Twoja rodzina cię kocha, ale zupełnie nie rozumie. Jedynie ojciec. Z nim masz silną więź- mówi wróżka Simone, którą spotykam przypadkiem w pracy. To miejsce przypomina inne, sprzed lat. Pachnie świeżo zaparzoną kawą. Tętni muzyką. Kolorem. Nadąsana Drag Queen wita klientów przy drzwiach. Ma neonowe wdzianko i stroboskopowy makijaż. Nieco zmęczona, nieco utyta. W przesuszonych od domowego utleniacza włosach i wykruszających się tipsach podryguje przy dźwiękach I will survive. Macha rączką odzianą w rękawiczkę. Drapie po źle ogolonym policzku. Poprawia usta. Autobus z turystami zatrzymuje się przed wejściem. Obrażona odwraca się tyłem, gdy tłum wycelowuje w jej stronę lufy aparatów.

Wróżka jest skupiona. Ma ciemne, znękane spojrzenie. I powolne, dokładne ruchy. Porządkuje lecznicze kamienie, pudełka z kadzidełkami i mosiężne posążki buddy. Nie mija kwadrans, gdy rozmawiamy, jakbyśmy znały się w poprzednim życiu. Masz niesamowitą aurę – mówi ni stąd ni zowąd. Powinnaś prowadzić ludzi. Pomagać im. Czym się zajmujesz? – pyta. I sama sobie odpowiada. Robisz coś, co ma znaczenie terapeutyczne. Ale wiąże się ze sztuką. To może być… pisanie. Ogląda moją dłoń. I opowiada o życiu, które się stało. Jestem sceptyczna. A jednocześnie zafrapowana, bo zgadzają się szczegóły, których trudno domyślić się po stroju, akcencie, obrączce na serdecznym palcu i innych znakach szczególnych. Twoja energia jest dla wielu nie do udźwignięcia – kontynuuje Simone. Sama nie wiesz, jak masz ją ukierunkować. Rozpraszasz się. Nie możesz skupić na jednym celu. W wielu dziedzinach mogłabyś odnieść sukces, ale musisz się zdecydować – przekonuje.

*

Pierwsza wizyta u wróżki. Mam 18 lat i trochę się boję tej rozczochranej kobieciny w poplamionym szlafroku, która otwiera drzwi. Trzecie piętro w bloku. Za oknem wiosna w całym swym splendorze. W środku zaduch. Stare, zakurzone meble. I plastykowe korpusy lalek porozrzucane po pokoju. Jestem tam dla towarzystwa. To mój nieszczęśliwie zakochany kolega szuka rady, pocieszenia, wskazówki. Bo ona jest z innym. Z nim tylko czasami. On cierpi. Pisze smutne wiersze. I trzyma pod poduszką jej fotografię. Na odwrocie stopiony wosk z wotywnej świecy i płatki róż spalonych podczas pełni księżyca. W puzderku pukiel włosów. Kawałek szkła, którym rozcinali sobie opuszki palców, by połączyć w przymierzu krwi. Maskotka ustrzelona dla niej w jarmarcznej budzie. Grosik, którego nie wrzucili do fontanny. Wróżka rysuje prostokąt w powietrzu i – jak twierdzi – rozmawia ze zmarłym synem. Rozkłada karty i mamrocze pod nosem. Nagle odwraca się i wskazując na mnie wygłasza kategorycznie: a ty uważaj, bo jeszcze dobrze chłopak nie zdąży zdjąć spodni, będziesz w ciąży. Zamieram.

Przez kolejne lata przekleństwo osiedlowej wróżki ciąży na mnie i wszystkich potencjalnych konkurentach dybiących na niewieścią cnotę. Powiedzieć, że się dobrze zabezpieczam, to nic nie powiedzieć. Wdrażam każdy, wynaleziony przez ludzkość, sposób zapobiegania ciąży. Jednocześnie! A i tak co miesiąc panika, obsesyjne liczenie dni, testy ciążowe i kilkudniowa agonia. Wizyta u lokalnej „szeptuchy” okazuje się najskuteczniejszą antykoncepcją. Działa lepiej niż pogadanka na religii i pierwsza wizyta u ginekologa. Na lata pozbawia mnie młodzieńczej niefrasobliwości, umiejętności beztroskiego taplania się w rozkoszy. Jestem kłębkiem nerwów. Monstrualnym poczuciem winy. Strażniczką dni płodnych.

Mijają lata. Proroctwo się nie ziszcza. Zapominam o samozwańczej wieszczce i na urodziny odwiedzam profesjonalistkę. Ma czarne, lśniące włosy z grzywką. Zielone kocie oczy. Czyta z Tarota, linii papilarnych i run. Przepowiada wyjazd za Wielką Wodę. I jeszcze kilka innych ważnych wydarzeń, które się spełniają. Ale nie tak i nie wtedy, kiedy powinny.
W Nowym Jorku spotykam spirytualistkę. Wyłuskuje mnie z tłumu podczas halloweenowej imprezy. Płaczemy obie, kiedy mówi o duchu babci, który mnie wspiera. Tanie chwyty. Jesteś tu po to, by przeprowadzać dusze na drugą stronę – mówi. Wskazywać im drogę – precyzuje. Mogę cię tego nauczyć – obiecuje. Masz wielki, wielki dar – powtarza i wręcza wizytówkę. Patrzę w bladoniebieskie przestworza jej spojrzenia i wiem, że nigdy nie zadzwonię. Na odchodnym rzuca, że mam się nie bać. I dodaje: Większość ludzi ma jednego anioła stróża, ty masz dwóch. Pilnują cię z każdej strony. Na patrona wybiera Świętego Salezego. Od literatów i dziennikarzy – precyzuje. Choć nie zdążyłam powiedzieć czym się zajmuję.

*

Podsuwam Simone zdjęcia bliskich i przyjaciół. Patrzy przez kilka sekund i wyrokuje. „Niezależna, silna kobieta. Trudno ją kochać, dlatego jest sama. Bardzo zraniona przez matkę. Nigdy jej nie wybaczyła”. Albo: „Walczy z depresją. Ma problemy z partnerem. Zdrada. Rozwód”. Stoję oniemiała, bo zgadza się każdy szczegół. A ona to wszystko mówi od niechcenia, poprawiając poduszki w wiklinowych fotelach, odbierając sms-y od córki. Jest twoim idealnym odbiciem – mówi, kiedy pokazuję zdjęcie kota. I śmieje się, że mamy podobne umaszczenie. Powerful, powerful thing – wzdycha, sięgając po książkę o astrologii. Kątem oka dostrzegam, że jedna z linii papilarnych Simone jest prosta, jak odrysowana od linijki. Nigdy czegoś takiego nie widziałam – mówię. Wszystko przed tobą. Nie uciekniesz przeznaczeniu – odpowiada. I patrzy. Przeze mnie. Przez czas.

 

Weronika Kwiatkowska