Stała czytelniczka powierzyła nam wspomnienia swojej Mamy. Skromne i poruszające. Do niedawna leżące w szufladzie i nieczytane przez nikogo. Dziś, w obliczu ogólnopolskiej dyskusji dotyczącej naszej przeszłości, Zapiski nabierają dodatkowych znaczeń.

 

Wiosną 1939 roku skończyłam cztery lata. Mieszkaliśmy z rodzicami i rocznym braciszkiem, na Jakubskim Przedmieściu w Toruniu, w wynajętym mieszkaniu w dwupiętrowym domu z czerwonej cegły. Przy domu był ogródek, w którym często się bawiłam. Czasami wymykałam się na ulicę, która była spokojna i z ciekawością obserwowałam dziwne obiekty na niebie. Były to balony sterowce.
 Na podmurówce płotu porośniętego dziką winoroślą, zadziwiały mnie ślimaki z muszlami na grzbiecie, które oglądałam z zaciekawieniem i podziwem. Do dzisiaj mam kolekcję muszli ślimaków morskich, co roku uzupełnianą na Interstone w Łodzi. Widocznie podziw dla muszli ślimaków został mi z dzieciństwa na długo, bo minęło już 78 lat, a ja wciąż oglądam je na półce w naszym pokoju.
 Niewiele zostało mi w pamięci z tamtego czasu. Pamiętam, jak mama robiła makaron w kuchni, a ja oglądałam wspaniałe widoki na puszce od mąki. Z czterech stron dużej puszki były kolorowe obrazki z pejzażami, więc robiłam sobie podróże w wyobraźni. Do dzisiaj pamiętam tę dziwną tęsknotę, aby zobaczyć je w rzeczywistości.
Życie spełniło moje marzenia. Byłam trzy razy w USA, zwiedziłam Nowy Jork mieszkając tam około roku, byłam w Amerykańskiej Częstochowie i nad wodospadem Niagara.
Zwiedziłam Drezno, Saską Szwajcarię, Wiedeń, Rzym, Wenecję, Asyż, Florencję, Monte Cassino, Lourdes, Avignon, Carcassonne, Pireneje, Montserrat, Barbastro, Barcelonę i okolice, Monte Carlo. Byłam też w Wilnie.
Przyszłego męża poznałam w Beskidzie Żywieckim na kursie narciarskim. Polskie góry i Polskę zwiedzaliśmy co roku w czasie urlopu sami, a potem z dziećmi.
Zainteresowanie sterowcami w dzieciństwie widocznie też zapisało się w mojej pamięci, gdyż w młodości skończyłam szkołę szybowcową w Lesznie i choć sławną pilotką nie zostałam, miałam przyjemność latania i skakania ze spadochronem.
Wracając do dzieciństwa, pamiętam światełka na Wiśle płynące w noc świętojańską, które oglądałam z rodzicami, także moje samodzielne wyprawy do sklepu, skąd wracałam z piękną szklaną laseczką, w której był kolorowy groszek – cukierki.
Teraz też chodzę z piękną rzeźbioną laseczką, ciupagą kupioną dwa lata temu na Krupówkach.
W mojej pamięci z okresu przed wojną, został sklep firmowy Wedla, przy ulicy Szerokiej, gdzie mama kupowała ze mną słodycze i ten wspaniały zapach czekolady. Zostało też wspomnienie defilady i maszerujących chłopców w harcerskich mundurkach, którzy pokazywali mi języki.
Pamiętam też kręcącą się karuzelę, która robiła na mnie wielkie wrażenie.
Potem nagle zmieniło się otoczenie. Znalazłam się z mamą i bratem u dziadków na wsi, w gospodarstwie które dziadkowie kupili po powrocie z wieloletniego pobytu w Nowym Jorku, gdzie urodziła się moja mama i jej dwie siostry. Z dziadkami mieszkała ciocia Anna z mężem i trzyletnią córeczką Basią. Mój ojciec i wujek zostali zmobilizowani i zostaliśmy z samymi dziadkami – mama, ciocia i trójka małych dzieci, z których ja byłam najstarsza.
Z dnia na dzień atmosfera robiła się coraz bardziej nerwowa. Mama wyhaftowała mały prostokąt białego płótna, na którym było moje imię i nazwisko oraz data urodzenia. Na cienkiej tasiemce zawiesiła mi go na szyi. Prawdopodobnie pozostałym dzieciom także, chociaż tego nie pamiętam. Miało to nas chronić przed utratą tożsamości, gdybyśmy zostali sami.
Przypomniał mi się obraz frontu – niemieckie samoloty, które wtedy wydawały mi się potworami (miałam 4,5 roku), polowały z góry na wszystko co się ruszało. Dziadkowie, mama, ja i mały brat w wózku uciekaliśmy konnym wozem załadowanym najpotrzebniejszymi rzeczami. Mój lęk przed potworami z góry był tak wielki, że cały czas głośno krzyczałam. Mama w końcu zdecydowała się czołgać ze mną rowem wzdłuż szosy, pod wysokimi drzewami. Po pokonaniu około kilometra, dziadkowie zdecydowali powrót do domu (do dziś pamiętam miejsce, z którego zawróciliśmy).
 W domu z lęku przed potworami, zwinięta w kucki, chowałam się w narożniku kuchni pod stołem, lękając się, aby potwory nie zobaczyły mnie z okien. Ten kącik był narożnikiem domu. Dzisiaj wiem, że w czasie bombardowania domów narożniki zostają. Instynkt czy Anioł Stróż?
 Moje wrzaski i opór przed jazdą na wozie uratowały naszą rodzinę. Po jakimś czasie dziadkowie dowiedzieli się, że wszystkie wozy uciekające na wschód w kierunku Rypina, pod Rypinem utworzyły zator i zostały zbombardowane przez pilotów niemieckich. Zaczęła się okupacja niemiecka. Pamiętam kontrolę niemieckich policjantów, którzy szukali broni (ojciec przed wojną był podoficerem zawodowym). Pamiętam lęk całej rodziny oczekującej najgorszego. My, dzieci nie wiedzieliśmy o co chodzi, lecz groza starszych nam się udzielała. Dziś wiem, że było to oczekiwanie na egzekucję.
Pistolet ojca leżał w warsztacie dziadka schowany pod stołem. Na szczęście Niemcy szczegółowo węsząc, nie odnaleźli go. Po tym wydarzeniu dziadek zakopał pistolet w polu głęboko pod ziemią. Nigdy go nie odnaleziono.
Po powrocie ojca z frontu, przenieśliśmy się z rodzicami do pobliskiego Golubia.
Następny obraz to mieszkanie w Golubiu, zabytkowym miasteczku z XIII wieku, gdzie do dziś odbywają się turnieje rycerskie na zamku krzyżackim.
Zamieszkaliśmy w starej kamienicy w Rynku. Pokój był ciemny, długi, z jednym oknem wychodzącym na podwórze-studnię, z którego przechodziło się do kuchni, gdzie widok przez okno był ten sam. Jednym słowem – ciemna nora.
Pamiętam mój wielki smutek z powodu tego mieszkania. Po wiejskim domu dziadków z ogrodem pełnym kwiatów i huśtawką dla dzieci – to było straszne, lecz na szczęście przejściowe.
 Ojciec załatwił inne mieszkanie na obrzeżu miasta, w pobliżu zakola rzeki Drwęcy, gdzie były cmentarze i mnóstwo zieleni. Zamieszkaliśmy w jednopokojowym mieszkaniu z kuchnią, na drugim piętrze czynszowej kamienicy z czerwonej cegły. Mieszkaliśmy tam do końca wojny.
W międzyczasie Niemcy, jak złodzieje, w nocy weszli do domu dziadków i zabrali dziadka i ciocię do obozu Potulice. Ciocia uratowała swoją trzyipółletnią córeczkę Basię mówiąc, że to dziecko siostry i nie zabierze jej do obozu. Poprosiła by babcia zawiozła dziecko do siostry do Golubia. Niemcy się zgodzili i babcia z Basią spędziły okupację u nas. Gospodarstwo zajęli Niemcy.
Nasza sytuacja w Golubiu: w małym, kilkunastometrowym pokoju z kuchnią zamieszkało sześć osób – rodzice, babcia i trójka dzieci.
Ojciec pracował jako robotnik przy kolei. Kartki żywnościowe mieliśmy tylko dla czterech osób. Pamiętam głód jaki odczuwaliśmy. Zupa kartoflana ze skórkami od chleba, placki kartoflane pieczone na blaszce piecyka, chleb z marmoladą z brukwi, z owoców jedynie rabarbar. To było nasze jedzenie. Z jednym wyjątkiem: kiedy chorowałam na tyfus dostałam pół jabłka, a drugą część dostali Basia i Zdzisiek. Jadłam to jabłko skrobiąc je zębami po trochu, aby się nim jak najdłużej nacieszyć. Masła, sera, mleka i śmietany w tamtym czasie nie pamiętam. Został mi z tamtego czasu wstręt do nabiału: białego sera, śmietany, masła, jogurtów i kefirów nie lubię do dzisiaj.
*
A teraz opiszę jak nas przyjęły dzieci z domu, w którym zamieszkaliśmy. Były one źle wychowane, złośliwe i używały wulgarnych wyrazów. Często też nas biły. Mój trzyletni brat przychodził z podwórka i pytał co to znaczy „uj”. Ponieważ byliśmy ciągle prześladowani i wyśmiewani, zaczęliśmy we trójkę chodzić w okolice pobliskiego cmentarza w zakolu rzeki Drwęcy. Tam nikt nam nie dokuczał.
Miałam około siedmiu lat. Pamiętam, jak jeńcy wojenni pod nadzorem Niemców budowali szpital-barak na cmentarzu. Wykopywali trumny z grobów i wrzucali do jednego dołu. Na belkach przeznaczonych do budowy robiliśmy sobie huśtawki i nikt nas stamtąd nie przeganiał. Zaglądaliśmy z ciekawością do metalowej trumny z wybitym podłużnym otworem, gdzie widać było rude włosy. Tu był spokój. Baliśmy się ludzi żywych bardziej, niż tych martwych. W zakolu Drwęcy były cztery cmentarze: katolicki, ewangelicki, prawosławny i żydowski. Ten ostatni był rozkopywany na rozkaz Niemców. Jak widać Hitler prześladował także Żydów umarłych.
Gdy miałam około ośmiu lat, przeżyłam szok. Spojrzałam z okna na ulicę i zobaczyłam wóz konny pełen trupów z cieknącą krwią po bruku. Niemcy zabili dziesięciu Polaków za to, że Polak uderzył Niemca w twarz, a potem uciekł z ich rąk. Całą noc płakałam i pytałam mamy czy przyjdą też po nas.
A teraz opiszę scenę, jak Niemcy chcieli zmusić nas do przyjęcia tak zwanej trzeciej grupy niemieckiej – chyba nazywała się Angedeutsch. Na tych terenach tak robiono. Byli tak zwani Volksdeutsche, czyli prawdziwi Niemcy i Angedeutsche – Polacy zmuszeni do przyjęcia dokumentów niemieckich, głównie po to, by mężczyzn nadających się do wojska wysłać na front.
Maria Cypriańska