Nie przeczuwałem, że 50 rocznicę Wydarzeń Marcowych przeżyję aż tak silnie. Odżyły wspomnienia. Odtwarzałem w pamięci osoby i sytuacje. Udawało mi się wówczas uciec przed pałami milicjantów, zomowców i ormowców, i nie dałem się im złapać podczas manifestacji na terenie Uniwersytetu, na Krakowskim Przedmieściu i pod Komitetem Centralnym PZPR. Nie udawało mi natomiast się wyjść z wielkiego szoku, jakim te Wydarzenia były dla mnie i kolegów ze studiów. Naiwnie wierzyłem, że „ludowe” władze przyjmą nasze postulaty i nastąpi, jeśli nie porozumienie, to przynajmniej kompromis. Niestety aresztowania następowały za aresztowaniami a media kłamały pod dyktando partyjnej frakcji Gomułki lub frakcji Moczara. Bezczelnie i bezwstydnie. Strajkowałem wraz z setkami studentów. Wszelkie złudzenia dotyczące ustroju, w którym żyłem, opuściły mnie już na zawsze. A miałem dopiero 18 lat. Wydarzenia te celnie podsumował profesor Andrzej Friszke w najnowszym numerze „Więzi” – „Marzec był chrztem bojowym dla wielu młodych ludzi, wówczas 20-letnich, którzy po doświadczeniach 1968 roku albo byli wręcz w opozycji, albo z nią sympatyzowali. Rok 1968 był rokiem tworzącym w sensie socjologiczno-psychologicznym pokolenie Marca’68. Ci ludzie już zawsze byli po stronie ruchu, który miał swoją ciągłość od tamtego czasu. Uczestnicy Marca tworzyli KOR, Solidarność, podziemie solidarnościowe oraz wolną i niepodległą Polskę, czyli III Rzeczpospolitą”.

Tegoroczne obchody 50 rocznicy ponownie pokazały, że losy większości studentów, robotników i uczniów szkół średnich, biorących w udział w protestach, pozostały nieznane, podobnie jak i losy osób zwolnionych z pracy z powodów politycznych. Uroczystości, jak co roku, zdominowane były bolesnym zagadnieniem Starszych Braci w Wierze, którzy pod przymusem lub dobrowolnie opuścili Polskę w latach 1968 – 1969. Ponownie okazało się, że my nie słyszymy argumentów strony żydowskiej, zaś strona żydowska naszych.

Ponownie losy żydowskie okazały się dla świata ważniejsze od naszych. Ponownie okazało się, iż nie potrafimy wyjść poza skamieliny myślowe. Niestety nie zmieniła tego odgórnie wprowadzana polityka historyczna, której celem nie jest ani prawda, ani historia jako nauka, tylko mitologia narodowa. Tyleż po naszej stronie, co po żydowskiej, bo i w Izraelu również obowiązuje polityka historyczna.

 

$

 

Gdyby Mickiewicz napisał „Wielką Improwizację” dzisiaj, to żadna z gazet prawicowych, proPiSowskich i kościelnych nie wydrukowałaby jej. Zakładamy się?

 

$

 

Wybitny polonista, profesor Michał Głowiński zanotował 5 października 1968 r. przykłady ówczesnej partyjnej mowy-trawy. O posługiwaniu się określeniem „naród” napisał tak – „Słowo to występuje w uwikłaniach dwojakiego rodzaju (…). W wersji pierwszej naród oznacza bliżej nieokreśloną całość społeczeństwa, która posłuszna i zgodna jak chór w operze, ma przykładnie odpowiadać na zadane kwestie. W tej roli jest składnikiem niezliczonej liczby frazesów – w rodzaju „naród potępia” (ta zbitka pojawia się najczęściej). Naród w wersji drugiej to przede wszystkim więź plemienna, mitologia krwi i gleby, a także swoiście preparowana przeszłość. Tutaj powraca więc skrajnie prawicowe, nacjonalistyczne, a czasami wręcz faszystowskie rozumienie narodu. (…) Pochodną jest zamiłowanie do przymiotnika „narodowy”, który często zastępuje bardziej neutralne słowo „polski”, a także skłonność do demagogicznie nadużywanego określenia „antynarodowy”. Obie te wersje mają jedną cechę wspólną: zmierzają do zidentyfikowania spraw narodu z aktualnymi w danym momencie interesami partii. Słowo to jest używane w toku dyskursu propagandowego w ten sposób, by przekonać ludzi, że jeśli coś jest przeciw niej, jest tym samym przeciw narodowi”. Jakże aktualne są te sformułowania dzisiaj, prawda?

 

$

 

Wiceprezydent Warszawy – Włodzimierz Paszyński, (kolega z Warszawskiej Polonistyki), podczas rocznicowych uroczystości na Dworcu Gdańskim powiedział: „Upiory, takie jak marcowe, zrodzone z politycznego najczęściej wyrachowania nigdy nie zasypiają. Co najwyżej zapadają w drzemkę”. Nic dodać, nic ująć. Jego wystąpienie skwapliwie pominęła TVPiS. I nie tylko jego, dodam gwoli upomnienia się o prawdę.

 

$

 

Rzadko odczuwamy szczęście w chwili bieżącej, tu i teraz, wtedy, kiedy jest ono naszym udziałem. Dopiero kiedy przeminie, uświadamiamy sobie, jak bardzo byliśmy szczęśliwi. Niedawno pewien telewizyjny dziennikarz z Polski, przeprowadzający ze mną wywiad, zapytał o szczęśliwe wydarzenia w moim życiu. Odpowiedziałem, że były nimi m.in. dwa pierwsze miłosne związki i pierwsze przyjaźnie. Przeżywałem je bardzo głęboko i wręcz roznosiła mnie radość, że moje uczucie jest odwzajemnione i że jestem obdarzany przyjaźnią. Szczęśliwością było współbudowanie tychże związków i przyjaźni. Poczucie szczęścia rozpierało mnie, na przemian z niedowierzaniem, kiedy dostałem się, najpierw na studia uniwersyteckie a potem artystyczne. W latach mojej młodości było to powodem niemałej satysfakcji, ponieważ na jedno miejsce na uczelniach przypadało bardzo wielu kandydatów. W PWST wręcz kilkunastu. W tychże uczelniach miałem też szczęście do profesorów, którzy mnie lubili i nie szczędzili przydatnych uwag i podpowiedzi. Z niektórymi udało mi się nawiązać głębszy kontakt także w życiu prywatnym. Ubogacali mnie. Szczęśliwy się czułem, kiedy w trakcie nauki odkrywałem coś frapującego. Uszczęśliwiało mnie poznawanie arcydzieł sztuki, które wchłaniałem w siebie. Szczęśliwy byłem również na łonie przyrody, wędrując szlakami górskimi lub przepływając kolejne jeziora. Uszczęśliwiła mnie też praca nauczyciela, kiedy widziałem, że zasiewam w głowach uczniów coś, co zmienia ich sposób myślenia. Coś, co pomaga im zbudować hierarchię wartości. Jako reżyser byłem szczęśliwy, kiedy widziałem, że moje przedstawienia oddziaływują na widzów. A oddziaływały! Kilka razy doznałem szczęśliwości jako wyrobnik pióra, kiedy sam dostrzegłem, że artykuł udał mi się bardziej niż zwykle. Zawsze mi się wtedy wydawało, że napisał go ktoś przeze mnie. Tak było m. in., kiedy opisałem spektakle Konrada Swinarskiego, tak było, kiedy pisałem o „III Symfonii Pieśni Żałosnych” Henryka Mikołaja Góreckiego w eseju „Pieta polska wykuta w dźwiękach”, tak było z pośmiertnym wspomnieniem o Rudolfie Nurejewie pt. „Wysłannik Terpsychory”, czy ze wspomnieniami o bliskich mi ludziach. Kiedy pisałem o muzyce w „Dziennikach” Marii Dąbrowskiej i Witolda Gombrowicza, uszczęśliwiało mnie samo pisanie. Bo jakiż wdzięczny to temat! Kiedy w świecie zewnętrznym jest mi źle i widzę w nim niesprawiedliwość, uciekam do swego wewnętrznego świata, który powstał we mnie już w dzieciństwie i rozbudowuje się wciąż do dzisiaj. Ileż w nim zapamiętanych i wyobrażonych cudowności! Ileż obrazów czekających na przelanie na papier. Ileż pięknych chwil wartych utrwalenia!

 

Andrzej Józef Dąbrowski