Każdy z nas oglądał filmy grozy, w których ludzkość była atakowana przez jakieś stwory: zombie, przybyszy z kosmosu ze śmiesznymi antenami na głowach, ociekające śluzem, pokryte brodawkami i łuskami potwory.

 

Bardziej wyrafinowane były filmy pokazujące zinfiltrowanie ludzkości przez najeźdźców wyglądających dokładnie tak jak my. Zsyłani z bardziej od nas rozwiniętej planety, byli tworami sztucznymi, robotami. W środku ciała nie mieli serca i innych organów, lecz mechanizmy i zwoje drutów. Zamiast mózgu superkomputer. Byli od ludzi przebieglejsi i mądrzejsi, lecz pozbwieni uczuć. Albo nie były to roboty lecz ludzie wirtualni, trójwymiarowe odwzorowania, hologramy.

Filmy te pozwalały na ciekawsze rozwinięcie akcji, wrogowie byli bowiem nierozpoznawalni, wydawali się jednymi z nas. Na szczęście bohaterskim obrońcom ludzkości udawało się w końcu znaleźć sposób ich odróżniania, a dzięki temu – unicestwienia.

Jesteśmy świadkami inwazji na Polskę przez wrogów wyglądających i zachowujących się jak my. Ukraińców. Jest ich, wedle różnych szacunków, 1,3 lub 1,5 miliona, czyli ludność Warszawy.

Nie jesteśmy świadkami inwazji innego typu, gdzie wroga łatwo rozpoznać. Bardzo mało jest bowiem w Polsce osób o innym kolorze skóry, zdecydowanie po swojemu ubranych, wydających dźwięki niepodobne do polszczyzny. Rozpoznanie takiego wroga na ulicy jest łatwe. Nie ukryje się w miejscu pracy, na uczelni, w przedszkolu.

Z Ukraińcami jest inaczej. Może ci, którzy dopiero co do Polski przyjechali, mają jeszcze na sobie tańsze ubrania. Poza tym różnic nie ma. Wyglądają jak my, ubrani są jak my, zachowują się jak my. Inwazja idealna. Demaskacja nastąpi gdy się odezwą: kupując coś w sklepie, obsługując klienta w restauracji, starając się o pracę. Ci, którzy niedawno przyjechali, po polsku prawie nie mówią, posługują się mieszanką rosyjskiego i ukraińskiego, czasem angielskiego. Jednak nauka polskiego łatwo im idzie: po kilku miesiącach już normalnie rozmawiają, a po kilku latach mówią po polsku jak my. Kilkakrotnie zdarzyło mi się rozmawiać z Ukraińcami, którzy mówili bez najmniejszego akcentu. Byli to jednak młodzi ludzie, którzy w Polsce ukończyli studia.

Proszę wybaczyć ten sarkastyczny wstęp, ale niechęć do cudzoziemców jest teraz w Polsce wielka. Podsycanie antyimigranckich nastrojów przez media, zwłaszcza państwową telewizję, przyniosło „pożądane” efekty: wedle ostatnich ankiet, obniżył się procent Polaków pozytywnie oceniających inne nacje – WSZYSTKIE nacje. Inna zabawna statystyka: nie ma narodu na świecie, który lubiłoby więcej niż 50 procent Polaków.
Najmniej lubiani są Arabowie, Cyganie, Żydzi. Ukraińcy są gdzieś w środku stawki.
Jacy są Ukraińcy? Jak się w Polsce czują? Jest to dla mnie wielka zagadka. Wyglądają jak my, mieszkają wśród nas, nie tworzą etnicznych enklaw. Nie ma w Warszawie dzielnicy ukraińskiej, gdzie można by przechadzać się w weekend, kosztując ich kuchni i piwa, poznając w ich dyskotekach ich dziewczyny (a potem lądując w polskim szpitalu ze złamaną szczęką).

Ukraińcy nie tworzą, o ile mi wiadomo, swoich klubów, organizacji. Jest co prawda kilka ukraińskich restauracji w Warszawie (aż dziw, że tak mało), ale chyba spotykają się oni w „polskich” miejscach.

Przez półtora roku nie udało mi się lepiej poznać ani jednego Ukraińca i Ukrainki. Jedna miła barmanka okazała się Ukrainką ale któregoś dnia nie przyszła do pracy i nie wiadomo, co się z Żenią dzieje. Jej chłopak, też Ukrainiec, zostawił pod barem swój stary samochód. W innym barze w Pawilonach barman był Ukraińcem i w związku z tym przychodziło tam dużo jego rodaków. Któregoś dnia powiedziano mi, że go zwolniono, bo „Ukraińcy sa prywatnie mili, ale do pracy się nie nadają”. W związku z tym zniknęli z baru ukraińcy klienci.

Daria była miłą sprzedawczynią w sklepie English Home w Galerii Mokotów, ale skończyła prawo na UW i zwolniła się z tej przejściowej pracy. Na polskim fejsbuku jej nie ma. Jest natomiast na jego ukraińskim odpowiedniku.

Trudno mi penetrować temat, gdyż nie jestem czynny zawodowo w Polsce. Gdybym był nauczycielem akademickim, może miałbym studentów z Ukrainy. Gdybym prowadził restaurację albo remontował domy, pewnie bym ich zatrudniał. Gdybym miał mieszkania do wynajęcia, być może byliby moimi lokatorami.

Ciągle jednak byłyby to kontakty powierzchowne i związane z biznesem.

Czy Ukraińcy integrują się z polskim społeczeństwem? Chyba słabo. To dziwne, bo Polska to przecież trochę bogatsza i bardziej cywilizowana Ukraina. Niemal identyczny mamy klimat, przyrodę, kuchnię.

Część Ukraińców decyduje się na zakup mieszkania w Polsce. Ale rodziny zakładają najczęściej między sobą. Czują się u nas bezpiecznie, zwłaszcza jeśli przyjechali nie tylko ze strefy biedy, ale i działań wojennych (jak rzeczone Żenia i Daria). Czasem usłyszą coś przykrego ale nie budzą agresji.

Ale może oni odczuwają to inaczej? Może przemykają się przez ulice polskich miast udając, że są Polakami. Może przełykają nieprzyjemności rozważając przeniesienie się gdzieś dalej, np. do Niemiec?

Nie widziałem jeszcze książki opisującej ukraińską społeczność w Polsce. Nie czytałem o niej reportaży w polskiej prasie. Może zadanie utrudnia reporterowi ich amorficzność, ich obecność wszędzie i nigdzie zarazem? Może byłoby łatwiej pojechać z mikrofonem do Little Ukraine, jak na manhattańskiej East Village, i wejść do kilku miejsc z ukraińskimi szyldami?

A może problem jest jeszcze inny: Ukraińcy w Polsce są trochę jak Polacy w Ameryce ćwierć wieku temu. Panie sprzątały domy, gotowały i zajmowały się dziećmi, panowie byli budowlańcami i kierowcami. Grupa ta trzymała się razem, nie zaprzyjaźniała z Amerykanami, rzadko wchodziła z nimi w związki. Tylko nieliczni z nas kończyli studia i wtapiali się w amerykańską middle class.

Może teraz taką drogę przechodzą ukraińscy emigranci w Polsce. Jednak, biorąc pod uwagę, jak jesteśmy do siebie kulturowo i mentalnie podobni, dziwię się, że te nasze światy i życia w ogóle się ze sobą nie łączą.

 

Jan Latus