„Montauk. Mała miejscowość przy końcu długiej wyspy. Morze jest grzywiaste, niecierpliwe, twarde. Przy brzegu las, gęsty, pełen krzewów, ze specyficznymi woniami, gorzkawo-zielonym zapachem szyszek i nadmorskiej roślinności, z jeziorkiem porośniętym lotosami. Ostre, surowe powietrze […] ogromne i obojętne. Popołudnie na brzegu, gdzie nie widziałem niczego innego poza wąskim brązowym pasmem – to była ziemia, ciemnoszarym – to był ocean, i ciemnoniebieskim szklanym kloszem, który nakrywał świat – to było niebo. Ziemia, Woda i Powietrze jeszcze nigdy nie zwróciły się do mnie w tak bezpośredniej wizji; nie zmącił jej ani jeden statek, drzewo, ptak. To był nagi Świat.”- pisał Sándor Márai w Dzienniku z roku 1955. Stoimy na wysokiej skarpie. Piasek ma kolor bursztynu. W dole kamienista plaża, po której spaceruje para z psem. Postaci z daleka przypominają figurki lego. Pomniejszeni gigantyczną przestrzenią wydają się komicznie mali. Nieistotni. Ocean pohukuje. Złote trawy układają się na wietrze. O tej porze roku widać więcej. Bezlistne drzewa odsłaniają panoramę miasteczka. Odwracamy się plecami do wody, próbując znaleźć zaciszne miejsce na wielkanocne śniadanie: sałatkę jarzynową z plastykowego pojemnika i kawałek chleba. Shadmoor State Park, nie licząc pary z psem, jest bezludny. Wcześniej zatrzymaliśmy się w Napeague, gdzie wyglądało trochę jak na afrykańskiej plaży. Skarlałe drzewa, wysokie trawy i bezbrzeżny błękit. Spotkaliśmy trzy osoby. I białą czaplę na podmokłej łące. Kroczyła dumnie, z podniesioną głową. Kiedy zrobiłam kilka kroków w jej stronę, poderwała się do lotu. Majestatyczna. Doskonała. Co kilka chwil zatrzymywaliśmy samochód, żeby niczego nie przegapić. Nawet słupy wysokiego napięcia, chwiejące się wzdłuż drogi, wyglądały malowniczo. Myślałam o pisarzu- emigrancie, który przeszło pół wieku temu oglądał te same miejsca. I tęsknił do ojczyzny, do której nie mógł wrócić. Patrzyłam ze skarpy w oceaniczne otchłanie i czułam, że w końcu odpada pępowina łącząca mnie z krajem. Że już nie wzdycham do święconki, stołu z białym obrusem, drożdżowych bab, sinego nieba wczesnej wiosny, porzuconych ulic i domów, w których życie toczy się beze mnie. Wyzwoliłam się. Oswobodziłam. Mogłabym śmiało wziąć udział w programie „zerwane więzi”.

Pod latarnią plaża wysypana gładkimi kamieniami. Znajdujemy jedno w kształcie wielkiego jaja. To nasza pisanka z Hamptons. Za duża do koszyczka, więc nie zabieramy jej ze sobą. Robimy zdjęcie i idziemy dalej. Niedługo zajdzie słońce. Niebo zmienia kolory. Różowieje. Drobne obłoczki nad spokojną taflą wody, a wszystko w pastelach, rozmytych szarościach, oranżach. Oczadzeni pięknem, przytłoczeni krajobrazem, siadamy na jednej z drewnianych ławek, żeby odpocząć. Przyzwyczajeni do gęstej zabudowy, urbanistycznego nadmiaru, kakofonii formy i napierających tłumów, zachowujemy się trochę, jak ogłupiałe kury z chowu klatkowego, które ktoś wypuścił na podwórko, by poskubały zielonej trawki. Kręci się w głowie od nadmiaru tlenu. Na poboczach drogi sarny. Stoją w niewielkich grupkach. Patrzą wielkimi, brązowymi ślepiami. Przechodzą niespiesznie przez jezdnię. A potem znikają w zaroślach, które mają kolor ich sierści. Jedziemy do Sag Harbor. To niewielkie miasteczko położone od strony zatoki. W niedzielę wielkanocną wygląda na opustoszałe. Mijamy niewielkie, przycupnięte domki i drewniane wiatraki, które przywodzą na myśl niderlandzkie makatki. Późnym wieczorem meldujemy się w hotelu. Wygląda lepiej niż na zdjęciach. Pościel ma wyhaftowane logo. Do szlafroków przyczepiono karteczkę, informującą, że identyczne można kupić w butiku na dole, ale jeśli zdecydujemy się zatrzymać egzemplarz z pokoju, obciążą kartę kredytową stosowną sumą ($65).

Rano ma padać śnieg. Nie wierzymy prognozom. Ale budzimy się z wiosennego snu. I znowu jest zima. W miasteczku nadal pusto. Samotny artysta w kufajce rozstawił blejtram i zabrał się do malowania. Do witryny księgarni przytroczony szyld „Dobrá Tea”. Wchodzimy zaintrygowani. Młoda pyzata blondynka parzy herbatę. Właściciel firmy jest Czechem. Rozmawiamy chwilę. O życiu w małej mieścinie na końcu świata. O pragnieniu, żeby stąd uciec. W świat. Albo chociaż do Nowego Jorku. Zabieram mały kubeczek imbirowego napoju. To chyba najdroższa filiżanka herbaty, jaką piłam. Siedem dolarów. Musi być dobrá. Skradam się za plecami artysty. Przyglądam zagruntowanemu płótnu. Wiktor jest Rosjaninem z Moskwy. Ma uważne, błękitne spojrzenie. I coś bardzo słowiańskiego. Może to skórzany pas, który przytrzymuje zielono-bury waciak. A może jakiś rodzaj melancholii? Zaprasza na wernisaż. Niestety, jutro już będę z powrotem w nowojorskich odmętach. Choć mogłabym tutaj zostać na dłużej. Mogłabym tutaj zostać na zawsze. Bliskość wody mnie uspokaja. Hipnotyzuje osowiałość kurortów poza sezonem.
W centrum miasteczka szyld „Monika Olko Gallery”. Brzmi swojsko. Ale nie ma żadnych informacji. Dopiero później okaże się, że właścicielką jest Polka, która wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych w wieku 13 lat. W 2012, w niewielkiej galerii Sag Harbor wystawiała prace zaprzyjaźnionego Jurka Kubiny. Jest teoria, która mówi, że od konkretnego człowieka dzieli nas zaledwie sześć uścisków dłoni. Na to wygląda.
Opuszczam Hamptons z poczuciem niedosytu. I osobliwym smutkiem niespełnionych życiowych scenariuszy, których nie zdążyłam sobie nawet wyobrazić, a które teraz jawią się w całym swoim splendorze i bolesnej niemożliwości. Cóż, jak pisał Michel Houellebecq: Wszystko może nas spotkać w życiu, przede wszystkim zaś nic.

 

Weronika Kwiatkowska