Prezydent Donald Trump z wielką fetą przyjął w Białym Domu swojego francuskiego odpowiednika, Emanuela Marcona. Politycznie osiągnięto raczej niewiele.

 

Oficjalna wizyta państwowa prezydenta Francji w w Stanach Zjednoczonych była przygotowywana od kilku miesięcy. Europejskiego gościa, który przyleciał wraz z żoną Brigitte, witano w Waszyngtonie uroczystymi salwami. Biały Dom przygotował również wystawnaą kolację, z udziałem ponad stu gości. Serwowano między innymi comber jagnięcy i kreolską jambalayę, a na deser placek z nektarynkami i francuskie lody. Nawet wino podawane do kolacji miało symbolizować przyjaźń amerykańsko – francuską. Na stołach znalazło się więc m.in. Chardonnay z winnic Willamette Valley w stanie Oregon, które wykorzystują francuską odmianę winogron, pochodzącą z Dijon.

Donald Trump, który po raz pierwszy pełnił obowiązki gospodarza podczas oficjalnej wizyty państwowej na szczeblu prezydenckim, starał się pokazać jak bliska przyjaźń łączy go z Emanuelem Macronem, cały czas komplementując francuskiego gościa, całując go obficie w oba policzki i ściskając ręce. Podczas kolacji wzniósł zaś (nie pijąc) uroczysty toast: „aby nasza przyjaźń jeszcze bardziej się pogłębiała, nasze braterstwo rosło w siłę, a nasze wolności i swobody nigdy nie zginęły”.

Macron gesty przyjaźni chętnie odwzajemniał, podkreślając że dobre osobiste relacje powinny przyczynić się do osiągnięcia ważnych celów politycznych. „Obaj niełatwo zmieniamy zdanie, ale mamy umiejętność słuchania siebie nawzajem i jesteśmy otwarci na argumenty” – mówił prezydent Francji.

Macron przyjechał do Stanów Zjednoczonych z długą listą życzeń, obejmująca m. in.: pozostanie USA w porozumieniu nuklearny z Iranem, wykluczenie krajów Unii Europejskiej z amerykańskich ceł na stal i aluminium oraz pozostawienie nielicznych amerykańskich żołnierzy na terenie Syrii. O tym czy jakikolwiek z tych celów udało się zrealizować wiadomo raczej niewiele.

Z całą pewnością najważniejszy jest punkt pierwszy na liście Macrona. Donald Trump, który w maju ma podjąć decyzje w sprawie Iranu wielokrotnie krytykował porozumienie z tym krajem, zawarte w 2015 r. Zrobił to także podczas wspólnej konferencji prasowej z prezydentem Francji, nazywając je „bezsensownym” i „żałosnym”. Więcej przemawia więc za tym, że umowę tę w końcu wypowie niż, że ją utrzyma. Trump sygnalizował wprawdzie chęć modyfikacji porozumienia, tak by całkowicie wykluczyło ono możliwość posiadania przez Iran rakiet balistycznych i ograniczyło ekspansję tego kraju w regionie. Szanse na to są jednak niewielkie. Rosja, Chiny i Iran, które obok USA, Francji i Wielkiej Brytanii są sygnatariuszami porozumienia nie godzą się na żadne zmiany. Iran wkrótce po wypowiedzi Trumpa wydał zresztą oświadczenie stwierdzające, że w przypadku wycofania się Ameryki natychmiast wróci do wzbogacania uranu.

Przy całej przyjaźni dla prezydenta Marcona decyzja dotycząca Iranu w większym stopniu będzie zależała od stanowiska Izraela niż Francji. Wkrótce po rozmowach z Macronem do Waszyngtonu przyleciał Avigdor Liberman, minister obrony Izraela, który ma spotkać się z sekretarzem obrony Jimem Mattisem i doradcą prezydenta USA do spraw bezpieczeństwa narodowego Johnem Boltonem, znanym krytykiem umowy z Iranem.
Izrael od dawna ostro przeciwstawiał się porozumieniu, a jej zawarcie w okresie prezydentury Baracka Obamy było nawet przyczyną ochłodzenia we wzajemnych stosunkach.

Nuklearne porozumienie z Iranem zahacza również o punkt trzeci listy Macrona. Donald Trump chciałby wycofać ok. 2000 żołnierzy USA stacjonujących w Syrii, którzy nie biorąc udziału w walkach, wspomagają bojowników starających się obalić prezydenta Baszszara al-Asada. Francja uważa to za błąd. W tej sprawie również więcej do powiedzenia będzie miał Izrael, toczący na terenie Syrii podjazdową wojnę z Iranem. Niedawno izraelskie lotnictwo zbombardowało irańską bazę dronów w Syrii, skąd wystrzelono bezzałogowy samolot, który naruszył powietrzną przestrzeń Izraela. Wysiłki zmierzające do ograniczenia roli Iranu w konflikcie syryjskim mogą stać się zarzewiem nowego konfliktu zbrojnego, w który wciągnięte zostaną Stany Zjednoczone.

 

Tomasz Bagnowski