Wspominałem już kiedyś o nowej formie wyjazdów zagranicznych, proponowanej Polakom przez rodzime biura turystyczne. Nie tylko jest to wyjazd polskiej grupy z polskim przewodnikiem. Nie tylko jest się wśród swoich w samolocie czarterowym, autokarze, przy basenie hotelowym i na fakultatywnych wycieczkach. Polska jest na takiej wycieczce cała reszta: jedzenie, alkohol, muzyka. Pozbawieni narodowego koścca, kosmopolityczni dziennikarze z lewackich mediów naśmiewają się z takich wyjazdów. Opisują wczasy np. w Grecji, gdzie polska grupa, taka zwani Janusze i Grażyny, nawet nie poznają greckiej kuchni i kultury, w zamian popijając wódką kiełbasę i tańcząc wieczorami, w swoim gronie, do muzyki disco polo.

Choć taka idea zagranicznych wczasów na pierwszy rzut oka jest śmieszna, ten rodzaj wyjazdów okazał się bardzo popularny, wprowadzają więc je do swojej oferty kolejne biura turystyczne. Ponieważ w naszych czasach każdy fakt – zwłaszcza w internecie – znajduje zarówno wrogów jak i zwolenników, tak i te polskie wywczasy w południowych krajach mają obrońców. Przecież większość Polaków nie zna języków obcych – argumentują. Często są to dla nich pierwsze wyjazdy zagraniczne, zrozumiałe więc, że czują sie pewnie w polskim otoczeniu. Co zresztą nie musi oznaczać, że będąc np. w Egipcie nie wyjdą nigdy z hotelu, że nie wykupią sobie wycieczki do piramid.

Przypomniał mi się wyjazd z Polski na krótkie wczasy w Tunezji. W hotelu przeważali turyści z Niemiec, przede wszystkim z ich wschodniej części. Przy basenie rozbrzmiewały marsze grane przez orkiestry dęte. Brzuchaci mężczyźni raczyli się niemieckim piwem i nie kwapili się do wyjścia do miasta, gdzie groziłyby im spotkania z Arabami. Bo ci to wiadomo: naciągacze i namolni żebracy.

Wszystko zaczęło mi się układać w spójny system. Niedawno w czeskiej Pradze spędzałem przecież wieczory w irlandzkim pubie. Okazuje się, że turyści i ekspaci z Wysp Brytyjskich wolny czas spędzają tam głównie w swoich knajpach, jedząc fish and chips i pijąc irlandzkie piwo i whisky.

W najbardziej egzotycznych miejscach, jak Tajlandia czy Kambodża, widziałem lokale, gdzie turyści tłoczą się, gdyż czują sie jak u siebie w domu. To była restauracja Elephant w Phnom Penh, angielski pub w Bangkoku i inny w Pattayi, gdzie w telewizji puszczano na przemian Jasia Fasolę i rozgrywki ligi angielskiej, a bandy na scenie grały rockowe covery.
Na Filipinach szwajcarscy menedżerowie hoteli częstowali swoich ziomków „szwajcarskim śniadaniem” (ciemny chleb, masło, salami, żółty ser).

Podejrzewamy bogate narody zachodnie o kosmopolityzm i wyjątkowe wyrobienie. Ale nic z tych rzeczy. Amerykanie chodzą do McDonald’sa i Starbucksa. Włosi są znani z tego, że nie tolerują żadnej kuchni poza własną. To dlatego nawet w dużych i bogatych włoskich metropoliach, Rzymie i Mediolanie, dobrych restauracji z międzynarodową kuchnią jest jak kot napłakał. Ba, Włosi nawet na wycieczce zagranicznej, np. do Londynu, muszą koniecznie jeść włoskie jedzenie.

Rosjanie, którzy w ostatnich latach masowo jeżdżą do Azji Południowo-Wschodniej, stworzyli całe systemy obsługi swoich ludzi: rosyjskojęzycznych przewodników, rosyjskie restauracje, hotele, mieszkania na wynajem. W światowej stolicy seksturystki, kurorcie Pattaya w Tajlandii, rosyjska mafia prowadzi nawet kluby go go, w których pracują długonogie blondyny o imieniach Natasza i Swietłana. Jak w domu, jak u mamy!
Obecnie najbardziej dynamiczną grupą turystów są Chińczycy. Oni także korzystają z własnych biur podróży, zatrzymują się w chińskich hotelach, jedzą wyłącznie chińskie jedzenie.

Wszędzie więc szukamy domu poza domem, nawet w czasie krótkich wakacji. Polacy też. Ponieważ jednak nie ma nas tak wielu jak Chińczyków, nie możemy podróżować po świecie popierając wyłącznie naszych, korzystając z polskich hoteli i restauracji. Robimy to jednak, gdy nadarzy się okazja. Na licznych forach internetowych dotyczących podróży po świecie, młodzi Polacy chętnie polecają biuro turystyczne lub motelik posiadany przez rodaka. Czemu nie? Pojawiają się też przedsięwzięcia na większą skalę, jak próba wybudowania przez polskiego przedsiębiorcę polskiej Arkadii na Filipinach – osiedla domków nad morzem. Ta idea jest problematyczna, gdyż do azjatyckiego „raju” chcą się przenieść Polacy mający dość nieprzyjemnej atmosfery w kraju. Niestety, mieszkając w grupie, nawet pod palmami, i siedząc po nocach na polskim internecie, będą nadal hodowali te polityczne nienawiści.

Pisałem do tej pory raczej o turystach. A co z osobami, które na stałe przeniosły się do innego, cieplejszego i tańszego, kraju? Jak się okazuje, także i tam kultywujemy swoje obyczaje. Anglicy, którzy na starość przenieśli się na południe Hiszpanii, przebywają w swoich lokalach, oglądają futbol i rugby, piją Guinnessa i przestają wyłącznie ze swoimi, gdyż nawet nie przystępują do nauki hiszpańskiego. Tym bardziej amerykańscy czy niemieccy emeryci w Wietnamie czy Kostaryce nie podejmują prób zintegrowania się z ludnością lokalną.

W takim kontekście łatwiej zrozumieć fenomen polskiego Greenpointu, hiszpańskiego Harlemu, żydowskiego Bensonhurst. Skoro w naturze ludzkiej tkwi potrzeba zachowania w życiu tylu swojskich elementów, ile się tylko da, to budujmy swoje Greenpointy nie tylko w nowym kraju osiedlenia, ale i na egzotycznych wczasach.

Takie swojskie wakacje są wyśmiewane przez ludzi oświeconych i w świecie bywałych, którzy pytają: – Po co jeździć do Grecji? Żeby jeść polską kiełbasę z grilla? Po co mieszkać w Ameryce, gdy jest się w polskiej dzielnicy?

Ale co złego w jedzeniu ulubionej kiełbaski wśród pięknych okoliczności śródziemnomorskiej przyrody? Co złego w życiu wśród Polaków – i dostawaniu wypłaty w dolarach?

No i wreszcie: dlaczego turysta powinien w Grecji, niczym w teatralnej incenizacji, przez kilka dni nagle jeść ośmiorniczki i sałatki i tańczyć do Greka Zorby? Czy to nie jest równie sztuczne i pretensjonalne, jak chodzenie w Warszawie na sushi?

 

Jan Latus