Z Tomaszem Magierskim, reżyserem, scenarzystą i producentem, mieszkającym w Nowym Jorku, rozmawia Tomasz Pudłocki.

 

 

– Na przełomie marca i kwietnia bieżącego roku kilka anglojęzycznych dzienników nowojorskich pisało o Twoim nowym projekcie. Dotyczy on polskiej Żydówki Reni Spiegel i jej siostry Ariany. Co jest szczególnego w historii tych dwóch dziewcząt, odkrytej po latach?

Rzeczywiście ukazało się parę artykułów na temat Reni i Ariany – najpierw w „Forward”, a potem „New York Post”. Wersję tego ostatniego artykułu przedrukowano od Australii po Danię. BBC World zrobiło wywiad z Arianą. Dwa lata temu nikt nie słyszał o siostrach Spiegel z Przemyśla. Teraz wzrasta zainteresowanie tą historią na świecie.

 

– Dlaczego?

Często mamy wrażenie, że już wszystko zostało odkryte i opublikowane, a wiem z doświadczenia i z pracy przy filmach, że to nieprawda. Jest jeszcze wiele nieznanych historii z okresu II wojny światowej.

 

– Arianę, jedną z sióstr, przed wojną znaną jako polską Shirley Temple, znalazłeś w Nowym Jorku. To niesamowite. Jak Ci się z nią współpracuje?

To Ariana znalazła mnie. Jej córka Aleksandra szukała kogoś, kto zainteresuje się historią i doceni wartość „Dziennika” Reni. Nasz wspólny przyjaciel, Alan Adelson, autor książki o łódzkim getcie zasugerował jej, żeby się ze mną skontaktowała. Spotkaliśmy się przy okazji pokazu mojego filmu „Blinky & Me” w polskim konsulacie w Nowym Jorku. Poznałem historię Ariany i przeczytałem „Dziennik” Reni. Nie mogłem uwierzyć w to, że ich historia jest całkowicie nieznana. To był początek naszej współpracy. Sama Ariana jest niebywale uroczą osobą, mówi pięknym polskim językiem i recytuje nadal wiersze Brzechwy czy Tuwima, jak kiedyś robiła to na scenie Cyrulika Warszawskiego. Przed wojną, faktycznie nazywano ją polską „Shirley Temple”, bo jako dziewczynka wystąpiła w kilku filmach. Fascynuje mnie jej radość życia i optymizm, mimo tego przez co przeszła w życiu osobistym, nie wspominając o straconej karierze, bo do aktorstwa nigdy nie powróciła po wojnie.

 

– Skoro zdecydowałeś się na wydanie pamiętnika, który przeleżał tyle lat u rodziny, to musisz być dużym wrażeniem tej lektury.

To prawda. Znam „Dziennik” bardzo dobrze, znam też – poprzez dokumentację do filmu – okoliczności pewnych opisanych w nim wydarzeń.

Często wracam do niego, żeby zobaczyć, co Renia napisała konkretnego dnia. Ale „Dziennik” Reni to przede wszystkim literatura na wysokim poziomie. Aż trudno uwierzyć, że nie istnieje w dorobku literatury polskiej. Aby to zmienić, postanowiliśmy przede wszystkim go wydać. W tym celu założyliśmy w Polsce fundację, która ma za zadanie promować twórczość pisarską i poetycką Reni, bo była ona też poetką. No, i powstaje film dokumentalny z narracją Ariany, który mam nadzieję będzie gotowy na jesieni.

 

– O czym pisze młoda dziewczyna, którą promujesz jako polską Annę Frank?

Porównanie do Anny Frank wynika z konieczności umieszczenia Reni w pewnej kategorii zrozumiałej dla szerokiej publiczności. Nie służy ono ani Reni ani Annie. Jest między nimi różnica wieku i dojrzałości. Renia jest młodą kobietą, pisarką i poetką. „Dziennik” pisała mając 16–18 lat, między 1939 a 1942 rokiem. To przede wszystkim niespotykanie dojrzały zapis życia osobistego – głównie relacji z jej chłopcem, Zygmuntem Schwarzerem. Sporo jest też o okupacji Przemyśla, najpierw przez Sowietów, a potem przez Niemców. Renia pisała prawie do ostatniego dnia swojego krótkiego życia. Została zastrzelona na ulicy w lipcu 1942 roku, krótko po 18. urodzinach. Pisała w tajemnicy. Miałem dylemat czy mamy prawo publikować takie intymne materiały. Na szczęście sama Renia daje na to pozwolenie na kartach swoich zapisków.

 

– Zatem to historia młodej dziewczyny adresowana do młodego pokolenia?

Zdecydowanie. Wiele osobistych przeżyć i spostrzeżeń Reni jest typowych dla nastolatków, dlatego w realizację filmu zaangażowałem młodych ludzi. Chciałem, żeby to była młodzież z jej miasta, Przemyśla. Wcześniej w przemyskim Centrum Kulturalnym wystawiona została sztuka oparta na „Dzienniku”, reżyserowana przez Barbarę Płocicę. Przedstawienie było pokazywane m.in. w teatrze Kamienica w Warszawie. W przemyskim Towarzystwie Przyjaciół Nauk odbyła się sesja poświęcona Reni i jej „Dziennikowi”. We wrześniu zeszłego roku w Muzeum Polin odbył się wieczór dedykowany pomięci Reni. Od trzech lat Fundacja organizuje konkurs poezji jej imienia dla polskojęzycznej młodzieży na całym świecie. Lektura „Dziennika” zmienia perspektywę młodych ludzi, szczególnie tych z Przemyśla. Jedna z aktorek opowiadała w wywiadzie telewizyjnym, że codziennie idąc do szkoły przechodzi obok domu, w którym mieszkały siostry Spiegel w czasie wojny i zawsze myśli o Reni i o jej losie jako swojej rówieśniczki.

 

– Zatem to nie tylko kolejny film, to cały cykl inicjatyw. Mocno się zaangażowałeś w promocję tego projektu.

To prawda. Mam nawet marzenie, by stworzyć muzeum Reni Spiegel w Przemyślu, na wzór muzeum Anny Frank w Amsterdamie. Co więcej, trwa tłumaczenie „Dziennika” na język angielski, bo koniecznie musi on dotrzeć do szerszego odbiorcy. Wszystkich zainteresowanych zachęcam do regularnego odwiedzania strony fundacji www. reniaspiegelfoundation.org i strony Reni na Facebooku – cały czas sporo się dzieje.

 

– Jak się robi film o zapiskach intymnych? Z tego co mówisz, da się to zrobić, ale jak?

To duży problem w filmie dokumentalnym. Nie jestem zwolennikiem tzw. odtwarzań, czy też aktorskich scen w dokumencie. Długo myślałem, jak to zrobić żeby najważniejszy był tekst, a nie gra aktorska. Robiłem próbne zdjęcia i myślę, że uda się ten problem pokonać. Chciałbym żeby słowa „Dziennika” były przekazane tak, jakby to zrobiła dzisiejsza nastolatka – nie pisząc, a raczej nagrywając snapchat, czy rozmawiając przez facetime.

 

– Reżyser musi być zatem i historykiem, i detektywem i psychologiem?

Zależy mi na tym żeby moje filmy były historycznie dokładne; żeby w przyszłości były materiałami źródłowymi. Na pewno muszę być po trosze historykiem, korzystam jednak z pomocy profesjonalistów – inaczej się nie da. Co do wartości literackiej, to dużą pomocą służy mi profesor Anna Frajlich. Zna ona „Dziennik” od samego początku. Natomiast jestem detektywem z konieczności – lubię dotrzeć do wielu wątków, które składają się na całość historii. Oczywiście wyzwaniem jest następnie znaleźć materiały wizualne do filmu. Ta opowieść jest wyjątkowa zawiła, ale sporo rzeczy udało mi się odkryć.

 

– Czyli lubisz historie, w których kryje się potencjał, bez względu na miejsce, w których się one dzieją? Taką postacią, paradoksalnie także związaną z okolicami Przemyśla, jest działający w Cleveland i niedawno zmarły Julian Stańczak. To artysta o międzynarodowym uznaniu, a jednak mam wrażenie, że bardziej znany poza polskim kręgiem zainteresowań. Co kryje w sobie historia Stańczaka, że stałeś się jej adwokatem?

Julian Stańczak jest postacią znaną na świecie i kompletnie ignorowaną w Polsce. Jego historia będzie drugą częścią mojego dyptyku przemyskiego. Film „Złapać Światło” to opowieść o polskim zesłańcu na Syberii i jego drodze, reprezentatywnej dla setki tysięcy osób. To, w jaki sposób zrobił karierę artystyczną z niewładną prawą ręką, co było rezultatem pobytu w gułagu, jest fascynujące – nie kończąc szkoły podstawowej został profesorem malarstwa w Cleveland Institute of Art. To wszystko będzie opowiedziane na tle jego przemyśleń o świetle. Oba filmy łączy scena, kiedy ofiary wojennych holocaustów, Ariana i Julian, spotykają się na wystawie jego malarstwa w Nowym Jorku dwa lata temu.

 

– Dużo wątków się zazębia. To trochę jak w Twoim poprzednim filmie „Blinky & Me”. Jej bohater, Yoram Gross, był australijskim twórcą filmów animowanych polsko-żydowskiego pochodzenia. Interesują Cię zatem ludzie sztuki, będący na pograniczu etnicznym?

Interesują mnie dobre historie, które można zaprezentować widzowi angielskojęzycznemu. Film o Yoramie ma poniekąd znaczenie metafizyczne, bo poznałem Arianę przy okazji jego projekcji. Tak się składa, że staram się robić filmy o ludziach twórczych. Jest to dodatkową atrakcją. Czymś, co mnie interesuje, a to coś, co wychodzi poza fakt samej historii.

 

– No, dobrze, a film „My Father The Luo”? To historia kobiety, która odkrywa swoje afrykańskie korzenie i znajduje paralele z historią Baracka Obamy. Czy film ten miał być formą deklaracji politycznej, czy to po prostu kolejna ciekawa historia?

Wszystkie moje filmy mają polski wątek. Córka Polki i Kenijczyka z plemienia Obamy, mająca bardzo podobne osobiste doświadczenia jak prezydent USA, jest to opowieść ciekawa sama w sobie. Nie jest to publicystyka, a raczej uniwersalna ludzka historia o relacji dziecka z ojcem. To, że Obama został prezydentem na pewno podniosło atrakcyjność filmu, ale tak naprawdę jest to film o miłości, a nie o polityce.

– Skąd zatem pomysł, by nakręcić film o Dywizjonie 303? Odnoszę wrażenie, że to zupełnie inna „para kaloszy”. A to raczej z tym filmem kojarzy Cię potencjalny polski odbiorca. Chciałeś oddać hołd bohaterskim lotnikom i przypomnieć ich wkład w II wojnę światową, czy za tym projektem stoi coś innego?

Z filmem o 303 zmagałem się przez wiele lat, nie wiedząc jak go zrobić. Przyjaźnię się z synem Witolda Urbanowicza. Dzięki temu miałem dostęp do wielu niepublikowanych materiałów i listów legendarnego dowódcy 303. Konkretny pomysł na film pojawił się jednak dopiero kilka lat temu, kiedy poznałem dzieci asów Dywizjonu 303, córkę Johna Kenta i syna Mirosława Ferica, a także dwóch żyjących wtedy jeszcze pilotów 303 – Franciszka Kornickiego i Stanisława Sochę. Ci piloci łączyli całą planowaną narrację filmu. Udało mi się zrobić ten film dosłownie w ostatniej chwili. To był taki patriotyczny obowiązek. Wiedziałem, że jak ja tego nie zrobię, to nikt nie zrobi. I miałem rację.

 

– Pozostaje mi życzyć wytrwałości w realizacji kolejnych pomysłów. Dziękuję za rozmowę.

 

Tomasz Pudłocki