Wtorek rano

Jedyna radość z tkania codzienności. Przygotowanie posiłku dla dzieci, mycie naczyń, „ogarnianie” domu – to bycie w danej chwili i miejscu, przy wykonywaniu prozaicznych dzieł życia codziennego – daje mi satysfakcję. Nie warto bujać w przyszłości, zagrzebywać się w tym co było. Życie przeżywa się tylko w chwili, która jest nam dana „tu i teraz”. I to jest dopiero realizm.

 

Wtorek

10 kwietnia. Ósma rocznica katastrofy smoleńskiej. Wybrałem milczenie. Tak lepiej. Ale oczywiście w tym dniu, wyszło wszystko, co przez ostatnie lata trapi Polskę. Z jednej strony niegodziwcy, którzy z nieskrywaną radością eksploatują czyjeś cierpienie, żeby tylko „dowalić Kaczorowi”. Ludzie jakby wyrwani z europejskiej tradycji i cywilizacji, znieważający pamięć zmarłych, nie szanujący bólu i cierpienia ani konieczności uszanowania zmarłych. Z drugiej strony ta męcząca państwowo-partyjna celebra, pchający się na pierwszy front wieczni rewolucjoniści ostatniej minuty, którzy dla pokazania „jak oni bardzo, najbardziej, naj- najbardziej”, ośmieszają siebie i całą sytuację. No i ta nieważkość słów: można miotnąć najmocniejsze oskarżenie, największą głupotę bezkarnie ale za to w imię, że „nasza mojsza” racja jest „najmojsza”.

A jednak nie, nie ma tu symetryzmu. Sikanie do zniczy pod Pałacem czy robienie krzyży z puszek po piwie to barbaria rodem z ateistycznych Sowietów. Ale z drugiej strony dobrze, że Jarosław Kaczyński zakończył tradycję miesięcznic czyli comiesięcznych marszów pod Pałac Prezydencki. Rana smoleńska musi zacząć zarastać, choć czy zacznie? Trudno powiedzieć. Musimy mieć pełną świadomość, że rozerwanych połówek nie da się łatwo skleić a kacap na Kremlu zrobi wszystko, aby zabliźniać się nie zaczęło (nie, wraku nie dostaniemy w tej konfiguracji nigdy, chyba że po złożeniu hołdu lennego). Ale próbować trzeba, bo jednak… Polska jest jedna dla wszystkich Polaków.

 

Czwartek

A propos wtorkowego wpisu. Dzisiaj błysnął Wojciech Maziarski, jeden z czołowych hejterów i sekciarzy „Gazety Wyborczej” komentując obchody rocznicy 10 kwietnia”. Dosiadłem trumny brata jak wierzchowca i zmusiłem ją do galopu, dzięki czemu dojechałem wreszcie do upragnionej władzy.(…) Prezes Kaczyński przyznał, że po władzę jechał na trumnie brata (…) Nie dajcie się nabrać na schody do nieba Jerzego Kaliny. To pic na wodę. Pomnik to alibi, listek figowy, taran torujący drogę do prawdziwego celu, jakim jest wzniesienie monumentu Lecha Kaczyńskiego. To będzie właściwy pomnik i o niego toczy się gra.”- pisze autorytet dla ubogich z Czerskiej. Tak więc o zabliźnianie łatwo nie będzie, proces to będzie długi. Pocieszające, że szybciej „Gazeta Wyborcza” z medium kiedyś opiniotwórczego, stacza się do roli gazetki antypisowskich frustratów oraz tzw. genitalnej lewicy, modnej na Zachodzie, dla której centralnym punktem odniesienia na świecie jest dostęp do nieograniczonej i nieskrępowanej kopulacji we wszystkich wyobrażalnych (i nie) układach.

 

*

 

„Nasi ministrowie są zmęczeni – mówią politycy PiS. I czekają, co wymyśli prezes. A on „dzieli i rządzi” – nadal sprawnie, ale…” tak zaczyna się analiza Piotra Zaremby, dla mnie najlepszego publicysty politycznego w Polsce. Dalej jeszcze lepiej idzie wiwisekcja smuty, jaka ogarnęła partię rządzącą i generalnie Dobrą Zmianę.

Zaczyna od tego jak Kaczyński załatwił sprawę nagród dla rządu, nakazując nie tylko ich oddanie, ale i obcinając zarobki w przyszłości. Pisze Zaremba: Kolejnej wolty, przeciw nagrodom i wysokim zarobkom, dokonał z hukiem. Doznając pochwał za taktyczną skuteczność, ale też krytyki, że wylewa dziecko z kąpielą, skazując państwo na źle opłacanych funkcjonariuszy. I wywołał w PiS sprzeczne emocje. Nadzieję na odzyskanie inicjatywy przed wyborami samorządowymi. I frustrację z powodu wyrzeczeń. Na dokładkę obniżka poborów samorządowców niekoniecznie służy pozyskaniu na listy tych najlepszych.

Teraz powinien partii oferować coś więcej, poza połajankami, że dopilnuje zwrócenia nagród. Działacze PiS są przekonani, że na sobotniej konwencji Zjednoczonej Prawicy pojawią się pomysły atrakcyjne dla elektoratu. Pewnie pokaże się kilku kandydatów na prezydentów miast, a prezes obieca kontynuację rewolucji w takich sferach jak walka o uszczelnienie VAT (komisja śledcza) czy mieszkanie dla każdego. Jednak katalog pomysłów zmieniających reguły gry w państwie wyczerpano albo uznano za nieaktualne w dobie szukania kompromisu z Europą (dekoncentracja mediów). Pozostają mgliste korekty polityki społeczno-ekonomicznej, z trudem mieszczące się w możliwościach finansowych państwa: sugestie wsparcia rodzin z małymi dziećmi czy odblokowania projektu zmniejszenia ZUS dla nowych firm, może pomocy dla emerytów. – Podniesienie kwoty wolnej od podatku? Nie stać nas – spekuluje pisowski minister.”

Ale z nowymi rozwiązaniami może być trudno, bo są sprzeczne interesy. Dobrze to wychwytuje publicysta: „Partia ma wciąż potencjał. Bo choćby dziesięć razy potknęła się o własne nogi, to w kilku kluczowych kwestiach znalazła wspólny język z większością wyborców – od oporu wobec imigracji po ruchy w kierunku mniejszej rozpiętości dochodów. Ale czar sondażowej teflonowości słabnie. Dochodzą nowe czynniki. – Nasze kadry są zmęczone rządzeniem, w szeregi wkrada się nerwowość, a wtedy łatwiej o fałszywy krok – mówi pisowski minister.”

„PiS próbuje być równocześnie modernizacyjną, spokojną chadecją i partią permanentnej rewolucji, godnościowej, wymierzonej przeciw polskim elitom i w jakiejś mierze przeciw zagranicy. Zmiana swojskiej Beaty Szydło na pragmatycznego bankiera Mateusza Morawieckiego miała wzmocnić tę pierwszą naturę. Choćby po to, aby osiągnąć polepszenie relacji z Unią Europejską. Tyle że sporo czynników temu przeszkadza. Od prawicowych mediów zainteresowanych awanturą napędzającą czytelników i widzów po ambicje polityków, którzy na wrzeniu budują więź z elektoratem i ambicje na przyszłość.” – pisze Zaremba. A ja sobie myślę, że politycy PiS powinni się przyjrzeć Viktorowi Orbanowi, który właśnie wygrał z miażdżącą przewagą mandat do rządzenia Węgrami przez trzecią kadencję. Potrafi być ostry retorycznie, ale politykę prowadzi iście pragmatycznie. Rzekłbym do bólu pragmatycznie, rozgrywając dla Węgier, a to Unię Europejską, a to Moskwę, a to Sorosa, a to… Polskę. Uczmy się.

 

Jeremi Zaborowski