na prowadzenie spotkań dla Polonii i zaproponowała mi organizowanie wieczorów autorskich. Do zagospodarowania była jednak tylko godzina, za krótko, więc pomyślałam, że skoro biblioteka, to może klub książki? Szybko się okazało, że salka w piwnicy, w której dzieci odrabiają lekcje, z jarzeniowym oświetleniem, pełna przyborów szkolnych i plastykowych krzesełek, nie nadaje się do kameralnych spotkań przy książce. W efekcie zrobiłam tam tylko jeden wieczór, ale pomysł na klub zakiełkował. Kilka tygodni później, spacerując po Ridgewood, natrafiłam na Topos Bookstore. Mały antykwariat na rogu Woodward Ave., stary ekspres do kawy, drewniane stoły. Pomyślałam, że to byłoby idealne miejsce na nasze spotkania. Weszłam, porozmawiałam z Cosmo i tak to się zaczęło. Minęły trzy lata, odbyło się blisko 50 spotkań.

Jak wyglądają te spotkania?

Czasem rozmawiamy na „zadany” temat np. „Sztuka reportażu”, „Dzienniki”, „Książka pod choinkę” i wtedy każdy, kto ma ochotę, omawia swoje propozycje, czytamy fragmenty, dyskutujemy. Ale też coraz częściej zapraszamy gości. Byli u nas m.in. Magdalena Kicińska, Filip Springer, ostatnio Aleksandra Karkowska i Barbara Caillot Dubus. Dużym zainteresowaniem cieszą się spotkania z polonijnymi twórcami, wieczór z Czesławem Karkowskim zrobił furorę. Na 21 maja planujemy wykład Ewy Dżurak na temat literatury indiańskiej. Zapraszam serdecznie.

500. felieton to poważna rocznica, 12 lat regularnego pisania. Jakie masz plany, żeby felietony nie zniknęły w pojemnikach na recykling lub nie zaginęły w czeluściach internetu?

Pracuję nad książką. The best of Podwójne życie (śmiech). Mam już tytuł, myśl przewodnią, pomysł na okładkę i wybrane teksty. Teraz tylko trzeba to wszystko opracować, a potem – najtrudniejszy etap – poszukać wydawcy. Jeśli nie uda się nikogo zainteresować, pomyślę o – teraz bardzo modnym – self-publishingu. W takiej czy innej formie, zbiór felietonów niebawem pojawi się na rynku.

Opowiedz, jak felietony wpłynęły na Twoje życie towarzyskie, generalnie – komu podpadłaś?

Lista jest długa (śmiech). A poważnie, było kilka sytuacji, kiedy po opublikowaniu odcinka spotkał mnie ostracyzm towarzyski, bo jakaś mało zdystansowana jednostka poczuła się dotknięta i zerwała stosunki. To są koszty, z którymi się liczę. Wiele lat temu niewinna recenzja spektaklu zaowocowała tym, że jedna z polonijnych instytucji wycofała z gazety reklamy i zagroziła, że nigdy więcej Kurier Plus nie dostanie wejściówek na wydarzenia kulturalne, które organizuje. Obietnicy dotrzymała, zdaje się. W każdym razie mnie już więcej nie zaproszono.

Wielkie emocje wzbudził Twój felieton na temat Parady Pułaskiego.

Tak, to był jeden z najbardziej komentowanych odcinków. Uderzyłam w polonijne świętości. Zagotowało się. Redakcja zachowała się z wielką klasą. Odcięła się od prezentowanych przeze mnie opinii, ale tekst opublikowała. Dostałam kilka niemiłych listów pt. wyjedź stąd, zaprzańcu. Ale też dużo osób pisało: nareszcie ktoś powiedział na głos to, co myśli duża część Polonii. Najbardziej jednak zaskoczyły mnie liczne głosy znajomych, którzy prywatnie przyklaskiwali, natomiast publicznie nie życzyli sobie, by ich cytowano. Twierdzili, że mogą ich spotkać nieprzyjemności w pracy, że stracą klientów etc. Powtarzające się głosy o tym, że Polonia jest prawicowym monolitem i wszelkie odstępstwo od tej „normy” jest piętnowane, dlatego lepiej siedzieć cicho i nie drażnić tzw. opinii publicznej, zatrwożyły mnie.

No właśnie… Polonia. Jak – po tych kilkunastu latach – ją postrzegasz?

Janusz Kapusta w jednym z wywiadów powiedział, że Polska rozpisana na kilka najbliższych osób jest mu bliższa niż ta rozpisana na 38 milionów. „Najlepsza Polska to żona i ja” – wyznał artysta. Podobnie rzecz ma się z Polonią. Po latach nareszcie mam poczucie, że udało mi się zgromadzić wokół siebie dość sporą grupę ludzi o podobnej wrażliwości – otwartych, tolerancyjnych, o liberalnych poglądach, nie stroniących od czytania i uczestniczenia w życiu kulturalnym. Do nich mi najbliżej. Natomiast gdyby patrzeć na Polonię en masse, której np. zdecydowana większość w wyborach prezydenckich głosuje na Donalda Trumpa, człowieka gardzącego kobietami, mniejszościami, imigrantami – to niewiele mam z nią wspólnego. Ale – parafrazując Konwickiego – Kocham Polonię! To możesz w razie czego podkreślić, chociaż wiesz, że kłamię jak najęta.

Pisałaś też o tym, że jednym z grzechów głównych Polaków – nie tylko w USA – jest brak dystansu do siebie i nieumiejętność przyjmowania krytyki.

Nie chciałabym generalizować, mogę jedynie opowiedzieć o moich doświadczeniach z Polonią w zakresie tzw. działalności artystyczno-kulturalnej, bo na tym – z racji wykształcenia i po części zawodu – znam się najlepiej. Otóż wśród organizatorów najrozmaitszych imprez pokutuje przekonanie, że wszystko, co robią, powinno być przyjmowane bez zastrzeżeń. Wszelka krytyka, jest „pluciem we własne gniazdo”, „brakiem patriotyzmu” itd. Polonijni dziennikarze mają pisać tylko dobrze albo wcale. Bo skoro „sami nie organizują, to niech nie krytykują” i „lepiej robić cokolwiek niż nie robić nic i narzekać”. Nie mogę tego zrozumieć. Mnie wychowano inaczej. Jeśli nie możesz zrobić czegoś dobrze, nie rób wcale. Gloryfikowanie przaśności, niechlujstwa, wszędobylskiej „popeliny” powinno być zabronione. Pisanie o przeciętnym lub wyraźnie słabym artyście, że jest „wybitny” i „genialny”, sprawia, że słowa się dewaluują i dla prawdziwie znakomitych osiągnięć brakuje języka. Jeśli wszyscy są wybitni, to tak naprawdę nikt wybitnym nie jest. Koncert rockowy, przed którym najpierw trzeba wysłuchać dwugodzinnego rzępolenia lokalnych kapel oraz okrzyków organizatora nawołującego do kupowania piwa w barze, po czym nagłośnienie jest tak złe, że jeśli wcześniej nie znieczuliłaś się odpowiednią ilością polskiego browca, to cierpisz katusze, a wszystko w cenie biletu, za który mogłabyś obejrzeć kapelę światowego formatu w Madison Square Garden, to jest coś, co mnie absolutnie odrzuca. Kiedyś zabrałam na koncert znajomą, która dopiero co przyleciała z Polski. Doznała estetycznego szoku. Zdałam sobie sprawę, że tak niepokojąco łatwo przywyknąć do obniżonych standardów, wszechobecnej „dyskoteki formy”, o której pisał Jacek Kleyff. Trzeba z tym walczyć. I zrozumieć, że to tak naprawdę walka o siebie.

Śledzę Twoją obecność na Facebooku. Masz naturę polemisty…

Przyznaję, dobrze czuję się w atmosferze dyskusji. Jednak coraz częściej mam wrażenie daremności wysiłku, jałowości sporów. Brakuje nam kultury dialogu, umiejętności rozmawiania o zjawiskach czy poglądach, a nie osobach je reprezentujących. Prawie każda dyskusja kończy się wycieczką osobistą, atakiem ad personam. Zbyt łatwo przyklejamy łatki. Dajemy dojść do głosu uprzedzeniom. Polaryzujemy się. Zamykamy we własnych „bańkach”. Często przyłapuję się na tym, że zbyt pochopnie oceniam i zbyt łatwo się najeżam. Ale próbuję to zmienić. Pracuję nad sobą (śmiech).

Wracając do „Podwójnego życia…”. Dużo w Twoim pisaniu osobistych akcentów, Polski. Nie masz oporów, żeby pisać o rzeczach bardzo prywatnych?

Nie, przeciwnie. Uważam, że pewna doza ekshibicjonizmu jest pożądana, może nawet konieczna. Oczywiście pisanie zawsze jest kreacją. Ale, co ciekawe, czytelnicy znakomicie wyłapują momenty, kiedy autor udaje kogoś, kim nie jest, jednocześnie doceniając teksty, w których dotyka – to może za duże słowo, ale użyję go – jakiejś Prawdy. O sobie. O życiu. Teksty, w których wracam do wspomnień, przywołuję dzieciństwo i wczesną młodość, są zwykle bardzo dobrze przyjmowane. Trudno się dziwić, podobają nam się przecież te melodie, które już kiedyś słyszeliśmy…

Wobec tego gratuluję jeszcze raz jubileuszu, życzę nieustającej weny twórczej, kolejnych co najmniej pięciuset felietonów i publikacji książki. Dziękuję bardzo za rozmowę.

Dziękuję.

Wysłuchała: Ewa Sukiennik-Maliga