Stała czytelniczka powierzyła nam wspomnienia swojej Mamy. Skromne i poruszające. Do niedawna leżące w szufladzie i nieczytane przez nikogo. Dziś, w obliczu ogólnopolskiej dyskusji dotyczącej naszej przeszłości, Zapiski nabierają dodatkowych znaczeń.

 

 

Wezwano rodziców ze mną i sześcioletnim bratem do urzędu. Oglądano nam oczy i włosy, czy jesteśmy podobni do rasy aryjskiej. Zapytano ojca, czy chce przyjąć z rodziną trzecią grupę Angedeutsch. Ojciec znał biegle niemiecki i odpowiedział w tym języku: „Panie oficerze, czy można z krowy zrobić konia?”. Niemiec wrzasnął „Raus!”, kopnął tatę i wyrzucił nas wszystkich na ulicę.

W ten sposób zostaliśmy ocaleni od przynależności do rasy nadludzi, a ojciec ocalony od wzięcia na front do wojska niemieckiego. Było to pod koniec wojny, kiedy Niemcy zaczęli przegrywać i łapali do armii kogo się dało.

Jedzenie było na kartki, a ojciec sam pracował. Przydziały dla Polaków były bardzo niskie. U nas było sześć osób, a wkrótce doszedł dziadek zwolniony z obozu Potulice na skutek podań pisanych po niemiecku przez ojca. Doszła więc trzecia osoba, na którą nie było kartek żywnościowych (babcia, kuzynka Basia i dziadek). Babcia zaczęła chodzić po prośbie do znajomych gospodarzy, którzy nie zostali wyrzuceni ze swoich gospodarstw, bo były za nędzne i nikt z Niemców nie miał na nie ochoty. Rodzice zaczęli hodować króliki w klatce na podwórzu. Chodziłam z Basią dla nich po trawę.

Wujek z niewoli niemieckiej (pracował u gospodarza niemieckiego), zaczął przysyłać paczki z ciastem z piekarni, mocno przestarzałym, ale nam smakowało. Przysyłał też używane ubrania.

Dziadek na skutek przebytego obozu zmarł w wieku 61 lat na puchlinę wodną. Pamiętam cięte bańki, które mu stawiano na spuchniętych nogach, jak napełniały się krwią i wodą. To był rok 1943, miałam około osiem lat. Bardzo przeżyłam jego śmierć. Nie mogłam wyobrazić sobie tego, jak można umrzeć. Od tej pory chodziliśmy codziennie na pobliski cmentarz, gdzie pochowano dziadka.

W międzyczasie druga siostra mamy – Maria, została wysiedlona z mężem i dziećmi z gospodarstwa. Ciocia z trojgiem dzieci trafiła do obozu przesiedleńczego Szmalcówka w Toruniu, a jej mąż do obozu Stuthoff nad Zalewem Wiślanym.

Druga siostra mamy – Anna, przebywała nadal w obozie Potulice. Mama i jej siostry, będąc z urodzenia obywatelkami USA, płaciły swoim losem za tęsknotę dziadków za ojczyzną i niebaczny powrót do niej.

Aby ratować małe dzieci swej siostry Marii – najmłodsi w obozach umierali masowo – mama zdecydowała się na szaleństwo jakim było wykradzenie ich z obozu przez dziurę w płocie. Mama znała Toruń i obok obozu miała znajomych staruszków mieszkających w domku jednorodzinnym, którzy zgodzili się pomóc i chwilowo przyjąć dzieci. Gdy były one już bezpieczne u dziadków, mama poszła po ubrania dla nich. W czasie przerzucania worka z rzeczami została schwytana przez strażników i dwie doby spędziła w podmokłym bunkrze.

Ojciec w tym czasie przechodził gehennę, myśląc że nigdy więcej nie zobaczy żony. Jednak wypuszczono ją tak jak wcześniej wspomniałam, po dwóch dniach i wróciła do domu z dwójką wykradzionych siostrzeńców.

Doszły nam dwie osoby niezameldowane, na które nie było kartek. Po jakimś czasie jednak czteroletni Janek i dziewięcioletnia Stasia zostali przeniesieni do rodziny ze strony ich ojca gdzieś na wieś.

Z chorób zakaźnych pamiętam tyfus i świerzb. Smarowano nam całe ciało maściami. Pod koniec wojny doszła jeszcze wszawica, którą mama likwidowała maścią rtęciową, ale nawroty były częste. Nękały nas też zakażenia owsikami, które były bardzo dokuczliwe, a rodzice nie mieli na to lekarstwa.

W pewnym czasie dostaliśmy na przydział dodatek do mydła, które było ciężkie, gliniaste i niepieniące się bez zapachu – po jednym mydełku lekkim, pachnącym i pieniącym się. Wszystkie dzieci chciały się nim myć i rodzice specjalnie nam je zostawiali.

Wiele lat po wojnie z książki Zofii Nałkowskiej „Medaliony”, dowiedziałam się, że było to mydło produkowane z ludzi.

Gdy zabrakło opału, my dzieci, chodziliśmy boso z workiem do odległego o dwa kilometry tartaku i stamtąd woziliśmy na wózku korę drzew. Chodziliśmy też z mamą na jagody do lasu cztery kilometry od Golubia i naszego domu.

Przy lesie w polu zobaczyliśmy okopy, które bardzo nam się spodobały i zaczęliśmy w nich boso biegać. Na nasze krzyki wypełzły skądś setki żab różnej wielkości i odcieni tak, że zakrywały prawie dno okopu. Przerażeni wybiegliśmy do wyjścia, nie patrząc na rozdeptane żaby.

Na polu zwróciliśmy też uwagę na wielkie, aluminiowe zbiorniki z czerwonymi gwiazdami na boku, które zrzuciły jakieś samoloty. Były one po benzynie.

 

 

*

 

W dni świąteczne cała rodzina zasiadała uroczyście przy stole w kuchni (w pokoju były same łóżka), a mama wsypywała do dzbanka herbaty ziołowej jedną łyżkę cudem zdobytego skądś cukru. Innej herbaty niż ziołowa nie znaliśmy. Nie znaliśmy także wędlin ani ryb. Widocznie nie było na stole świątecznym nic ciekawego, gdyż pamiętam jedynie herbatę.

Zaczęły się naloty i bombardowanie mostu na Drwęcy. Podczas zabawy przed domem i zjeżdżania z górki na sankach z nieheblowanych desek, nagle usłyszeliśmy spadające bomby. Jakiś mężczyzna chwycił nas za ręce i wprowadził do piwnicy pobliskiego domu. Ocalił nas przed śmiercią lub zranieniem. Przerażona mama nie widząc nas na podwórzu, biegając krzyczała „Moje dzieci! Moje dzieci!”

Coraz częściej pojawiały się na niebie radzieckie samoloty. Rodzice przenieśli się z nami czasowo do małego drewnianego domku nad Drwęcą, aby nie zginąć pod murami kilkupiętrowej kamienicy. Tam z okna obserwowaliśmy spadające pociski artyleryjskie, które roztrzaskiwały lód na rzece.

Nagle zrobiła się cisza, a później pojawili się radzieccy żołnierze. Był 19 styczeń 1945r, czyli 72 lata temu. Miałam niecałe dziesięć lat. Nie zdawaliśmy sobie wtedy sprawy, że zaczęła się następna okupacja, tym razem stalinowska. Cieszyliśmy się bardzo.

Wreszcie mogliśmy się najeść do syta. Pojawiło się także mięso. Pozwolono nam jeść do sytości i to był ogromny błąd. Dostaliśmy krwawej biegunki i pierwsze dni wolności od Niemców pamiętam z pozycji nocnika. Podobnie było z dziewięcioletnią kuzynką Basią i siedmioletnim bratem Zdzisiem.

Wróciła ciocia Anna z obozu Potulice. Ciągle miała krwotoki, więc w domu było pełno zakrwawionych szmat. Więźniowie obozu byli zmuszeni do kopania okopów koło Golubia i ciocia była wśród nich. Po wyzwoleniu była więc blisko nas.

Nagle usłyszeliśmy walenie kolbą karabinu do drzwi mieszkania. To żołnierz radziecki w towarzystwie usłużnego polskiego komunisty, sprawdzali kennkarty. Jak była Angedeutsch, brali ojca rodziny i wyprowadzali z domu – do przesiedlenia na Syberię. Związek Radziecki też potrzebował niewolników. W ten sposób cała inteligencja miasteczka znalazła się na Syberii, ale najpierw musieli pokonać długą drogę pieszo maszerując pod karabinami w kolumnach, czwórkami. Wielu w drodze zmarło. Wśród maszerujących był też lekarz, który przez całą okupację leczył nas za darmo.

Niewielu z nich wróciło żywych. Lekarz wrócił ciężko chory, wycieńczony. Po dojściu do zdrowia leczył nadal ludzi w Polsce Ludowej.

Polski komunista był arogancki i domagał się natychmiast dowodu, że jesteśmy Polakami. Ciocia podbiegła z zakrwawionymi szmatami w ręku i powiedziała: „Wróciłam z obozu Potulice. Masz – to jest moja kennkarta!”. W międzyczasie ojciec znalazł dokument stwierdzający naszą polskość.

Sytuacja była taka – najpierw Niemcy chcieli nas przymusowo przerobić na pseudo-Niemców, aby zabrać ojca na front, a teraz usłużni komuniści polscy wraz z uzbrojonymi żołnierzami radzieckimi polowali na Polaków, którzy nie umieli się obronić przed Niemcami i dali się przerobić na potencjalne mięso armatnie, przyjmując pod presją niemieckie papiery.

Jeszcze jedno wspomnienie radzieckiego żołnierza. W odległości około 150 metrów od naszego domu była ewangelicka plebania, zmieniona w magazyn żywności dla wojska radzieckiego. Wokół jej schodów gromadziły się dzieci, a magazynier co jakiś czas brał jedno dziecko do magazynu i po chwili wracało ono z cukierkiem w ręku.

 

Dzieci były małe, a ja byłam wśród nich najstarsza. Wreszcie przyszła kolej na mnie. Żołnierz wprowadził mnie do pokoju pełnego worków z artykułami spożywczymi. Posadził mnie na jednym z nich i zaczął ze mną rozmawiać łamaną polszczyzną. Dopóki patrzyłam do góry na jego twarz, nic nie widziałam. Jednak w pewnym momencie popatrzyłam na wprost i zobaczyłam jego genitalia wyjęte na wierzch. Zeskoczyłam z worka, zawołałam „świnia” i zaczęłam uciekać w kierunku zamkniętych drzwi. Żołnierz dawał mi cukierka czekoladowego, a ja powiedziałam „Zjedz sobie sam.”. Na szczęście wypuścił mnie z pokoju zamkniętego na klucz. Wstrząśnięta pobiegłam do domu i powiedziałam mamie, że w plebanii jest „czarownik”. Wstydziłam się bardzo i nie umiałam nazwać tej sytuacji.
Pedofil nie zrobił widocznie krzywdy nikomu z dzieci, bo nie dotarły do nas złe wiadomości. Jak dorosłam, zdałam sobie sprawę z tego, co mogło mi grozić.

 

Któregoś dnia dotarła do nas wstrząsająca wiadomość. Na szosie wylotowej z Golubia 20-osobowa grupa polskiej młodzieży odśnieżała drogę dla czołgów i samochodów radzieckich. Większość z nich nie miała 20 lat. Nagle nadleciał samolot i zniżył się. Oni go witali machając w górę czapkami, gdyż był radziecki. Nagle spadła bomba i wszyscy zginęli. Chodziły pogłoski, że był to samolot niemiecki, który przemalowano na rosyjski. Pogrzeb był bardzo smutny. Wszyscy spoczęli we wspólnym grobie na cmentarzu katolickim, niedaleko naszego domu. Byliśmy na ich pogrzebie.

 

Ponieważ mama nauczyła się szyć, byliśmy ładni ubrani. Widać to na zdjęciach zrobionych u fotografa. Ja i Basia nosiłyśmy jednakowe sukienki, a brat ubrania z tego samego materiału. Obuwie zimowe robił nam ojciec. Skórzane wierzchy zużytych butów przybijał do drewnianych spodów. Nazywaliśmy je „klompy”. Jeszcze na początku po wojnie się w nich chodziło.

Zabawki w czasie okupacji to lalki uszyte ze szmatek przez mamę, guziki układane i przekładane na kupki, aparaty fotograficzne robione z kartek papieru, w których okienku umieszczało się śmiesznego, narysowanego ołówkiem potworka. Kolorowych kredek nie było dla polskich dzieci. Aparacik miał wymiary ok. 6cm x 6cm i był tak pomysłowo zrobiony, że składał się z dwóch części, a przez pociągnięcie wystającej części, otwierał się. Wtedy mówiło się fotografowanemu „To jesteś ty.”. Prześcigaliśmy się w takim fotografowaniu nie przypuszczając, że za kilkadziesiąt lat, dzieci będą ganiały się z komórkami i smartfonami, fotografując siebie i wszystko dookoła.

Sanki były zbite przez ojca z nieheblowanych desek i nazywaliśmy je „karydoła”. Jak dziecko mówiło: „Zjeżdżałem na karydole.”, to każdy wiedział o co chodzi.
Sąsiadka, starsza pani przyniosła nam kiedyś kolekcję korali, robiąc nam tym wielką radość. Miałyśmy czym się bawić.

 

Na Mszę Świętą w niedziele chodziliśmy z rodzicami do pięknego, gotyckiego kościoła. Nic nie rozumieliśmy, bo odbywała się po łacinie, więc zawsze wyczekiwałam końca. Naszą modlitwą było ucałowanie stóp Ukrzyżowanego – pięknie wyrzeźbionej, zabytkowej, drewnianej postaci, która była naturalnej wielkości.

Do szkoły nie chodziliśmy, bo nie było takiej dla dzieci polskich. W domu jakimś cudem znalazł się polski elementarz i uczyliśmy się sylabizować, co po wyzwoleniu pozwoliło mi rozpocząć naukę w 3 klasie szkoły podstawowej (miałam 10 lat). Wróciliśmy na wieś do Ostrowitego i zamieszkaliśmy z ciocią, babcią i Basią w gospodarstwie dziadków, które opuścili już Niemcy.

W domu stacjonowali żołnierze radzieccy śpiąc na podłodze na sianie. Zajmowali największy pokój, a my w 7 osób pozostałe dwa.

Pewnej nocy obudziła nas kłótnia pijanych żołnierzy. Jeden z nich powiedział do drugiego: „Ty komunisto!”, na co tamten odpowiedział: „Ja nie komunista, to ty komunista!” i wyciągnęli pistolety. Ponieważ to było na parterze, wyskoczyliśmy przez okno z lęku, aby nie dosięgły nas kule z broni tamtej dwójki. Słowa „komunista” nie rozumiałam, lecz wydawało mi się wielką obelgą, skoro żołnierze chcieli się za to zabijać.

 

Następne wspomnienie to radziecki oficer jedzący u nas w kuchni śniadanie z puszek rybnych. Widząc jak się przyglądamy z ciekawością, zaczął nas częstować i był bardzo sympatyczny. Tak więc obraz radzieckiego żołnierza mam bardzo zróżnicowany. Ale najczęściej słyszeliśmy słowa: „Czasy majesz?” i widzieliśmy polowanie na zegarki oraz wódkę.

Gdy pytali babci „Babuszka wodke majesz?”, babcia prowadziła ich do studni udając, że nie wie o co chodzi (babcia Julia była bardzo odważna, wracając przed pierwszą wojną światową do Polski z Nowego Jorku z trójką małych dzieci, z których najmłodsze – moja mama miała półtora roku).

Przez długi czas obserwowaliśmy z okna (dom stał blisko szosy), długie kolumny ludzi maszerujących czwórkami, kobiet i mężczyzn, prowadzonych przez żołnierzy z karabinami. Niektórzy mieli nogi owinięte szmatami. Wszyscy szli na wschód. Kolumny szły dniem i nocą, nie umiem powiedzieć jak długo to trwało.

Staruszka sąsiadka, będąc Niemką, nie uciekła z Niemcami. Mieszkała w swoim domu od przed wojny i nie czuła się winną za czyny hitlerowców. Niestety, nie schowała fotografii swojego syna w mundurze żołnierza niemieckiego, która stała na szafce. Gdy do domu weszli Rosjanie i zobaczyli zdjęcie, wyprowadzili staruszkę do stajni i w drzwiach zabili ją strzałem w tył głowy. Mieszkając w sąsiedztwie tego domu wiele lat, z przykrością wspominałam to wydarzenie.

 

Chłopcy w moim wieku i starsi, byli bardzo zainteresowani pociskami i nabojami. Jak tylko zobaczyłam, że się tym bawią, natychmiast uciekałam z podwórka, chowając się za domem. Pewnego dnia dotarła do nas straszna wiadomość. Sześciu chłopców poszło w pole pod las z pociskiem przeciwpancernym i zaczęli go rozmontowywać. Jeden z nich zaczął w porę uciekać, a pozostali zostali rozerwani na strzępy. Uciekający został lekko ranny w nogę, miał szczęście. Chłopcy spoczywają we wspólnym grobie na cmentarzu w Ostrowitem.

 

Któregoś dnia budząc się rano poczułam, że jestem cała pokryta wrzodami różnej wielkości. Były na udach, plecach, przedramieniu i na brzuchu. Na lewym udzie do dzisiaj mam ślady po dwóch wielkich wrzodach, które przez całe życie pozostawały białe na tle opalonych nóg. W rozmowie z osobami, które były dziećmi w czasie wojny dowiedziałam się, że miały podobne owrzodzenia po wyzwoleniu. Być może był to skutek zatrutego jedzenia podczas okupacji, które było „ersatz”, czyli fałszowane. A może były to skutki mycia się mydłem produkowanym z ludzi? Przyczyną mogła być także zmiana jedzenia i oczyszczanie się organizmu z trujących substancji.

Następstwa niewoli okupacyjnej były poważne w dziedzinie zdrowia fizycznego, a także psychicznego. Wskutek niedorozwoju narządów wewnętrznych i niedożywienia, cierpiałam co miesiąc, od czternastego roku życia ciężkie, kilkudniowe bóle przez ok. 30 lat (z krótką przerwą po urodzeniu dzieci). Dopiero ciężka operacja w 1980 roku, położyła kres mojej udręce.

Część moich koleżanek z liceum cierpiała podobnie.

Psychiczne następstwa tego co przeżyłam w czasie wojny jako dziecko, objawiały się olbrzymią nieśmiałością i lękiem przed ludźmi, z którym walczyłam wiele lat, pozbywając się go dopiero w wieku dojrzałym.

 

Wspomnienia z okupacji hitlerowskiej uzupełniam małym obrazkiem z okupacji stalinowskiej. W roku szkolnym 1949/50 rozpoczęłam naukę w Liceum Ogólnokształcącym w Toruniu. Gdy przeszłam do klasy dziesiątej, szkołę przejęło Towarzystwo Przyjaciół Dzieci. Zaczęły się „porządki”. Zakazano modlitwy przed lekcjami, wyrzucono lekcje religii. Katechetę księdza Dziedzica (krewnego Ireny Dziedzic) na podstawie fałszywych oskarżeń osądzono i skazano na pięć lat więzienia. Zamiast modlitwy przed lekcjami, codziennie rano w auli był apel, na którym całe liceum śpiewało hymny na cześć Stalina.

Oto fragment, który pamiętam do dzisiaj:

„Stalin wszystkich bojów naszą chwałą,
Stalin to młodości naszej blask,
Za Stalinem walcząc, zwyciężając,
Za Stalinem idzie naród nasz”

 

Śpiewaliśmy też „Kantatę o Stalinie” i inne pieśni sławiące komunizm. Udając, że śpiewam, otwierałam usta, ale głosu nie wydawałam z siebie żadnego. Część moich koleżanek robiła podobnie.

Modlitwę przed lekcjami nadal odmawialiśmy wstępując w drodze do szkoły do pobliskiego kościoła Garnizonowego. Komuniści się przeliczyli. Zostaliśmy nadal wierzącymi ludźmi, a obrzydzenie do komunizmu pozostało nam na całe życie.

 

W liceum od klasy dziesiątej przymusowo musieliśmy należeć do Powszechnej Organizacji „Służba Polsce”. Po uzupełnieniu mej pamięci o SP z internetowej wyszukiwarki wiem, że musieli do niej należeć wszyscy młodzi Polacy w wieku 16-21 lat. Organizacją kierowało MON, PZPR i ZMP. Uchylanie się od przynależności groziło więzieniem i karą grzywny. Celem organizacji było szkolenie wojskowe, bezpłatne wykorzystywanie pracy młodzieży w PGR-ach, spółdzielniach produkcyjnych i na budowach, a także indoktrynacja polityczna. Młodzież szkolna pracowała w wakacje.

 

Przed maturą, komendant naszego hufca chciał mnie wyrzucić ze szkoły za to, że narysowałam kredą na tablicy karykaturę junaka SP z brodawką na nosie i łatką na tyłku. Stwierdził, że obrażam tym ich honor i zrobił szczegółowe dochodzenie na temat tego przestępstwa. Koleżanki (nasza klasa była żeńska) chcąc mnie obronić przyznawały się kolejno – jedna do łatki, druga do brodawki, trzecia do czapki, czwarta do butów, a ja powiedziałam, że narysowałam resztę.

Komendant, który był zagorzałym komunistą i nosił znaczek Komsomołu w klapie, polecił zwołanie rady pedagogicznej w celu wyrzucenia mnie ze szkoły,

jednakże nauczyciele jakoś mnie wybronili i zostałam dopuszczona do matury.
Minęło przeszło 64 lata od tamtego czasu. Stalinizm odszedł w niebyt, Stalina oglądamy w telewizyjnych filmach dokumentalnych na przykład „Wcielenie Zła”, a nasza klasa nie zrobiła ani jednego zjazdu koleżeńskiego, nie chcąc wspominać tych okropnych czasów.
Takie było zakończenie mojego dzieciństwa i wkroczenie w okres dojrzałości.

 

Z pierwszego roku studiów na uniwersytecie pozostało mi w pamięci czytanie „Kapitału” Karola Marksa i pogarda, z jaką traktował w dziele swoich przeciwników, nazywając ich „wszarzami”. Nie przypuszczałam, że w swojej domowej bibliotece będę miała dzieło znanego historyka angielskiego Paula Johnsona pt. „Intelektualiści”, z dokładnym życiorysem idola komunizmu. Biografia odsłania prawdę, jakim był mężem i ojcem oraz to, że jego dwie dorosłe córki popełniły samobójstwo.

W pracy zbiorowej pt. „Czarna Księga Komunizmu” podane są osiągnięcia komunizmu w mordowaniu setek milionów ludzi na całym świecie.

Po przeczytaniu naukowych prac na temat korzeni nazizmu i komunizmu, stało się dla mnie jasne, w jaki sposób powstają te zbrodnicze i totalitarne monstra, jakie miałam okazję poznać w czasie mojej młodości.

 

Rozwój nauki i technologii pozwolił mi „sięgać, gdzie wzrok nie sięga”. Poprzez Internet poznaję makro i mikrokosmos. Mam w zasięgu ręki dzieła Biblioteki Narodowej, a przez Google Earth mogę zwiedzać świat, nie ruszając się z krzesła. Cudowne życie, jak na 82-latkę. Przeżyłam w szczęśliwym małżeństwie ponad 50 lat, mamy dwie kochane, zamężne córki i dwoje zdolnych wnuków.

Teraz nadchodzi czas na przygotowanie się do najważniejszego egzaminu w życiu – przejścia do szczęśliwej wieczności.

 

Martwią mnie kolejne potwory, nadchodzące „-izmy”, wyłaniające się z czeluści…

 

Babcia Polka