Parę lat temu zobaczyłem portret Stanisława Augusta Poniatowskiego w Metropolitan Museum.

 

Autorką portretu była francuska malarka przełomu XVIII i XIX wieku, Vigée Le Brun, zdolna artystka, świetna portrecistka, jedna z nielicznych kobiet, które talentem i pracą przebiły się w niewdzięcznym świecie męskiej – jak twierdzono – profesji. A i tak nie miała lekko, bo wielu zamożnych, potencjalnych klientów odmawiało modelowania przed niewiastą. Woleli swą podobiznę wykonaną przez miernego artystę, ale za to mężczyznę.
Vigee Le Brun musiała uciekać z Francji po rewolucji. Ponieważ była ulubioną portrecistką Marii Antoniny, więc uważano ją za rojalistkę, orędowniczkę znienawidzonego reżimu.
Jeździła po Europie w poszukiwaniu pracy, między innymi znalazła zamówienia na swą sztukę na dworze carskim w Petersburgu, tam gdzie dożywał swych dni ostatni polski król po przymusowej abdykacji.

Z nowojorskiego muzeum dostałem doskonałą elektroniczną kopię tego obrazu. Czasami przy jakiejś okazji przyglądam mu się. Smutek. Stanisław August Poniatowski już stary, zmęczony, sponiewierany, chciał się jednak sportretować w stroju królewskim. Nie był już władcą Polski, nie było już Polski, między innymi za sprawą carycy, na której dworze znalazł schronienie.

Jednak uwiecznić się chciał w glorii i chwale, dawnej i kurczowo zatrzymanej w pamięci świetności. Nie jest przecież już królem, nie jest nawet kimś ważnym. Jest nikim, Polakiem na rosyjskim dworze, bez znaczenia, lekceważonym, pogardzanym. A jednak, mimo wszystko, wyciągnął gdzieś ze skrzyni dawne regalia, jest znowu monarchą, kimś imponującym, wspaniałym, choćby tylko na płótnie. Tak chciał być zapamiętany – na rok przed śmiercią w 1798.

Przypominam sobie o innym obrazie, portrecie Stanisława Augusta Poniatowskiego w stroju koronacyjnym, wykonanym 30 lat wcześniej przez nadwornego malarza, Marcello Bacciarellego. Dzieło to dziś znajduje się na Zamku Królewskim. Młody władca Polski pawi się i papuży w barwnych, efektownych i rozmaitych strojach. Kosztowne materiały, lśniące szaty, przepych, nadmiar, bogactwo i splendor. Oszołomić widza, obezwładnić luksusowym zbytkiem, rzucić wszystkich wokół na kolana w obliczu tak wystawnej potęgi. Klejnoty, regalia, wstęgi, kolumny; złoto i purpura. Naddatek ozdób, popis wybujałego ego, igrzyska pychy i zarozumialstwa.

Nie wiadomo, czy sam Stanisław August pragnął zaprezentować się okazale, czy to artysta malarz tak ustawił Stanisława Augusta przekonując go, iż władza monarsza musi podkreślić swą wielkość, uwydatnić ją; że tak się maluje królów.

Tak się nie przedstawia.

Przyjrzyjmy się portretom hiszpańskich władców. Na czarno, bez dystynkcji, może niekiedy jakiś lśniący order, albo łańcuch. I nic więcej. Władza to znamię urzędu, cecha osoby, człowieka, a nie jego zewnętrznych atrybutów. Twórcy hiszpańscy wiedzieli: malujemy człowieka, a nie dekorację. Choćby nie wiem ile ich zgromadzić, zawsze spoza strojów i koronek wyziera człowiek – albo wielki, albo mały.

Na temat formatu Stanisława Augusta Poniatowskiego toczy się spór od setek lat: jedni twierdzą, że był to jeden z najgorszych władców kraju, bawidamek, mimowolny agent rosyjski, który przypieczętował ostatni rozbiór Polski (i dwa poprzednie), a przy tym nawet się tym nie przejął; drudzy – że był doskonałym królem i w sytuacji, w jakiej przyszło mu panować, zrobił wszystko, co było można, aby ratować – już nawet nie kraj, bo ten był nie do uratowania, ale przynajmniej społeczeństwo. Przygotować je na długi okres niewoli.
Osobiście podzielam ten drugi pogląd, choć wiem, że argumenty przeciwko „królowi Stasiowi” są potężne. Studiowałem polonistykę jako pierwszy kierunek we Wrocławiu, na wydziale zdominowanym jeszcze przez wychowanków Tadeusza Mikulskiego, znawcy Oświecenia. Większość profesorów to byli jego uczniowie, specjaliści od literatury, historii, sztuki tego właśnie okresu. Siłą rzeczy przewodzili tym wydziałem sympatycy Stanisława Augusta, z uznaniem piszący i wyrażający się o jego kolejnych pociągnięciach reformacyjnych.

Niechęć niechęcią, ale jednak ostatniemu władcy coś się od Polski należało. Polacy, jak zwykle nie pokazali klasy. W 1938 roku sprowadzono z Petersburga trumnę ze zwłokami Stanisława Augusta do Polski. W nocy, pod osłoną policji i tylko z udziałem niskich rangą przedstawicieli władz Rzeczypospolitej, pochowano go w kościele „rodzinnym” w Wołczynie, na dzisiejszej Białorusi. W czasie drugiej wojny ostatecznie teren ten zajął Związek Sowiecki. Kościół splądrowano, trumnę obrabowano, świątynię zamieniono na skład nawozów sztucznych. W 1989 roku szczątki władcy, resztki trumny, zetlałe fragmenty szat, sprowadzono ponownie do Polski i monarchę pochowano po raz trzeci w krypcie warszawskiej katedry.

Nawet nie na Wawelu pośród królów polskich. Ponownie wyszła polska małość, skoro później znalazło się tam miejsce dla innych. No cóż, Polacy nie mają szacunku do siebie i własnej przeszłości, a później dziwią się, że cudzoziemcy ich lekceważą i zwracają im uwagę na błędy w traktowaniu swojej historii urabianej do doraźnych potrzeb politycznych.

Dwa portrety jak ilustracje kolei życiowych – młodości pewnej siebie, hardej, ambitnej, ufnej we wspaniałą przyszłość; i starości schowanej gdzieś w pokoiku na wielkim zamku, zapomnianej pośród mrowiącej się ciżby ludzkiej. Nikogo już nie obchodzą dawne zaszczyty, minione sukcesy. Nowe istnienie się pieni.

 

Czesław Karkowski