Co łączy Steve’a Jobsa, Baracka Obamę, Alberta Einsteina i Marka Zuckerberga? Nie tylko wybitne osiągnięcia, ale też specyficzne podejście do kwestii stroju. „Jestem szczęściarzem, bo codziennie budzę się, by służyć miliardowi ludzi. A służyłbym źle, gdybym trwonił energię na podejmowanie błahych, niezwiązanych z nimi decyzji” – odpowiedział założyciel Facebooka na pytanie, dlaczego zawsze nosi szary T – shirt. Młody miliarder doszedł do wniosku, że jedną z udręk codzienności jest zastanawianie się, co na siebie włożyć, dlatego postanowił nosić ten sam zestaw: szara koszulka, niebieskie jeansy, czarny pasek, jasne, sportowe buty, bluzę z kapturem. Mark wzorował się – co nie trudno przegapić – na słynnym Stevie Jobs’ie, który prezentując nowe wynalazki firmy Apple, występował w czarnym półgolfie, dżinsach i butach zawsze tej samej firmy (New Balance). Albert Einstein z kolei chodził zawsze w szarych garniturach i bez skarpetek. Dopóki żyła jego żona dbała o to, by profesor ubierał się elegancko. Gdy jej zabrakło, Albert przestał zwracać uwagę na strój. Zaczął nosić sweterki i sandały. Natomiast niechęć do skarpet miała jeszcze dłuższy rodowód. „Odkryłem, że paluch i tak zawsze robi dziurę w skarpecie, więc po co je zakładać” – pisał do żony. Barack Obama oszczędność czasu opanował do perfekcji. Wyrażało się to również w podejściu do mody. Zawsze ciemny garnitur, a na oficjalne przyjęcia ten sam smoking przez osiem lat! Według ekspertów „minimalizm garderoby daje poczucie, że wreszcie jesteśmy dobrze ubrani. Wszystkie elementy stylizacji są sprawdzone i nie rozczarują niedopasowaniem do sylwetki czy reszty stroju”. Poza tym, możliwość wybierania spośród wielu opcji nie zawsze jest błogosławieństwem. „Gdy w 2000 roku amerykańscy naukowcy przeprowadzili eksperyment polegający na tym, że wystawili na półkę w sklepie 6 różnych dżemów do degustacji, co trzeci klient zdecydował się na promocyjny zakup któregoś z ich smaku. Jednak gdy wybór zwiększono do 24, coś dla siebie wybrał tylko co trzydziesty klient. Dlaczego? Po prostu: ludzie bali się, że nie wybiorą najlepszego dżemu. Chcąc uniknąć takiej „porażki”, odchodzili od stoiska. Z modą jest podobnie. Z tą tylko różnicą, że ubrania kosztują znacznie więcej” – czytamy. Może więc warto zrobić w tym roku gruntowniejsze wiosenne porządki w szafie i pozbyć się niepotrzebnego balastu? Na pewno. Jednak – o ile ten sam zestaw ubrań może sprawdzić się doskonale w przypadku mężczyzn, pokażcie mi jedną kobietę, którą ucieszyłaby wizja noszenia tej samej sukienki przez siedem dni w tygodniu.

 

 

*

 

„The Crown” to brytyjsko – amerykański serial opowiadający o kulisach panowania Elżbiety II. Dzięki wielkim ambicjom i wizji jego twórców, został zrealizowany na niespotykaną dotąd skalę i zdobył szereg nagród. W główną rolę wcieliła się piękna Claire Foy i to jej kreacja sprawiła, że „kronika najważniejszych politycznych i światowych wydarzeń, które ukształtowały drugą połowę dwudziestego wieku” przyciągała przed telewizory miliony. Dlatego tak wielki skandal wywołała informacja o tym, że w pierwszych dwóch sezonach serialu Królowa zarabiała mniej, niż jej ekranowy partner, Matt Smith. Podczas konferencji prasowej dysproporcje tłumaczono tym, że gdy Claire Foy przyjmowała rolę była stosunkowo nieznaną aktorką, a Matt Smith wcielający się w księcia Jerzego był już rozpoznawalny z powodu tytułowej roli w serialu „Doktor Who”. Jednak to rola Foy spotkała się z lepszym przyjęciem. Za wcielenie się w postać królowej Elżbiety aktorka była nominowana do nagrody Emmy, a także zdobyła Złoty Glob. Podobno od trzeciego sezonu „The Crown” warunki finansowe się zmienią i – jak podkreślają producenci – „nikt nie będzie zarabiał lepiej od królowej”. Podwyżka nie obejmie niestety Foy, bo w roli starszej monarchini zobaczymy Olivię Colman. Pomarszczonej wersji księcia Jarzego jeszcze nie znaleziono.

 

 

*

 

19 marca Zofia Czerwińska skończyła 85 lat. Aktorka epizodyczna, charakterystyczna, często występowała w rolach barmanek. Zadebiutowała jeszcze na studiach w „Pokoleniu” Wajdy. Rolę załatwił jej zaprzyjaźniony Roman Polański, który zobowiązał się przywieźć na plan „jakąś fajną dziewczynę”. Szybko stała się ulubienicą Jerzego Gruzy, Stanisława Barei i Zbigniewa Chmielewskiego, którzy doceniali jej charakterystyczny, komediowy rys. Poza tym „lubiła korzystać z życia i chętnie imprezowała z reżyserami, próbując wytargować jakiś angaż w filmie”. Jednak, co podkreślała wielokrotnie w wywiadach – nigdy nie dostała roli przez łóżko. „Byłam wtedy młodą kobietą, bardzo seksowną, tak mówili inni. Miałam ogromne powodzenie u mężczyzn, byłam cycata, stawiałam pełne pięćdziesiątki na piersiach. I stały. I bardzo często moja propozycja zagrania roli spotykała się z kontrpropozycją: „Mogłabyś zagrać nawet więcej, tylko…”. Ale mam alibi: grałam mniej” – wspomina. Po okresie niepowodzeń przyszły pierwsze sukcesy i wkrótce zaczęto obsadzać ją w serialach („Czterdziestolatek”, „Alternatywy 4”), dostała również etat w wymarzonym Teatrze Syrena. Poza tym Czerwińska zdecydowała się poddać operacji plastycznej, bo „wielki, krzywy, garbaty kinol” nie dodawał jej uroku. Przeszła dwa zabiegi. Pierwszy nie poszedł najlepiej, ponieważ lekarz był nietrzeźwy. Dopiero druga operacja przyniosła oczekiwany efekt i wkrótce odmieniona pojawiła się na planie „Rejsu” Marka Piwowskiego. W życiu prywatnym bywało różnie. „Pierwszego męża, Leszka, odbiła innej kobiecie. Wyznawała, że „była wówczas zupełnie niedojrzała i nie czuła wstydu, że rozbija rodzinę”. Jednak związek zbudowany na cudzej krzywdzie był według Zofii skazany na niepowodzenie. Szybko okazało się, że mężczyzna również i jej nie zamierza dochować wierności. Czerwińska, zdradzona, ze złamanym sercem, chciała popełnić samobójstwo, rzucając się pod kolejkę. „Wchodzę na peron, czekam. Ale ona nie przyjeżdża. Nie ma jej w rozkładzie, bo jest 1 stycznia, święto. Przyjeżdża następna. Na peronie jest już pełno ludzi. I ja się wstydzę popełnić samobójstwo” – zwierzała się w jednym z wywiadów. Kolejni mężczyźni

 

„nie dość, że odchodzili albo zdradzali, to jeszcze w okropny sposób”. W końcu przestała szukać miłości, zaadoptowała psa i dzisiaj niczego nie żałuje. Może tylko tego, że przez chorobę nie mogła mieć dzieci. „Wejście w aktorstwo miałam łatwe, ale potem często dostawałam obuchem w łeb. Nauczyłam się uchylać, tarczę mieć przed sobą – wspomina. „Chciałam być aktorką i zostałam. Płakałam, znosiłam upokorzenia, bagatelizowałam porażki, ale też cieszyłam się sukcesami – bo epizody grałam dobrze i zapamiętywali mnie. I dotrwałam do dziś” – podsumowuje. Życzymy kolejnych udanych lat na scenie.

 

Weronika Kwiatkowska