Z Aleksandrem Korabem, szefem amerykańskiej gazety „Metro” – rozmawia Tomasz Pudłocki.

 

„Metro”. Czwarta co do wielkości gazeta w USA i jedna z najsłynniejszych marek dziennikarskich na świecie. Podobnie jak „Ikea”, czy legendarny zespół „Abba” – produkt prosto ze Szwecji. Jej redaktorem na Nowy Jork, Filadelfię i Boston jest Polak, Aleksander Korab.

 

– Co musi zrobić człowiek urodzony i wychowany w Polsce, żeby zostać szefem dużej amerykańskiej gazety?

– W sumie niewiele. Najlepiej zacząć pracę w zawodzie jak najwcześniej i potem redagować gazety w różnych krajach przez dwadzieścia lat. Ale tak na serio – do Nowego Jorku dostałem się pracując przez wiele lat dla globalnego koncernu Metro, który wydaje gazety na całym świecie.

 

– Na czym polegał fenomen „Metra” przed laty i dlaczego „szwedzki” wynalazek podbił rynki światowe?

– Od początku, czyli od 1995 roku „Metro” było zaprojektowane przede wszystkim z myślą o czytelnikach. Mamy w nim najważniejsze informacje, jest bezpłatne i łatwe do znalezienia w drodze do pracy. W ciągu 15-30 minut czytelnicy mogą dowiedzieć się wszystkiego co ważne. Najlepsze wynalazki oszczędzają nasz czas, tak też było z „Metrem” i dlatego bardzo szybko stało się największą gazetą codzienną na świecie. To były czasy przed rewolucją internetową, i „Metro” było doskonale dostosowane do potrzeb przede wszystkim młodych czytelników.

 

– Jesteś na rynku medialnym ponad 20 lat. Dużo się zmieniło przez ten czas?

– Policzmy… Pierwszy etat dostałem w 1997 roku, kiedy miałem 19 lat. Ale drukowałem teksty od 15. roku życia. Co się zmieniło? Kiedy zaczynałem, dziennikarze pisali teksty na maszynach do pisania, paliło się papierosy, siedząc przy biurku… no i nie było też takiej małej rzeczy jak internet. Wszystko musieliśmy sprawdzać w archiwum albo bibliotece…

 

– Jak doszło do publikacji tego pierwszego tekstu? Byłeś wybitnie utalentowany, urodziłeś się we właściwej rodzinie, czy miałeś dobre plecy?

– To było w rzeszowskich „Nowinach”. Po prostu wykurzył mnie tekst starszego dziennikarza, który narzekał, że „młodzież źle się prowadzi i generalnie schodzi na psy”.

Odpisałem mu, że to naturalne, że młodzież ma inne pomysły na życie niż starsze pokolenie. List wysłałem pocztą. I ku mojemu zdziwieniu „Nowiny” opublikowały go. Potem wysyłałem im inne teksty, a oni drukowali albo nie. Kiedy zacząłem studiować zaocznie na Uniwersytecie Jagiellońskim, potrzebowałem pracy, żeby się utrzymać. Od razu poszedłem do „Nowin”. Przyjęli mnie od ręki, bo dzień wcześniej konkurencyjna gazeta podkupiła im połowę zespołu. Miałem trochę szczęścia. Ale gdybym nie napisał i nie wysłał pierwszego tekstu i nie poszedł osobiście do redakcji, to bym tej pracy nie dostał. Szczęściu trzeba pomagać.

 

– Jak wspominasz tę pracę po latach? Bardzo się ona różniła od Twoich późniejszych doświadczeń?

– „Nowiny” były dla mnie wspaniałym miejscem. Miałem świetnych mentorów i kolegów – dużo się od nich nauczyłem. Najfajniejsze było to, że mogłem przeskakiwać z działu do działu i próbować różnych rzeczy: łamałem strony, projektowałem design, robiłem grafiki, pisałem, wprowadzałem korekty, naświetlałem filmy, nawet robiłem za gońca. Dzięki temu wiem jak zrobić gazetę od początku do końca. A czy się różniła? Niespecjalnie. Gazety – jak hot dogi – robi się wszędzie bardzo podobnie.

 

– W 2000 r. dostałeś propozycję pracy w Warszawie. Inna firma i inne wyzwania – „Metro”.

– Do Warszawy ściągnął mnie właściciel małej agencji prasowej, której sprzedawałem teksty. Powiedział mi, że pomaga otwierać gazetę, ale ma tylko samych absolwentów dziennikarstwa i nikogo, kto by się znał na redagowaniu gazety. Zapytałem, kiedy planuje launch, a on – za dwa dni! Jechałem tam na wariata. Na początku szefowie Metropolu dali mi umowę na dwa tygodnie, potem przedłużyli na miesiąc, w końcu zaproponowali stałą pracę.

 

– Pracowałeś w znaczącej gazecie na Podkarpaciu, a „Metro” w Polsce początkowo musiało być ryzykowną inwestycją?

– Tak, nikt wtedy nie chciał pracować dla bezpłatnych gazet, dlatego nie mieliśmy w zespole doświadczonych dziennikarzy. Ja byłem jedyną osobą z doświadczeniem, a byłem najmłodszy. Ale dzięki temu wskoczyłem od razu na stanowisko menedżerskie, byłem redaktorem prowadzącym, drugą osobą w redakcji. W „Nowinach” potrzebowałbym 10-15 lat żeby wejść na ten poziom. Dla mnie to był no-brainer.

 

– Trudno było?

– Mieszkałem w wielu krajach na świecie i wiele razy się przeprowadzałem, ale przenosiny z Rzeszowa do Warszawy były dla mnie największym wyzwaniem. Późniejsza przeprowadzka do Londynu też była stresująca, ale nie tak jak ta warszawska. Mimo stresu podjęcie samej decyzji nie było dla mnie najmniejszym problemem. Fascynują mnie wyzwania.

 

– Na początku lat dwutysięcznych „Metro” było poważnym zagrożeniem dla „starych, dobrych tytułów”. Z tego, co wiem, stanowisko naczelnego polskiego „Metra” nie należało do łatwych. Możesz coś o tym opowiedzieć…

– Zawód redaktora naczelnego nie jest łatwy sam w sobie, a jeśli dodasz do tego, że właśnie zagroziłeś wszystkim silnym konkurentom na rynku, że każdy z tych konkurentów ma dużo doświadczenia i armię inteligentnych współpracowników, no, a ty masz 26 lat, to stawia cię to w ekstremalnie wymagającej sytuacji. Ale dzięki temu nauczyłem się radzić sobie ze stresem i wielu tricków biznesowych, przekonałem sie też na własnej skórze, że co cię nie zabije, to cię wzmocni.

 

– Czym „Metro” zagroziło starej gwardii? Możesz podać jakieś szczegóły?

– „Metro” odniosło gigantyczny sukces w Szwecji, wydzierając tradycyjnym koncernom duży kawałek rynku reklamowego. Każda rozsądna firma widziała w tym zagrożenie i rozpoczęła działania obronne. Np. Agora zaczęła wydawać konkurencyjny bezpłatny dziennik i atakować nas z łamów „Gazety Wyborczej”; wytoczyła nam też proces. To byli twardzi rywale, mnóstwo się od nich nauczyłem.

 

– Jak z rynku polskiego udało Ci się trafić do centrali, tj. do Londynu?

– W tamtych czasach „Metro” było jak swego rodzaju Ikea. Centrala bardzo się skupiała na tym, żeby wszystkie rzeczy były robione w dokładnie w taki sam sposób, w jaki robiono gazetę w Szwecji. Problemem było to, że Szwedzi nie mieli tych samych wyzwań co inne nacje. Jako że byłem młody i nie do końca rozumiałem się na korporacyjnej polityce, zmieniłem kilka podstawowych rzeczy i dostosowałem polskie „Metro” („Metropol”) do naszego rynku. Te pomysły zjeżyły włos na głowie szwedzkim szefom, ale spodobały się w innych krajach, które szybko je zaadaptowały. Od tego czasu byłem w wyselekcjonowanym think-tanku, który był odpowiedzialny za rozwój gazety i nowe pomysły. Z uwagi na moje doświadczenie z uruchamianiem gazety, proszono mnie też żebym był odpowiedzialny za nowe gazety i pomagał lokalnym redakcjom rozwiązywać problemy. Już wtedy spędzałem sporo czasu w Nowym Jorku i Atenach. Kiedy firma zdecydowała się zamknąć polską edycję z miejsca dostałem propozycję, żeby przenieść się do londyńskiej centrali. Był tylko mały problem… Ja wtedy prawie w ogóle nie mówiłem po angielsku…

 

– Od tego czasu pracowałeś w wielu krajach na świecie – to zawsze było i jest to samo „Metro”, czy jest ono za każdym razem inne?

– Metro International miało gazety w ponad 20 krajach, więc były to różne redakcje. Pracowałem w Brazylii, Chile, Czechach, Danii, Finlandii, Francji, Grecji, Hiszpanii, Holandii, Meksyku, Portugalii, Rosji, Szwecji, Włoszech.

 

– Nie ukrywam, że wiadomości o otwarciu „Metra” w Rosji bardzo mnie zaskoczyła. I z tego co wiem, Ty za tym stoisz.

– W Rosji mieliśmy gazetę w St. Petersburgu, z którą często współpracowałem i którą bardzo lubiłem. Więc kiedy podjęliśmy decyzję o uruchomieniu „Metra” w Moskwie, było naturalne, że ja tam polecę. Byłem odpowiedzialny za koordynację redakcyjną projektu. Spędziłem tam wiele miesięcy. To była ciężka praca, ale i wielka frajda. Dziś rosyjskie „Metro” jest jedną z największych gazet w Rosji.

 

– „Metro” przed laty zasłynęło z akcji z Lady Gagą. Możesz przypomnieć, co to była za inicjatywa i o co w niej chodziło?

– Ponieważ Metro dociera do milionów ludzi na całym świecie, jest nam łatwiej rozmawiać z wielkimi gwiazdami i robić wspólne projekty. Pracowaliśmy np. z Karlem Lagerfeldem, Richardem Bransonem, Edem Nortonem, Willem Smithem. Lady Gaga promowała wtedy swoją nową płytę i zaproponowaliśmy jej przejęcie roli redaktor naczelnej na jeden dzień. Przyjechała do nas do redakcji i pracowała nad edycją, która ukazała się dzień później na całym świecie. Projekt się udał, nasze bezpłatne gazety sprzedawano na eBayu po 20 dolarów za sztukę… W dodatku okazało się, że pod makijażem kryje się bardzo sympatyczna i inteligentna osoba. Miała tylko problemy z wstukiwaniem tekstu do komputera, bo w tym dniu miała gigantyczne sztuczne paznokcie…

 

– Czyli praca w firmie takiej jak „Metro” to nie tylko wydawanie dziennika. Wiem, że robisz też inne, poboczne projekty, jak wydania specjalne z okazji dużych imprez czy ważnych wydarzeń dla wielkich firm czy zleceniodawców. Co to za projekty?

– W „Metro USA” wydajemy codziennie trzy gazety, w Bostonie, Filadelfii i Nowym Jorku. Mamy też popularną stronę internetową, która teraz najbardziej mnie kręci i która rządzi się nieco innymi prawami. Oprócz tego wydajemy od czasu do czasu kolorowe magazyny na tych trzech rynkach. W marcu uruchomiliśmy gigantyczny projekt: Metro ONZ, skierowane do wpływowych ludzi w dyplomacji. Wcześniej robiłem magazyny. Np. wymyśliłem, napisałem i zredagowałem Magazyn na Mistrzostwa Świata w RPA, który wydrukowaliśmy w pięciu językach, w trzech milionach egzemplarzy i rozdaliśmy w Anglii, Holandii, Francji, Włoszech i Hiszpanii.

 

– Z tego co opowiadasz mam wrażenie, że jesteś trochę „człowiekiem do zadań specjalnych” w tej firmie. Chyba też w takich okolicznościach trafiłeś do Nowego Jorku. Mam rację?

– Firma, która rozwija się tak dynamicznie jak „Metro”, natrafia na mnóstwo wyzwań. Mnie się dobrze pracuje pod presją i bardzo lubię rozwiązywać problemy, więc do mnie trafiały najciekawsze przypadki. W jakimś momencie przylgnęła do mnie etykietka „Polskiego Strażaka”, bo wysyłano mnie tam gdzie był największy pożar. W amerykańskim „Metrze” moim zadaniem było przeprowadzenie restrukturyzacji, poprawienie jakości tekstów i transformacja z gazety wyłącznie drukowanej do nowoczesnej firmy medialnej, która jest przygotowana do konkurencji i w internecie i w mediach społecznościowych. Od tego czasu finansowo firma wygląda dużo lepiej. Zaoszczędzone środki zainwestowaliśmy w platformę i redakcję internetową. W zeszłym roku liczba czytelników naszych gazet drukowanych nieco wzrosła (przy trendzie całej branży gwałtownie tracącej czytelników!), a liczba użytkowników online wzrosła czterokrotnie. Szefowie jak na razie nie narzekają.

 

– Kiedy rano wsiadam do metra i sięgam po „Metro” dostaję produkt, który różni się od „Washington Post” czy „New York Timesa”. Jaki jest Wasz główny cel? Czy „Metro” ma być gazetą głównie informacyjną, czy może ma jakąś misję?

– „Metro” oszczędza czas czytelników. A w dzisiejszych czasach w gigantycznym mieście jak NYC, nikt tego czasu nie ma. Skanujemy miliardy newsów, które codziennie w różny sposób do nas docierają, wybieramy najważniejsze i najciekawsze i prezentujemy je w łatwy do przyswojenia sposób. Nie specjalizujemy się w dziennikarstwie śledczym, to nie jest nasza rola. Nie drukujemy długaśnych tekstów dlatego że nasi czytelnicy nie mają czasu na ich czytanie. Zresztą każdy dobry redaktor przyzna, że dużo trudniej jest skrócić tekst, niż coś do niego dopisać.

– Kiedy mówiliśmy o internecie wspominałeś, że drukowana wersja gazety powstaje w oparciu o analizę tego, co najbardziej interesuje czytelników w wydaniu on line. Dlaczego właśnie internet jest dziś dla nowoczesnego dziennikarstwa taki ważny?

– Robimy badania czytelnictwa gazet drukowanych dwa razy do roku. To daje nam dużo wiadomości, na temat tego, co czytelnicy lubią, a czego nie. Teraz, wyobraź sobie sytuację, kiedy wchodzi internet i dostajemy ten feedback nie dwa razy w roku, nie co miesiąc, nie co tydzień, ale w każdej sekundzie! Kiedy patrzę na tablicę rozdzielczą tekstu, wiem ile ludzi czyta go w danej sekundzie, gdzie to czytają, na jakim urządzeniu, gdzie później klikają, jaka jest ich płeć, etc. Mogę też np. testować różne warianty tytułu. Internet dla mediów jest czymś, czym był – powiedzmy – rentgen dla medycyny; nie zastąpił lekarzy, ale dał im fantastyczne narzędzie do tego, żeby być dużo bardziej skutecznym.

 

– Skoro „Metro” jest globalne i metropolitarne, to czy wiadomości o Polsce, czy życiu polonijnym mają szansę w gazecie zaistnieć? Byciem Polakiem-szefem powoduje, że jest Ci łatwiej coś przemycić, czy odwrotnie – starasz się nie naciskać, bo jednak jest to pewien margines, który interesuje Twoich odbiorców?

– Nie może być tak, że skoro jestem Polakiem to zmienię linię redakcyjną pisma; przestanę pisać o amerykańskim futbolu, przerzucę się na soccer i zmienię język na polski. Moim obowiązkiem jest przede wszystkim służyć czytelnikom „Metra”, i choć wśród nich jest wielu Polaków, to stanowią oni jednak kroplę w morzu. Ale oczywiście zależy mi na tym, żeby od czasu do czasu coś przemycić. Zrobiliśmy niedawno fajny projekt z Instytutem Kultury Polskiej w NYC, dzięki któremu ukazała się seria sympatycznych tekstów na temat Polski. Bardzo chciałbym coś zrobić z Polską Misją przy ONZ. Łatwiej mi też rozmawiać z dużymi polskimi firmami, jak LOT czy Wyborowa i doradzać, jak najlepiej dotrzeć do amerykańskiej grupy docelowej. Poza tym, staram się edukować moich dziennikarzy metodą Pawłowa i nagradzać ich polskimi specjałami. Bardzo mi w tym pomagają wspaniała Eva Lokaj, jej mąż Grzegorz Gryzlak i jego wspólnik: Przemysław Motyka z Old Traditional Polish Cuisine, z którymi organizujemy Pierogi Day albo Pączki Day dla moich amerykańskich współpracowników. Uwielbiają to!

 

– Skoro pozycja gazety jest tak mocna i macie wypracowane skuteczne metody działania, to może masz przed sobą kilka spokojnych lat i… odcinanie kuponów?

– Odcinanie kuponów nie jest dla mnie. Odpocznę sobie w grobie, będę miał dużo czasu. Jesteśmy w Nowym Jorku i tutaj the sky is the limit. Zawsze jest coś nowego do spróbowania.

 

Rozmawiał Tomasz Pudłocki