Mój kot jest psem. Na krewetki. Staje na tylnych łapach, a przednią wyciąga w proszącym geście. Rozcapierzone pazurki prawie dotykają blatu. Mówi głośno. W narzeczu dolnego Queensu. Patrzy uważnie. Śledzi każdy ruch. Gdy już wie, że kawałek białego mięsa z chitynowym ogonkiem zaraz wyląduje w misce, mruży oczy. W oczekiwaniu na podniebienną rozkosz. Po skonsumowaniu sześciu kawałków otrząsa się i krokiem pełnym wzgardy odchodzi. Zalega w miejscu nieprzeznaczonym dla kotów. Które jednak emituje ciepło i dlatego zostaje wybrane. Spośród innych. Dogodniejszych. Jak specjalne posłanie pod stołem. Miękki kocyk na sofie. Poduszeczka uszyta przez babcię. Przenoszę najedzonego, ale za chwilę wraca z powrotem. Z kotem się nie dyskutuje. Kotu się usługuje. Kotu się ustępuje. Do niczego nie zmusza. Schodzi z drogi. Służy. Trzeba z pokorą przyjąć rolę otwieracza do puszek. Na którego macha się. Ogonem.
*
Jesteś tym, co czytasz. Jesteś tym, co oglądasz. Głosi plakat zamieszczony na wirtualnym słupie ogłoszeń. Banał opatrzony kiczowatą grafiką. Tym jesteś- myślę. Grzebiąc kijem w szambie. W poszukiwaniu czegoś, co będzie choć trochę zabawne. Mądre. Albo piękne. Ciężka praca. Trzeba przewalić setki głupawych obrazków, filmów, reklam. Przebić się przez hałdę złych wiadomości. Fotografii okaleczonych zwierząt. Raportów z oblężonych miast. A nade wszystko spirytualnego bełkotu. Skup się na tym, co kochasz. A miłość sama cię znajdzie. Bądź powodem, dla którego ktoś się dzisiaj uśmiechnie. Let it bright. Let it shine. Życie jest nieustającą podróżą. Ciesz się każdym momentem. Chcesz być szczęśliwy? Bądź!
Mierzi mnie agresywny entuzjazm i płytka euforia. Męczy frazes ubrany w piórka życiowej prawdy. Odkrycia. Olśnienia. Które brzmią jak z warsztatów motywacyjnych dla sprzedawców Amwaya. Jesteś diamentem. Jesteś wszechświatem. Przekonują trenerzy zarządzający ludzkimi deficytami. Raczej marnym pyłkiem w wielomiliardowym obłoku kurzu- jak pisał Konwicki. Ale kto dziś sięga do Konwickiego?
*
Jesteś tym, co czytasz. Jesteś tym, co oglądasz. Wychodzi na to, że jestem Patrickiem Melrose. I Thomasem Shelby. Pierwszy jest arystokratą. I ćpunem. A potem już tylko alkoholikiem. Gwałconym w dzieciństwie przez ojca. Wydziedziczonym przez matkę. Piekielnie inteligentnym straceńcem, powtarzającym za Eliotem, że „gatunek ludzki źle znosi duże dawki rzeczywistości”. Dlatego musi się odurzać. Bezwzględny w opisie snobizmu elit i jej duchowej degrengolady. Gwoździe (do trumny) wbija precyzyjnie. I z poczuciem humoru: „To przyjęcie zaczyna mi działać na nerwy. Dawniej mężczyźni opowiadali mi, że używają masła w czasie seksu, a teraz słyszę tylko, że wyeliminowali je ze swojej diety. Patrick się uśmiechnął. – Niewątpliwie trzeba tu kopnąć wiele ciał, zanim się trafi na kogoś żywego”. *
Thomas Shelby jest szefem gangu Peaky Blinders. Biega z bronią po przemysłowych uliczkach Birmingham z początku XX wieku i żyletkami zaszytymi w kaszkiecie masakruje twarze wrogów. Terroryzuje, kradnie, oszukuje na bukmacherce i jest w tym jakoś szlachetny i na pewno piękny. Bo zakochuję się od razu. Od pierwszego odcinka. I spojrzenia, które rzuca zza długich irlandzkich rzęs. Kiedy idzie w rytm pieśni Nicka Cave’a & Bad Seeds w swoim nienagannie skrojonym płaszczu i koszuli z okrągłym kołnierzykiem, a dookoła nędza i bród. Czarne smoliste ulice i dachy. Czuć smród końskiego łajna i słychać uderzenia kowalskich młotów. He’s a god, he’s a man/ He’s a ghost, he’s a guru/ They’re whispering his name Through this disappearing land…** Zadymione bary, piękne kobiety, błoto po kostki i trupy, trupy, trupy. Oglądam kompulsywnie. Do późnej nocy. Do przesady. A potem śnią mi się czarne oczodoły grobów, wycinane języki, piękne panie w kapeluszach na konnych wyścigach i słyszę jak pod skórzanymi podeszwami chrzęści ziemia, kiedy chłopcy ruszają do ataku.
*
Albo wypadające zęby. Ten sen powtarzam w wielu wersjach. Zęby są białe. Zdrowe. Wypluwam je na dłoń, albo dotykam językiem czując, że się ruszają. To nie wróży nic dobrego. Zwykle przepowiada chorobę. Dwa dni później zwijam się w konwulsjach. Jelitówka. Grypa żołądkowa. Mordor. Dwadzieścia cztery godziny udręki. Dezintegracji. Upadku. I jeszcze dokucza kręgosłup. Bo zamiast runąć na łóżko, runęłam na podłogę. Więc teraz boli mnie wszystko. Każdy mięsień i każde ścięgno. Nawet powieki. I włosy. Leżę w objęciach muszli klozetowej jak Patrick Melrose w klubie dżentelmenów po wstrzyknięciu dawki hery. Stękam z bólu jak Thomas Shelby po nieudanej próbie zabicia złego księdza. Kot przygląda się zaciekawiony dziwną pozycją i odgłosami dochodzącymi zza półprzymkniętych drzwi. Ale nie zamierza położyć się na chorym miejscu i uzdrowić człowieka, jak podobno czynią to jego współbracia. Przeciąga się. Ziewa. I niespiesznie opuszcza miejsce agonii.
*Edward St Aubyn, Jakaś nadzieja.
** Nick Cave & Bad Seeds, Red right hand.
Weronika Kwiatkowska