Jeden obraz omawiany w obecnym cyklu kojarzy się z drugim; jeden tekst podsuwa idee, które stają się zaczynem kolejnego. Nastrój „Wnętrza z młodą kobietą” z 1915 r. Vilhelma Hammershoi’a; przypomniał mi prawie sto lat starsze dzieło Josepha M. Williama Turnera „Harbor of Dieppe”. Zupełnie niepodobne w tematyce, ani w nastroju – w jednym ciche wnętrze mieszkania, w drugim – port pełen ruchu i wrzawy. Oba jednak wytwarzają specyficzny, choć odmienny nastrój.
Większość, jeśli nie wszystkie obrazy mają własny nastrój, atmosferę, obliczone są na wywoływanie określonym emocji. To oczywiste, taka w końcu jest funkcja sztuki. Ale niektórzy artyści bardziej koncentrują się na anegdocie, czyli opowiedzeniu pewnej historii zamkniętej w dwóch wymiarach płótna/deski; inni raczej chcą pokazać swój kunszt, dowieść biegłości we władaniu farbami i pędzlem; jeszcze inni – i to jest właściwie domeną sztuki współczesnej – pragną podejmować polemikę z dotychczasową produkcją artystyczną, popchnąć rewolucję w sztuce o jeszcze jeden krok dalej; w istocie – aby kręcić się w jałowym kole rzekomej innowacji.
Jestem już serdecznie zmęczony tą nieustanną rewolucją nowoczesności, z której niewiele wynika poza tworzeniem dzieł coraz absurdalniejszych, odpychających, albo – co najczęściej – nic nie znaczących. Stąd w tym cyklu czytelnik nie znajdzie zbyt wielu przykładów sztuki współczesnej. Dla mnie w większości i intelektualnie, emocjonalnie, i warsztatowo mizerne, nie warte mojej uwagi. Nie będę się zachwycał czarnym kwadratem na białym tle Kazimierza Malewicza, choć doceniam jego sztukę, ani przekonywał o wielkości artystycznej „Balonowych piesków” Jeffa Koonsa, którego (i twórcę i jego dzieła) mam za nic.
Mam tu generalnie na myśli sztukę odrzucaną przeze mnie, którą rozkoszują się koneserzy, znawcy polecają nam jako dzieła zgoła wiekopomne, specjaliści piszą peany o ich wielkości, a galerie usiłują przekonać publiczność, że oferują coś absolutnie wyjątkowego. Bo poza tym zgiełkiem znawców od public relations, w pracowniach artystycznych powstają dzieła dobre, doskonałe, albo wręcz znakomite. Ale tych nie poleca się na okresowe przeglądy sztuki nowoczesnej, nie rekomenduje się jako najwybitniejszych osiągnięć dnia dzisiejszego, nawet nie traktuje się jako szczególnie godnych uwagi, choć szeroka publiczność tymi właśnie się interesuje w szczególności, ze wzruszeniem ramion traktując dzieła tzw. awangardowe.
Wracając do Turnera, największego malarza brytyjskiego XIX wieku. „Harbor of Dieppe” znajduje się we Frick Collection na Manhattanie, małym muzeum arcydzieł. Gości spoza miasta, którzy chcą obejrzeć w Nowym Jorku miejsca godne uwagi, nie należy prowadzić do Metropolitan Museum. Jest ogromne, nie da się wszystkich jego wspaniałości obejrzeć. Turysta się tylko zmęczy. Należy iść właśnie do Frick Collection, gdzie w kilku salach zaledwie znajdują się największe dzieła malarstwa.
Nie tylko z uwagi na tę zasadę często bywam we „Fricku”. Staję przed „Portem w Dieppe” Turnera. Nie, nie pociąga mnie ogólny widok portu, masztów, ani szczegółów portowego dnia – pełnego wrzawy, zgiełku, ruchu, brudu. Piękne, ciekawe przedstawienie, ale w końcu nic nadzwyczajnego. Obrazek rodzajowy, choć należy pamiętać, że dla Turnera był to widok codziennego dnia nowoczesnej cywilizacji – wytężonej pracy, wspaniałych statków okrążających ziemię, rozwożących towary po świecie, przyczyniających się do bogactwa narodów. Dla nas widok zgoła archaicznych czasów, dla malarza – postęp i nowoczesność, spojrzenie w przyszłość.
Ale obezwładnia mnie słońce na obrazie „Portu w Dieppe” – ogromne, gigantyczne, wszechogarniające. To nie „zwyczajne” światło dnia o zachodzie, ale metafizyczny żywioł, w którym się wszystko rozpuści, którego emanacją są statki, ludzie, ów port i w ogóle cała rzeczywistość. Świat – powiada nam Turner – ma w istocie charakter duchowy, idealny. Jest platońską ideą, boskim tworem, a nie tylko i wyłącznie materialną, prymitywną drobiną fizycznej substancji. Jako stworzony jest w istocie czymś więcej, a dokładniej: czymś przede wszystkim innym. Jego materialny wygląd to zaledwie część, jedna strona rzeczywistości.
Malarz zajmuje się wyglądami rzeczy. Co widzialne, przedstawia na płótnie/desce. Zarazem chce zakomunikować, iż to, co maluje, ma wymiar głębszy, metafizyczny w sensie dosłownym, czyli takim, który wykracza poza fizyczne doświadczenie. Powłokę świata przenikają nieziemskie siły, prądy, fluidy. To jest to światło na omawianym obrazie Turnera; na innym jest to monumentalne morze, fale, burza i rozpylona woda, na jeszcze innym – może to być po prostu ogromne powietrze. Rzeczywistością rządzą żywioły, potężne moce. Ale najistotniejszą kwestią jest – kto włada tymi mocami? Poprzez przyrodę z rządzącymi w niej siłami objawia się boska obecność w świecie. Może być groźna, jak oznaka gniewu podczas morskiej burzy, albo łagodna, przenikając wszelkie stworzenie, jak właśnie w „Porcie w Dieppe”.
Turner to bardzo ciekawa postać. Doskonale został przedstawiony na filmie pod tym samym tytułem: człowiek nieprzyjemny, odpychający, opryskliwy. Ale świetny malarz, wrażliwy artysta i dociekliwy twórca. Polecam obejrzenie filmu, zachęcam do wizyty we Frick Collection, gdzie znajdują się dwa bardzo podobne obrazy brytyjskiego malarza. Przed oboma warto zatrzymać się, popatrzyć na „światłość wiekuistą” rozświetlająca mroki rzeczywistości.
Czesław Karkowski