14 marca zmarł Stephen Hawking. „Piękny umysł w zdeformowanym ciele” – jak przez lata pisała prasa. Nieuleczalnie chory na ALS (stwardnienie zanikowe boczne) jeden z najwybitniejszych i najprężniej działających naukowców naszych czasów. „Geniusz. Ikona. Współczesny Einstein”. Ponad 55 lat żył ze świadomością, że w każdej chwili może odejść. Dlatego – zgodnie z ostatnio lansowaną modą – był „tu i teraz”, ciesząc się każdym dniem. Mówił, że nie boi się śmierci. Martwi tylko, że nie zdąży zrobić wszystkiego. „Chciałbym jeszcze spróbować tak wielu rzeczy” – mówił w wywiadzie. A swoim dzieciom powtarzał: „Zawsze patrzcie w górę, na gwiazdy, a nie pod nogi”. Kiedy w 1988 roku wydał „Krótką historię czasu” cały świat poznał nie tylko jego geniusz, ale również niesamowite poczucie humoru. Książka sprzedała się w ponad dziewięciu milionach egzemplarzy, a Hawkinga nazwano Indianą Jonsem… astrofizyki. Miłością do gwiazd zaraziła go mama, absolwentka Oxfordu. „Stephen zawsze wierzył w cuda” – mówiła. „I wiedziałam, że gwiazdy w końcu go przyciągną”. Wcześniej jednak była matematyka, choć młody naukowiec wcale nie był genialnym uczniem. „Miałem jasno sprecyzowane wartości. Najbardziej interesowało mnie to, co się działo poza budynkiem szkoły” – mówił w jednym z wywiadów. „Moja klasa była wyjątkowa. Ze swoimi wynikami nie byłem nawet w pierwszej połowie stawki. Brzydko prowadziłem zeszyty, mój charakter pisma był prawdziwą zmorą dla nauczycieli” – wspominał. „Pamiętam, że kiedy mieliśmy po 12 lat, jeden z moich kolegów z klasy założył się z drugim, że do niczego nie dojdę. Teraz jestem ciekawy, czy pamiętają o tym zakładzie. A jeżeli go rozstrzygnęli, to który z nich wygrał?” – żartował. Pierwsze symptomy choroby pojawiły się, gdy miał 21 lat. Nagle stracił przytomność i przewrócił się przed budynkiem swojego pierwszego kolegium w Cambridge University, wybił sobie przednie zęby. Drugi taki wypadek zdarzył się w pociągu w Niemczech. Stephen, który już wtedy spotykał się z młodą studentką literatury – Jane zbagatelizował objawy. Dopiero ojciec zaniepokojony dziwnymi drgawkami syna i tym, że coraz częściej podczas dłuższych wypowiedzi zaczynał bełkotać, wysłał go do lekarza. Diagnoza brzmiała jak wyrok śmierci. Hawking dowiedział się, że zostały mu dwa lata życia. Wpadł w depresję. Zamykał się w pokoju w akademiku, upijał do nieprzytomności, zamiast książek naukowych pochłaniał lektury science fiction i zrezygnował z pracy nad doktoratem. Z mroku otchłani wyciągnęła go miłość. Wziął ślub z Jane i mimo postępów choroby, zabrał się do pracy. W latach 70. stracił już zdolność do poruszania się o własnych siłach. Na głowie żony była opieka nad dwójką dzieci i niedołężnym mężem. „Bywało tak, że Stephen godzinami siedział na wózku i beznamiętnie wpatrywał się w jeden punkt. Był jak zahipnotyzowany. Nie reagował na nic. Kiedy spodziewałam się najgorszego, nagle odzyskiwał świadomość i uradowany krzyczał na cały dom, że rozwiązał równanie” – wspominała Jane. Gdy stracił zdolność mówienia, zaczął korzystać z syntezatora mowy. Był już wtedy gwiazdą astrofizyki. Gdziekolwiek się pojawiał, wzbudzał zachwyt tłumu fanów. Podobno w domu był zamknięty w sobie i roszczeniowy, a na spotkaniach tryskał humorem i zabawiał wszystkich. Pierwsze małżeństwo nie przetrwało. Drugi związek, z pielęgniarką Elaine trwał dziesięć lat i był bardzo burzliwy. W tym czasie Hawking wielokrotnie lądował w szpitalach poturbowany, ze złamanymi kończynami, lub z udarem, gdy żona zostawiła go na kilka godzin na słońcu. W 2006 roku doszło do rozwodu. Jednym z nieoficjalnych powodów podawanym przez prasę była… niewierność małżonka. Podobno uczony był częstym gościem przyjęć dla swingersów organizowanych w Kalifornii. „To byłoby do niego podobne. Całe życie przekraczał granice, nie uznawał zakazów i nakazów. Tworzył własny kodeks postępowania” – miał powiedzieć o Hawkingu zaprzyjaźniony profesor. W ostatnich latach przed śmiercią przeszedł dużą zmianę. Pogodził z pierwszą żoną, wrócił do rodziny. Po śmierci wspominano nie tylko jego wybitny umysł, ale przede wszystkim przystępność, „ludzką twarz”, której nie obawiał się pokazywać światu. Słynny był dowcip, którym zaskoczył Johna Olivera, popularnego satyryka. „Czy myślisz, że istnieje taki wszechświat, w którym mógłbym być mądrzejszy od ciebie” – zapytał Hawkinga podczas wywiadu. „Tak. Być może istnieje też taki, w którym jesteś zabawny” – odparł geniusz. Przez całe życie starał się popularyzować naukę, ale przede wszystkim pokazywać, że można i trzeba przełamywać wszelkie schematy i ograniczenia. „Nie można przeskoczyć tylko tych blokad, które stawiamy sobie sami w głowie” – przekonywał. Jego życie dla wielu stało się inspiracją. W 2014 roku nakręcono „Teorię wszystkiego” ze wspaniałą rolą Eddiego Redmayne’a, opowiadającą o życiu geniusza.

 

*

 

„Powiem uczciwe, a może i przewrotnie, że nie wiem, czy za Peerelu jedzenie nie pachniało mi bardziej niż w tej chwili” – mówi Robert Sowa, znany polski restaurator i nowy juror siódmej edycji programu „Top Chef”. „Do dziś pamiętam smak pomarańczy, które tata przynosił po jednej dla każdego syna na Święta. Pamiętam gotowaną szyneczkę robioną przez moją mamę. Jedliśmy ją cały tydzień poświąteczny, a i potem służyła jako dodatek do jajecznicy, a końcówki były podsmażane w bigosie” – wspomina. „Dzisiaj jak się kupuje rano wędlinę, wieczorem sama wypadnie z papieru. Mój kot woli swoją suchą karmę niż kilkudniową szynkę” – mówi Sowa. „Moja mama miała zakład krawiecki. W kuchni przy oknie stała maszyna do szycia, na stole był rozłożony koc, obok żelazko. I jak coś uszyła, to od razu prasowała. Pogryzała przy tym ziarnka kawy, tak jak my jemy orzeszki, no i miała nas wszystkich na oku – czterech chłopów, ojca i nas trzech. Byłem najstarszy, więc to mnie wydawała polecenia: „Namocz białą bułkę do mięsa, podsmaż cebulę, posól, dodaj pieprzu i wyciśnięty czosnek, zmieszaj to wszystko i zrób kotlety mielone”. To było dla mnie takie normalne. Potrawa, którą najlepiej pamiętam z dzieciństwa, to móżdżek cielęcy z jajkiem i szczypiorkiem, podawany na grzance. Lubię też smażoną, karmelizowaną grasicę, którą podaję na wiejskiej kaszance. A do tego puree z kalafiora, na to pieczony, karmelizowany buraczek” – mówi restaurator. I wspomina swoje początki. „Moja mama to był mój pierwszy szef. Tata wychodził o szóstej rano do pracy w Nowej Hucie, bracia szli do szkoły, ja też. Ale jak wracałem, to zamiast na boisko grać z chłopakami w piłkę, zabierałem się za obiad. Tata wracał około 17, miałem więc trochę czasu na gotowanie” – opowiada. Dzisiaj Robert Sowa jest właścicielem kilku restauracji w stolicy. Najsłynniejsza, czyli „Sowa i przyjaciele” stała się areną jednego z największych skandali politycznych w Polsce. To tam jadano słynne ośmiorniczki, które do dzisiaj niektórym odbijają się czkawką.

 

Weronika Kwiatkowska