Wyłażą z piwnic koty. Wyłażą z ciemności dni. Wyleźmy gdzieś na zielone. Ja i ty – namawia Paweł Sołtys czyli Pablopavo. Wokalista. Muzyk. Autor „Mikrotyków”. Debiutanckiego zbioru opowiadań, które – jak śpiewa w jednym z kawałków na płycie „Telehon” – są zrobione z tego miasta odpadków/ ze śmieci, gruzów, kawałków pozostałych po wypadku/ z tego, co już niepotrzebne/ z opuszczonego, wyrzuconego, zapomnianego bezwiednie. Jest w tych historiach tęsknota za starą Warszawą. Melancholia rozpadu. Jakiś nienazwany smutek. Fragmentu, w którym opisuje śmierć kota, nie potrafię przeczytać bez stoczenia się w szloch. Próbowałam wielokrotnie. Za każdym razem kopie tak samo mocno. Na szczęście jest dużo momentów zabawnych. Nieoczywistych porównań. Trafionych opisów. „Była już wtedy jak wąż – wychudła i coraz bardziej złotawa, bo na każdą zmarszczkę kupowała sobie nowy pierścionek albo kolczyki od ruskich na Stadionie”. „Dwoje dorosłych ludzi jak otwarte lodówki”. „Wyglądali na rzeźników ukrywających głęboko czułe serca, z tych, co to pobiją do nieprzytomności za skrzywdzenie niewielkiego zwierzęcia. Kota, chomika, a bodaj i świerszcza”. „Chłopiec w lustrze miał oczy jak błękitne guziki, jeszcze przez parę chwil niepasujące do żadnej pętelki”. „Te ulice są zepsute, powinny wyglądać inaczej”.

Najpiękniejsze jest opowiadanie o profesorze Kruku, który w antykwariacie na Szembeka kupił opowiadania Iwaszkiewicza. I literaturą zamachnął się na awanturującego się w tramwaju damskiego boksera. „A on ją nagle łup! Nie tak ręką w policzek, ale pięścią. Tyle, że pijany, to w bark bardziej trafił. Zdębiałem nieco, coś mu próbuję klarować […] a ten do mnie: „Wyjebuj dziadku!”. Co to za forma w ogóle jest – „wyjebuj”?! No ale forma formą, a on znowu się zamierza. A mi się ten Iwaszkiewicz kilogramowy w siatce o kolana obija… – Tu profesor Kruk wypił pół kieliszka i zakąsił śledziem. – I co?! – zawołał Marian niecierpliwie. – I ja go tym Iwaszkiewiczem w torebce walnąłem. – Walnął pan profesor? – No, może nawet go pieprznąłem, bo mu głowa poleciała na bok jak wańka – wstańka. – No to zaiste pieprznął pan profesor! – Hmm, wie pan, uczciwszy uszy, to ja go może i pierdolnąłem nawet, bo słaby się w nogach zrobił i usiadł na podłodze. – To może go nawet jebnął pan profesor! – No nie, ten rdzeń, przepraszam, morfem jest dla mnie jednak miłosny jakoś. Zdecydowanie go tym Iwaszkiewiczem nie jebnąłem.” W dalszej części towarzystwo z baru „Stokrotka” dywaguje nad siłą – nomen omen – literatury. „Pan – to do mnie – w szranki by stawał, powiedzmy, z Tatarkiewicza Historią filozofii. Trzy tomy na trzy rundy! Pan Romek z kolei to już coś mniejszego, niech będzie Idiota, bez urazy, w tym wydaniu PIW – u z lat siedemdziesiątych, twarda oprawa. – A ja? – A pan, panie Janku, coś małego do takiej, proszę wybaczyć, łapy. Niech pomyślę… Do pana to by pasował Napój cienisty Leśmiana, jeszcze sprzed wojny. – A dlaczego? – Bo pan jesteś bezwiedny poeta, panie Janku. Poeta z łapami jak łopaty do chlebowego pieca.”

 

*

 

Czytam „Mikrotyki” na łonie. Natura wreszcie się ocknęła. Magnolia wypuściła pąk. Sypią się płatki jak łupież na poły marynarki Emmanuela Macrona, który prezydent Stanów Zjednoczonych strzepuje figlarnym gestem. Jest cicho. Słychać jak drzewa rosną. Jak prostują po zimie gałęzie. Nie niepokojone przez człowieka z sekatorem. Który w mieście nieustannie przycina. Pęta. Próbuje okiełznać. A tutaj, na tym dendrologicznym safari, puszcza samopas. W rozłożystych koronach śpiewa ptak. I trudno uwierzyć w zabetonowany świat o pół godziny stąd. Z ropiejącymi wykwitami śmieci na chodnikach. Śmierdzącymi moczem stacjami metra. Strupami osypujących się szyldów. Wrzaskiem reklam. Milionami w pośpiechu. W permanentnej gotowości do skoku. Gdy rozsuwają się niklowane drzwi kolejki. I trzeba runąć. W życie.

Wyjechać. Zrzucić cementowy odwłok. Wypełznąć. Zaszyć w zielone. Nie ma większej radości. Niż bycie w drodze. Ku miejscom odosobnionym. Mijamy skarlałe miasteczka. Oglądamy schludne, najczęściej pomalowane na biało domki, w których nie toczy się życie. Nikt nie kręci się na ganku. Nie patrzy przez okno. Nie przycina żywopłotu. Nie porządkuje kwiatów na rabatkach. Te wszystkie miejscowości, które zaczynają się i kończą niezauważenie, wydają się niezamieszkałe. Tylko samochody są napędzane człowiekiem. Poza tym martwa natura. Still life. Nie ma ujadających, spuszczonych z łańcucha burków. Kobiet wysiadujących na ławkach przed domem. Pijaczków pod sklepem. Podrostków na rowerach. Czy za wypielęgnowanymi trawnikami, równo posadzonymi klombami, wypranymi firankami są jacyś ludzie. A może to tylko dekoracje do serialu zatytułowanego american dream. Z wysokim budżetem. Kilkoma statystami. I gwieździstym sztandarem powiewającym na maszcie?

Kiedyś myślałam – tylko miasto. Jego tętno. Rytm. Zmienność. Niepokój. Dzisiaj łaknę przestrzeni. Chce mi się ciszy. Pola. Łąki. I żeby słyszeć jak kotłuje się w trawie. Zatrzymać się. Dotknąć odkrytą skórą życia. Coś poczuć. Poza chronicznym zmęczeniem. Zniechęceniem. I pustką. W polskim radio wokalistka z czasów mojej pierwszej młodości śpiewa nową piosenkę, która brzmi jak wszystkie poprzednie. Kochanie zabierz z miasta mnie/ Nad wodę gdzieś, do lasu wywieź… Stajemy na czerwonym świetle. Z dojmującym poczuciem déja vu.

 

Weronika Kwiatkowska