Niedziela

Jesteśmy tym, co jemy. Jeśli wchodzi w nas trucizna, trudno nie być zatrutym nie tylko fizycznie ale duchowo. Chodzi także o ilość: wrzucając w siebie nie wiadomo ile jadła, skutecznie zasypujemy się Zbędnym, z czego Dobra też raczej być nie może. Jestem na diecie, polegającej na jedzeniu… wszystkiego, ale w bardzo ograniczonych ilościach (tylko 1 200 kalorii dziennie), najlepszej jakości, bez syfu chemikaliów, antybiotyków, sztucznych hormonów, ale też w ściśle określonym czasie (co trzy godziny). Nie powiem, towarzyszy mi uczucie niedojedzenia, ale generalnie głód to – na tym etapie – kwestia myślenia o tym.
Organizm szybko ustawia zegar biologiczny. Bez zegarka, chce się jeść w określonym czasie, soki żołądkowe niemal wydzielają się co do minuty, jak zaplanowano. I reakcja. Gdy raz, czy dwa, zjadłem coś więcej, niż zaplanowano, przychodziło uczucie przepełnienia, ciężkości, złego samopoczucia. Jakby organizm, przyzwyczajony aby jeść lepiej a przede wszystkim mniej, reagował buntem na bezsensowne zażeranie się. Jak widać, trzeba słuchać swego ciała i nie zaśmiecać go produktami Czasu Nudy i Nerwowości.

 

Poniedziałek

Patronem dnia Święty Józef, bo to przecież Święto Pracy. „Miejsce Józefa to strefa cienia. Drugi plan w Bożym dramacie stawania się człowiekiem. Tylko ktoś, kto przyoblekł się w miłość, może trwać w tym miejscu bez buntu, służąc Maryi i jej Dziecku, zapewniając im byt ciężką pracą, czyniąc wszystko z serca jak dla Pana. Rozpoznać w Dziecięciu swojego Boga i przyjąć kruchość człowieczeństwa, nadać jej męskie rysy… Dyskretnie, bez rozgłosu to mistrzowski przekaz ojcostwa” -Tomasz Zamorski OP, „Oremus” Okres Wielkanocny 2009, s. 78. Jakaż w tym Józefie nauka pokory dla nas. Najpierw przyjął brzemienną Maryję na utrzymanie, co w tamtych czasach było niemal nie do pomyślenia. Potem wychowywał Jezusa, aż nadszedł czas. Bez rozgłosu, żądania zapłaty. Pokorny Cieśla, symbol dla nas wszystkich w czasach „Ja, Ja, Ja Przede Wszystkim”.

 

Wtorek rano

Dzisiaj jak kogoś bierzemy na podryw, to pierwsze pytanie brzmieć chyba powinno: „pokaż mi aplikacje w swoim smartfonie, chcę wiedzieć kim jesteś”. Chyba, że w ogóle cała gra wstępna odbywa się w mediach społecznościowych. Coś w tym jest, skoro podobno już jedna trzecia małżeństw w Ameryce poznała się w sieci. Nic dziwnego, bo jak się ma magiel praca-dom-praca-praca w pracy na głowie cały ruch też-bym-chciał (a) „Me Too”, sieć pozostaje jedynym miejscem, na szybki podryw. Dla zwolenników czegoś trwalszego: kościół i imprezy towarzyszące. Serio.

 

Wtorek wieczór

Wiedzieć to jedno, a nie zrobić to drugie. Mentalny głód z wieczora atakuje. Mentalny, bo przecież wiem, że nie muszę jeść aby przetrwać. Że to głos obżarstwa zapełniający inne nerwowości czy ukryte lęki się odzywa a ciału to jak piąte koło u wozu. Trzeba to zalać. Zalać wodą. Lekko gazowaną wodą.

 

Czwartek

Znowu Piotr Zaremba napisał najlepiej to, co wiemy o polskiej debacie politycznej. Tej nawalance na kije i bejsobole, w której kto nie naparza równo po wrogach, ten najgorszy zdrajca, godzien pogardy symetrysta czy inna k… a. Pisze publicysta: „W zasadzie w Polsce pisze się dwa typy tekstów o polityce. Jedne to bardzo emocjonalne napaści na przeciwników, często połączone z równie gorącymi pochwałami swoich. Część tzw. dziennikarstwa tożsamościowego. Drugi typ tekstów to z kolei chłodne analizy, w których autorzy spekulują, co się komu opłaca, a co nie. W kategoriach szans wyborczych i mniej lub bardziej udanych gier. Ten drugi typ tekstów jest rzadszy niż pierwszy. Zwłaszcza swoim doradza się rzadko. Niemniej takie teksty jeszcze się zdarzają. Pierwszy rodzaj publicystyki prowadzi do postawy politycznego kibolstwa. A drugi – nie zawsze wystarczy. Mnie zdarza się od wielkiego dzwonu napisać w jeszcze innym tonie.”

Zaremba pisze po swojemu. Dlaczego w „Przeglądzie Katolickim” a nie czołowym tygodniku konserwatwnym, gdzie do niedawna był wicenaczelnym? Ano patrz wyżej. Niżej Zaremba krytykuje ekstrawagancje Polskiej Fundacji Narodowej w wydawaniu piniędzy na wątpliwej jakości akcje promocyjne Polski jak ta z rejsem żaglówką naokoło świata. Trzeźwo Zaremba pyta: „Czy przyniesie coś komuś poza uczestnikami i firmami, które zarobią (…) Pytałem więc, czy godzi się sponsorować żeglarzy, skoro na przykład w Warszawie liceum dla dzieci ze Wschodu, potomków Polaków z Ukrainy, Białorusi, ba, Uzbekistanu czy Kazachstanu, trzeba dofinansowywać drobnymi datkami ludzi. A może najlepszą promocję Polski byłoby ruszenie z wielką akcją repatriacji? Gdzieś to padało w kampaniach obecnie rządzącej prawicy”.

I odpowiada sobie, że w czasach gdy kołderka publicznych funduszy staje się coraz krótsza (a nawet najwięksi cukrownicy Dobrej Zmiany muszą przyznać, że hasło „wystarczy nie kraść” nie zaspokoi wszystkich potrzeb) – „prześladuje mnie myśl, że nie godzi się wydawać na pewne rzeczy, kiedy nie starcza na inne, zdawałoby się podstawowe. Czy Polskę stać na wspaniałe stadiony, kiedy chorzy ludzie, także dzieci, nie mogą się doczekać najpotrzebniejszych operacji. Pytam o to od czasu do czasu. Nie po to, aby nastawiać kogoś przeciw komu. I nie w kategoriach doradzania, co jest najkorzystniejsze z punktu widzenia szans wyborczych.”

No właśnie. My tu w Stanach dostajemy setki próśb zrozpaczonych rodziców o pieniądze na idące w setki tysięcy złotych czy dolarów operacje czy procedury ratujące życie dzieci z rakiem. Jak z tym poradzić sobie systemowo? Widać, że polskie placówki te dzieci właściwie pozostawiają samym sobie czy to z braku umiejętności czy braku fianansowania. Może te strumienie na często głupawe i tchnące blagą „uroczystości, obchody, gale” – piękne pijary, warto by z pożytkiem wydać na jakiś przemyślany sposób pomocy medcznej? Dla chorych, niepełnosprawnych czy niedołężnych? To dopiero byłoby efektowne „Precz z komuną!”, gdyż wiemy jak PRL traktował chorych i słabych.
Dobrze to ujmuje Zaremba w sprawie rządowej zapowiedzi pomocy dla niepełnosprawnych dzieci i przykutych do ich łóżek i wózków rodziców. Na jego apel – pisze dalej publicysta – „premier zareagował kilka godzin później – min. zapowiedzią daniny pobieranej od najbogatszych na takie potrzeby. Nie mam z tym zasadniczego problemu, inaczej widzę państwo i społeczeństwo niż liberałowie. Zastanawiam się nad jednym. Dlaczego akurat ta grupa, której potrzeby finansowe nie są wielkie, ma być wskazywana jako powód do nakładania dodatkowych danin? Dlaczego o wiele potężniejsze projekty mogą być finansowane ze zwykłego opodatkowania, które podobno jest skuteczniej egzekwowane niż kiedyś? A w tym jednym przypadku mówi się: chore, niesprawne dzieci tyle nas kosztują, jeśli nie chcecie, żeby nas straszyły z ekranów telewizorów, to płaćcie „dodatkowo. A może najpierw wesprzyjmy te dzieci, a potem pomyślmy o wyprawce dla każdego łącznie z dziećmi milionerów?” Dobrze napisane.

 

Jeremi Zaborowski