„Nasze święta wielkanocne były zupełnie niepodobne do dzisiejszych. Zaczynały się właściwie w Niedzielę Palmową, która sama dla siebie stanowiła już solidną uroczystość. Cały Wielki Tydzień — to święto w negatywie, wielka, solenna asceza przed rozpustą. Każdy dzień tego Wielkiego Tygodnia miał swój posępny rytuał, każdy też dzień przynosił coraz sroższe ograniczenia dietetyczne. W Wielki Piątek jedliśmy już tylko chleb razowy, popijając w najlepszym razie kwasem. Od czwartku przesiadywało się w kościele uczestnicząc w ponurych, trochę jakby pogrzebowych nabożeństwach. Ziemia także szykowała się do wiosennej eksplozji. W rozpadlinach, rowach, wąwozach dogorywał scukrowany, czarny śnieg. Na suchsze pagry leśne wypełzały agresywne tłumy przylaszczek i zawilców. Ziemia stękała po nocach, czasem gdzieś pękła, ukazując tłuste czerwonożółte wnętrze. Jakieś ostre wonie zmarzniętej zieleni i nowości ganiał po łąkach niecierpliwy wiatr. Zapachniało czasem paloną słomą, spieczoną sierścią i wszyscy wiedzieli, że ktoś zakłuł na święta wieprza, że dzieli teraz tusze, nabija kiszki mięsiwem oraz różnymi kaszami. Rychło przeleciał kot z uczepionym do ogona świńskim pęcherzem, w którym grzechotał groch. Dziewczyny malowały pisanki, chłopcy wypróbowywali je ostrożnie szukając twardzielów przydatnych do różnych gier w dni świąteczne. Pod poduszkami rosły baby. W ogromnych garach dogotowywały się szynki, a tymczasem wszyscy na zmianę latali do kościoła, żeby być obecnym przy powolnej, z dnia na dzień, śmierci Chrystusa. […] I w tę Wielką Sobotę święcono święcone. A potem wszyscy z pięknie przystrojonymi koszyczkami pełnymi jajek, kiełbas i bab lecieli na złamanie karku do domu. Lecieli na skróty gubiąc czapki, rwąc spodnie na ogrodzeniach, łamiąc ręce i nogi, byle tylko pierwszemu dopaść własnych drzwi, co było dobrą wróżbą. Patrzyli na to z lekką drwiną starozakonni, którzy dopiero szukali odpowiedniego budulca dla swoich kuczek w ogrodach i sadach. Patrzyli na to z pewnym zniecierpliwieniem starowierzy i prawosławni, którzy musieli czekać jeszcze dwa tygodnie, zanim poczną się obejmować całując w usta spotkanych sąsiadów z dobrą nowiną, że „Chrystos woskres”. A tymczasem wygłodniali katolicy siadali już do stołu przybranego mirtem i widłakiem, stołu trzaskającego złowrogo pod ciężarem szynek gotowanych i suszonych, kiełbas wędzonych i pieczonych, grzybków marynowanych i kwaszonych, kisielów żurawinowych i owsianych, jajek i borówek, rumianych prosiąt i podwędzonych gęsi, butli z nalewkami i z samogonem z odrobiną fuzlu, babek lukrowanych i ogromnych bułek, mazurków i strucli, dzbanków domowego piwa i kompotów. Taki stół stał przez pierwsze dwa dni świąteczne, stał przez następne, dogorywał aż do Niedzieli Przewodniej, bo Wielkanoc nie miała u nas wyraźnego końca, rozmydlała się powoli i bez szczególnych reguł, u jednych kończyła się w środę, u innych w sobotę”.*- pisał Tadeusz Konwicki w „Kronice wypadków miłosnych” o Świętach w Nowej Wilejce. O miejscu, które opuścił. I do którego, we wszystkich książkach i filmach, wspomnieniach i rozmowach, wracał. „Tadzio pochodził z Wileńszczyzny”- pisał Antoni Słonimski – „bardzo ładnie, ale ja chciałbym wiedzieć, co by zrobił, gdyby pochodził z Bydgoszczy i miał Bydgoszcz do zaklęcia w kawałku bursztynu”?

 

Uśmiecham się do tej myśli. Pamiętając krajobrazy niewyróżniającego się miasta północnej Polski, które zapomina się nazajutrz. PRL-owskie bloki wyrastające z wielkiej nizinnej pustki. Takie same w Wielkopolsce. I na Kujawach. Koszyczek wielkanocny, który zanosiliśmy do osiedlowego kościoła. Najpierw była to drewniana kaplica, potem zaczęto wznosić ohydny gmach murowanej świątyni. Oba miejsca nie miały historii. Były jak malowane wydmuszki. Sklecone naprędce. Byle jakie. Tak, wiem. Kościół to wspólnota wiernych. Ale kapliczki wrastające w malownicze pejzaże miały moc wzmożenia uczuć, jeśli nie duchowych, to przynajmniej estetycznych. Tymczasem nijakie kościoły w nijakich miastach, które bardziej przypominały urzędy niż świątynie, odbierały rytuałom moc i koloryt. Tęskniłam do Wielkanocy, którą pokazywali w telewizji. Gdzieś na Podhalu albo Podlasiu. Prawdziwej, mocno zakorzenionej tradycji. Głośnej pieśni. Kolorowych strojów. Kraszanek. Pisanek. Chałupek pokrytych strzechą. Całej tej ludyczności. Skansenu. Nigdy nie spędzaliśmy Świąt na wsi. Zawsze w trzypokojowym mieszkaniu. Na czwartym piętrze bloku z płyty. Ogołoceni z tradycji, której nikt nam nie przekazał.

 

Rytualne mycie okien. Moczenie firanek. Pomstowanie matki. Że ciężko. Że tyle pracy. Że inni mężowie. Miejskie legendy o kobietach, które ześlizgnęły się z parapetu i zabiły, pucując szyby. Zapach wielkanocnych, drożdżowych bab wylewających się poza formę. Serniki, które zanosiliśmy do piekarni, bo blachy nie mieściły się w zbyt małych piecykach. Rytualne krojenie sałatki. Przy czerwonym stole w kuchni. Włączonym radiu. Rozmowach. Wspominaniu zmarłych. Koszyczek ze święconką. Baranek z masła. Białe obrusy. Białe koszule. „Budząca się” wiosna. Kapryśna, gnuśna. Jakby nie była pewna, czy wygrzebać się z zimowej pościeli, czy jeszcze trochę poleżeć.

 

W tym roku wyjeżdżamy. Wychodzimy z kulawej tradycji przyciętej imigranckim sekatorem. Obchodzimy święta szerokim łukiem. Cudzoziemcy tranzytowi – jak pisał Konwicki. W drodze do miejsca bez konotacji. W poszukiwaniu „nowej świeckiej tradycji”. W oddaleniu. Przyglądając się coraz wątlejszej nici łączącej teraz z kiedyś. Tam.

 

Weronika Kwiatkowska