Szef CIA Mike Pompeo, który został niedawno nominowany na sekretarza stanu, potajemnie spotkał się z przywódcą Korei Północnej Kim Dzong Unem. Misja ma przygotować rozmowy z Donaldem Trumpem.

 

Biały Dom, jak codziennie niemal informuje nas amerykańska prasa, pełen intryg, walki różnych polityków i niepewności co do poczynań samego prezydenta, jak się okazuje potrafi jednak utrzymać w sekrecie informacje naprawdę ważne. Mike Pompeo spotkał się Kim Dzong Unem w okresie Świąt Wielkanocnych, czyli już kilka tygodni temu. Spotkanie utrzymywano dotąd w tajemnicy, co biorąc pod uwagę wszechobecne kamery, internet i fakt, że poczynania takich osób jak szef CIA są monitorowane na bieżąco, nie było zapewne sprawą łatwą. Do prasy nie przeciekła też sama koncepcja wysłania Pompeo do Korei Północnej i misja, którą powierzył mu prezydent. Wiemy o tym dziś dlatego, że aluzję do niej zrobił w miniony wtorek sam Donald Trump, podczas spotkania z premierem Japonii Shinzo Abe, który przebywał na Florydzie w rezydencji Mar – a – Lago. Dopiero potem dziennikarze zaczęli wokół tego grzebać i ostatecznie sprawę potwierdził sam prezydent.

Spotkanie szefa CIA z koreańskim dyktatorem samo w sobie już można nazwać przełomem. USA z Koreą Północną od dawna żadnych rozmów nie prowadziły i Mike Pompeo jest pierwszym politykiem amerykańskim w ogóle, który spotkał się z Kimem. Największy przełom jest jednak dopiero przygotowywany. Ma nim być osobista rozmowa Donalda Trumpa z Kim Dzong Unem. Kiedy i gdzie do niej dojdzie na razie nie wiadomo. Rozważanych jest ponoć pięć możliwych lokalizacji. Spotkanie z całą pewnością nie odbędzie się na terenie Stanów Zjednoczonych. Zapytany o to prezydent wykluczył taką możliwość. Mówi się wstępnie o południowej Azji lub Europie.

 

Jak podaje agencja Reutera Pompeo po powrocie zakomunikował prezydentowi, że dalsze wysiłki dyplomatyczne na rzecz zażegnania coraz bardziej prawdopodobnej konfrontacji z Koreą Północna, warte są podejmowania. Optymistą jest również sam Trump, który powiedział, że rozmowy powinny rozwiązać nie tylko sprawę programu nuklearnego tego kraju, ale również doprowadzić do zawarcia porozumienia pokojowego z Koreą Południową. Oba państwa formalnie rzecz biorąc pozostają w stanie wojny. Działania zbrojne przerwano jedynie na mocy rozejmu w 1953 roku. Jak mówił już wcześniej Donald Trump Kim Dzong Un poprzez wysłanników z Korei Południowej, którzy na początku marca przebywali w Białym Domu, gotów jest rozmawiać o denuklearyzacji swojego kraju, co miałoby się odbyć w zamian za zniesienie sankcji gospodarczych.

Oczywiście trudno spodziewać się by wszystko to zostało załatwione podczas spotkania Kima i Trumpa. Ono powinno jednak przełamać lody i umożliwić bardziej konkretne rozmowy specjalistów.

Co z tego wszystkiego wyjdzie nie wiemy. Czy rzeczywiście możliwe będzie porozumienie satysfakcjonujące obie strony, również nie wiemy. Wcześniejsze poczynania koreańskiego reżymu, który negocjacje wykorzystywał do zyskania na czasie i w konsekwencji posuwał tylko naprzód swój program nuklearny pokazują, że ostrożność jest bardzo wskazana. Niewątpliwie jednak dyplomatyczne manewry wokół Korei Północnej są wiadomością pozytywną, bo wyglądało już na to, że kraj ten zmierza otwarcie do konfliktu zbrojnego z USA.

Sytuacja w tym regionie świata jest mocno skomplikowana. Ewentualny traktat pokojowy obu Korei musiałby z pewnością poruszyć sprawę stacjonowania wojsk amerykańskich w Korei Południowej i być może również w Japonii. Ten ostatni kraj nie był dotąd zbytnio zainteresowany taką ewentualnością w związku z obawami o wzmocnienie rozpychających się coraz mocniej Chin. Gdyby Donaldowi Trumpowi udało się jednak doprowadzić do porozumienia, które rozwiązałoby już tylko samą sprawę broni atomowej w Korei Północnej, byłoby to bez wątpienia największe osiągnięcie jego prezydentury.

 

Tomasz Bagnowski