Koalicja partii Orbana Fidesz i Chrześcijańsko-Demokratycznej Partii Ludowej zdobyła 133 miejsca w parlamencie, co oznacza większość 2/3 głosów. 

 

Partia Jobbik uzyskała 26 miejsc, a koalicja Węgierskiej Partii Socjalistycznej (MSZP) i partii Dialog tylko 20 mandatów. Po wyborach Orban będzie mógł więc bez żadnych praktycznie przeszkód przekształcać dalej kraj (według swoich własnych słów) w „nieliberalną demokrację”.

Potężny dziś Orban nie zawsze był uważany za polityka sprawnego. Kiedy jego partia w 2006 roku, drugi raz z rzędu przegrała wybory parlamentarne z socjalistami, wielu wątpiło nawet czy kiedykolwiek zdoła powrócić do władzy. Rok 2010 okazał się jednak dla niego przełomowy. Orban wygrał wówczas zdecydowanie i od tego czasu tylko już umacniał się jako lider, wcześniej niż inni politycy europejscy rozumiejący jak nośna wśród wyborców będzie sprawa imigracji. Dziś w partii Fidesz nikt nie kwestionuje jego przywództwa, a liderzy prawicowych i nacjonalistycznych ugrupowań w różnych krajach Europy, stawiają go sobie a wzór.

Orban, podobnie jak Jarosław Kaczyński w Polsce, prawidłowo rozpoznał silne w społeczeństwie węgierskim obawy związane z utratą tożsamości narodowej i poczucie, że instytucje europejskie traktują Węgrów jak obywateli drugiej kategorii. Na tych obawach zbudował swoje polityczne poparcie. Fala imigracji, z którą Unia Europejska nie potrafiła sobie poradzić, dodała mu jeszcze skrzydeł. Orban umiejętnie połączył strach przed uchodźcami ze strachem przed terroryzmem. Kiedy w 2015 roku we Francji doszło do zamachu przeprowadzonego przez islamskich ekstremistów, wezwał do całkowitego wstrzymania imigracji do Europy.

„Przyjmowanie imigrantów nie przynosi nam żadnych korzyści. Oznacza jedynie kłopoty. Dlatego imigracja powinna być wstrzymana. Takie jest i będzie stanowisko Węgier. Nie życzymy sobie żadnej znaczącej mniejszości w naszym społeczeństwie, mającej różną od naszej przeszłość i różnej od nas kulturowo. Chcemy, by Węgry były dla Węgrów” – mówił Orban w jednym z wywiadów telewizyjnych w 2015 roku.

Premier swoje zapowiedzi wprowadził skutecznie w czyn. We wrześniu 2015 roku na granicy z Serbią wybudowany został mur mający powstrzymywać imigrantów i uchodźców. Wśród antyimigracyjnych ugrupowań w Europie zjednało to Orbanowi wielu zwolenników.

„Orban ma silniejszy kręgosłup i charakter niż wszyscy tchórze z Unii Europejskiej razem wzięci” – mówi jeden z jego admiratorów Geert Wilders, z holenderskiej antyislamskiej Partii Wolności.

„Szanuję Viktora Orbana i jego odwagę gdyż potrafi stawić czoła szykanom ze strony Unii Europejskiej” – wtóruje Wildersowi Marine Le Pen, przywódczyni francuskiego Frontu Narodowego.

Jarosław Kaczyński także chyli czoła przed Orbanem. Według niego „nie da się dzisiaj myśleć o przyszłości Europy, jeśli nie pamięta się o Węgrzech, o Viktorze Orbanie i o Fideszu. Nasza obecna przyjaźń to jest wspólna droga ku temu, by nasze narody były narodami wolnymi i mogły decydować same o swoim losie i swoich sprawach wewnętrznych” – powiedział prezes PiS, komentując wyniki wyborów na Węgrzech.
Kiedy Polska i Węgry wychodziły spod sowieckiej opresji wspólną drogą do wolności było dołączenie do Unii Europejskiej. To UE była wówczas synonimem wolności, ideą łączącą i Węgrów i Polaków. W Polsce popierali ją rządzący wówczas postkomuniści (podpis pod traktatem akcesyjnym w 2004 r. złożył premier Leszek Miller) i prawicowa opozycja, różniąca się od nich we wszystkim innym. Po 14 latach członkostwa w tej instytucji i w Polsce i na Węgrzech Unia Europejska, sądząc przynajmniej z wyników wyborów, przez większość społeczeństwa uważana jest za instytucję, która wolności i samostanowieniu zagraża. Jak ujął to wiceminister spraw zagranicznych Konrad Szymański konieczna jest wręcz „emancypacja Europy Środkowej”. Zwycięstwo Viktora Orbana jest według niego potwierdzeniem słuszności tej polityki.

 

Tomasz Bagnowski