Już przywykłem do brzydoty Greenpointu. Przed laty bardzo mnie raziła i nie mogłem pojąć, dlaczego właśnie tu osiedlili się nasi przodkowie. Teraz dostrzegam ładne fragmenty tej dzielnicy. Podobają mi się też nowe przeszklone budynki i domy-plomby wciśnięte między szpetną zabudowę. Niemniej trudno nazwać Greenpoint miejscem reprezentacyjnym czy prestiżowym. Mało kto mówi o tej dzielnicy jako wizytówce polskości i raczej się nią nie chwalimy przed Amerykanami i gośćmi z Europy. Nie chwalimy się również polskimi dzielnicami w Chicago, Filadelfii, Baltimore czy Trenton. Nie da się ukryć, że i one nie są reprezentacyjne ani prestiżowe. Acz i tam można znaleźć ładne miejsca i domy. Rodacy nie podejmują tematu, kiedy mówię o brzydocie otoczenia, w jakim mieszkamy lub pracujemy. Czyżby ona nam nie przeszkadzała? Kiedy żyłem w Polsce, wyobrażałem sobie polskie dzielnice w Ameryce jako, może nie najbogatsze, ale wręcz bajkowo ładne. Kiedy w roku 1989 po raz pierwszy zobaczyłem Greenpoint byłem wręcz w szoku. Miary dołujących wrażeń dopełniały grupy pijanych i mocno nieświeżych rodaków wystających niemal na każdym rogu i pijących wódkę w parkach i pod pomnikiem księdza Popieluszki. Dzisiaj tych grup jest mniej. Mniej jest także nowo przybyłych Polaków szukających pracy. Tak jak dawniej, tak i obecnie drażni mnie ich ordynarny język i posługiwanie się słowem „kurwa” używanym jako przecinek. W Polsce wulgarna mowa stała się już normą. Jesteśmy wolni, ale chamiejemy. Nikt z tym nie walczy.

 

$

 

O architektonicznej brzydocie w Polsce pisałem już wielokokrotnie. I stale mnie ona zastanawia. Ostatnio temat ten podjął Szczepan Twardoch, modny prozaik z Górnego Śląska, którego cenię za niezależność umysłu i trzeźwość spojrzenia. Napisał wprost – „Jest zaś Polska bardzo brzydka, bo oprócz tego, że jest królestwem groteski, jest również królestwem przestrzennego chaosu. Polska, krajobrazowo rzecz biorąc, jest normalna, nijaka, ani brzydka, ani ładna, mogłaby być znośna (…) gdyby tylko polska wspólnota polityczna była w stanie wydać z siebie regulacje porządkujące ten chaos, który na kilku poziomach polską przestrzeń zatruwa, zohydza i czyni nieznośną, przykrą do życia. Zamiast regulacji mamy jednak miasta obrzygane reklamami na każdym dostępnym skrawku powierzchni pionowej, przydrożny krajobraz zasłonięty ekranami dźwiękoszczelnymi oraz billboardami z gołą babą, domy budowane na zasadzie „szlachcic na zagrodzie”, bo dlaczego wolni i dumni Polacy, potomkowie husarzy wyklętych mieliby się dostosowywać do jakichś tam gminnych ustaleń, co do ilości kondygnacji, czy nachylenia dachu? Do tego rozlewające się w dzikiej suburbanizacji przedmieścia, pełne paskudnej architektury upchniętej w jeszcze gorszą urbanistykę (…).”. Nic dodać, nic ująć. Ta odwieczna niemożność wydania odpowiednich regulacji, ta nieumiejętność ochrony pejzażu zarówno przyrodniczego, jak i urbanistycznego, jednoznacznie wskazują na naszą niewrażliwość na estetykę otoczenia.

 

$

 

Zdumiewające jest odwrócenie się wielu polskich miast tyłem do rzeki i bylejakość przybrzeżnej zabudowy. Porównajmy oba brzegi Wisły w Warszawie, Krakowie, Sandomierzu, Płocku i Włocławku z brzegami Paryża, Pragi, Budapesztu, Florencji, Rzymu… Ileż chaosu i architektonicznego wrzasku widzi się, patrząc za Wisłę ze Wzgórza Wawelskiego, czy z warszawskiej skarpy i z warszawskich mostów!

 

$

 

Filmy i seriale powstające na zamówienie polityczne rzadko się nam udają. Są zazwyczaj tendencyjne, mają tandetne scenariusze i drewniane dialogi. Brak w nich oryginalnej wyobraźni reżyserskiej i poruszających kreacji aktorskich. Najlepszymi przykładami mogą być „Bitwa warszawska 1920”, „Historia Roja”, „Smoleńsk”, czy ostatnio wyświetlana w TVPiS „Korona królów”, słusznie nazywana „tandetną produkcją paździerzową”. A to dlatego, że ma scenariusz na poziomie czytanki dla piątej klasy szkoły podstawowej, rozmijający się z historycznym realiami, z fatalnymi dialogami i sztucznymi sytuacjami. Do tego dochodzi fatalna reżyseria i kiepskie aktorstwo rodem z amatorskiego teatrzyku. W dodatku – jak zauważyli niektórzy historycy – pomniejsza osobowość króła Władysława Łokieteka, pozbawiając go przenikliwości i inteligencji. I to wszystko za spore publiczne pieniądze. Film „Smoleńsk” jednoznacznie mówi o zamachu, tymczasem coraz rzadziej mówią o nim członkowie nowych komisji badających przyczyny katastrofy prezydenckiego Tu 154.

 

$

 

Zmarła Barbara Bittnerówna jedna z najwybitnieszych artystek w dziejach polskiego baletu. Pamiętam jej partie z wielkiej klasyki pokazywane w telewizji, tańczone solo i w duecie z Witoldem Grucą. Była romantyczną i pełną subtelnego wdzięku Julią w balecie Prokofiewa „Romeo i Julia”. Podziwiałem Jej kreację w „Coppelii”. Pamiętam także choreografie przygotowywane przez Nią dla teatrów dramatycznych. Sam zabiegałem o nie jako reżyser i dyrektor artystyczny. Niestety kolejka do pani Barbary była bardzo długa… Na pomoc przysyłała mi swoje asystentki, które wiele się od niej nauczyły. Dobrze się stało, że w 1994 roku powstał film dokumentalny „Barbara Bittnerówna – legenda baletu”. Tak niewiele jest filmowych zapisów kreacji polskich mistrzów Terpsychory. Widywałem panią Barbarę w ogrodzie Domu Aktora-Weterana w podwarszawskim Skolimowie. Miała w sobie coś z motyla. Stąpała po trawie tak lekko, jakby się bała, że ją przygniecie swoją filigranowością. Niekiedy wręcz wydawało mi się, że ona się nad tą trawą unosi z właściwą sobie gracją. Rytualnie przynosiła Elżbiecie Barszczewskiej, wielkiej aktorce, koszyczek z leśnymi owocami i podawała je gestem tak prostym, że aż wyrafinowanym. Obie panie na tle skolimowskich wierzb płaczących wydawały mi się uosobieniem kobiecego piękna. W ich urodzie, wdzięku i sposobie bycia było coś, czego się już nie widywało. Miały w sobie klasę już wówczas niespotykaną.

 

$

 

Lubię patrzeć na ludzi tańczących na zabawach, weselach, placach. Ich widok jakoś swoiście mnie pobudza. Bywa, że się do nich dołączam. Onegdaj na jednym z placów w Palermo zatańczyłem tarantelę z sycylijskim zespołem foklorystycznym. Kroków nauczyłem się podczas prób do „Sługi dwóch panów” w mojej reżyserii. Towarzystwo tancerzy dobrze mnie usposabia. Współpracujący ze mną choreografowie, zwłaszcza Janina Niesobska i Jerzy Graczyk, umieli rozluźnić mnie przed premierą i wydobyć z różnych zacisków spowodowanych strachem, że spektakl nie uda. Z psychicznej zapaści po premierze „Świętoszka” w Teatrze Polskim we Wrocławiu wyciągnął mnie Henryk Tomaszewski – twórca i szef legendarnej Pantomimy Wrocławskiej. Uważał, że zrobiłem wymowne przedstawienie z przesłaniem tyleż aktualnym, co ponadczasowym. Jego opinia była dla mnie ważna.

 

$

 

„O Polsko – Świętoszku Europy!” – jeden z wykrzykników w „Dziennikach” Marii Dąbrowskiej.

 

Andrzej Józef Dąbrowski