„Przebudzenie to wysiłek, dlatego wiosna budzi się niechętnie. Otwiera jedno oko, ale zaraz znowu je zamyka. Mróz na chwilę odpuszcza, ale za moment ponownie chwyta lodowatym uściskiem. Kałuża to rozmarza, to znów pokrywa się cienką błonką lodu. Pod koniec lutego gdzieś wysoko leciały skowronki, słyszałem z nieba ich zgrzytliwe głosy. Szpaki pogwizdywały już na początku marca, ale ostateczny sygnał końca zimy dają mewy, które znikają w połowie miesiąca. Niedługo potem wracają grzywacze i od razu park zapełnia się ich zachrypniętym gruchaniem. Natychmiast biorą się do pracy, wiją swoje liche, płaskie jak patelnia gniazda. Terytoria zajmują sikory, pierwiosnek odlicza swoim donośnym „cilp-calp”. Niemcy, naród pragmatyczny, nazwali go właśnie tak: der Zilpzalp”- pisze Stanisław Łubieński. Wracam do „Dwunastu srok za ogon” w poszukiwaniu opisu puszczyka, bo nagle odkryłam „birding compulsive disorder” i zapałałam miłością do istot skrzydlatych. Ale sowa śnieżna prawie nie występuje w Polsce. Te majestatyczne ptaki gniazdują w tundrze Eurazji i Ameryki Północnej. Zimują na Półwyspie Skandynawskim, w środkowej Azji oraz tajdze i północnej części Wielkich Równin Ameryki Północnej. Zobaczyć śnieżnego puchacza, to jak trafić los na loterii. Nam się udało.
Breezy Point. Far Rockaway. Idziemy ścieżką w stronę plaży. Pokonując ogromne kałuże, rozlewiska, w których malowniczo odbijają się trzciny. Jest grząsko. Wełnianym szalem zaczepiam o nastroszone kolcami chaszcze. A potem wpadam na kawałek drucianej siatki i robię dziurę w spodniach, przy okazji tonąc lewą nogą w bajorze. Gęsi wylegujące się na zboczu podnoszą leniwie głowy. Wydają się być przyzwyczajone do chaotycznych ruchów dwunożnych osobników. Mija nas samochód. Okazuje się, że do 15 marca na plażę można wjeżdżać autem. Grafitowy Lexus z niebieską łatką oceanu w tle wygląda odpychająco. Zaśmieca widok. Jak kawałek plastyku wyrzucony na brzeg. Butelka po wodzie mineralnej. Szczątki dmuchanej zabawki. Truchło plażowego parasola. Para hiszpańskojęzycznych wysiada, pokrzykując. Robią kilka zdjęć i odjeżdżają. Życzę im w myślach, by w powrotnej drodze ugrzęźli w błocie.
Na horyzoncie majaczy sylwetka towarowego statku. Z drugiej strony wyłania się ogromna, wielopiętrowa jednostka pływająca. Norwegian Cruise Line płynie na Bahamy. Cena najtańszego biletu $497 od osoby. Niebo przecina pionowa kreska. A słońce wysoko, wysoko, świeci pilotom w oczy. Ogrzewa niestrudzenie, zimne, niebieskie przestrzenie. I nagle widzę K., który stoi u podnóża wydmy i próbuje zwrócić moją uwagę wymachując ramionami. Idę w jego stronę i nagle widzę, o co tyle (niemego) hałasu. Są. Białe główki. Lekko nakrapiane. Puszyste kulki wystające zza drewnianej platformy. Sowy śnieżne! Przejmuję profesjonalną lornetkę i patrzę w ich niedorzecznie żółte oczy. Majestatyczne. Piękne. Próbuję podjeść bliżej, by zrobić zdjęcie, ale szybko podrywają się do lotu. Rozkładają skrzydła i lecąc nisko nad ziemią znikają na wydmach.
Idziemy dalej plażą i nagle widzimy kolejną. Siedzi na piasku. Lekko schowana za kawałkiem wysuszonego drewna. Wygląda jakby się opalała. Skradam się. Powoli. Gdy odwraca głowę w przeciwną stronę daję susa, gdy patrzy na mnie, zastygam. Żałuję, że nie mam teleobiektywu. Ale i tak udaje mi się sfotografować kształtną główkę i świdrujące spojrzenie sówki. Mam to! Upolowałam snowy owl! Marzyłam o tym, odkąd zobaczyłam zdjęcia puszczyków i dowiedziałam się, że zimują na nowojorskich plażach. Kilkakrotnie wypatrywaliśmy ich w ptasim sanktuarium na Jones Beach, ale bez rezultatu. Kto mógł przypuszczać, że spotkamy je w ciepły, niemal wiosenny dzień na Far Rockaway? Jestem szczęśliwa. I dziwię się temu uczuciu. Czuję, że wydarzyło się coś ważnego. Dostąpiłam zaszczytu spotkania jednego z najpiękniejszych ptasich okazów. Nie myślałam, że może mnie to ucieszyć aż tak bardzo.
 Obchodzimy cypel. Zza rogu wyłania się świat. Czerwona spadochronowa wieża Coney Island. Wesołe miasteczko. Budynki dolnego Brooklynu, kawałek Manhattanu. Jest cicho. I pusto. Spłowiałe, rude trawy kołyszą się na wietrze. Pod kamiennym falochronem znajdujemy marynarską, grubą linę. Butelkę z mocnego, brązowego szkła. A nawet spłowiały, wytrawiony orzech kokosu. Po kilkugodzinnym spacerze (mapa pokazuje, że zrobiliśmy 6 km) zbliżamy się do wyjścia. I nagle widzimy ją znowu. Siedzi na niewysokim, bezlistnym drzewie. Jak wielka, puszysta broszka przypięta do gałęzi. Podchodzimy coraz bliżej. Z wycelowanym obiektywem. Spodziewając się, że w każdej chwili może odfrunąć. Ale trwa nieruchomo. Kiedy dzieli nas tylko kilka kroków, zauważa mnie. Przekrzywia głowę i spogląda w dół. Przez chwilę patrzymy sobie w oczy.
Sowa. Dzisiaj kojarzy się z mądrością, ale „w Egipcie, Chinach, Indiach, Japonii, krajach Ameryki Północnej i Środkowej była postrzegana jako symbol śmierci, a jej pojawienie zapowiadało zgon. W kulturze etruskiej sowa to atrybut boga ciemności. Z kolei Arabowie byli przekonani, że niszczy wszystko, co dobre, wartościowe i szczęśliwe. Wierzyli również, że w ptakach tych zamknięte są dusze ludzi, których śmierć nie została pomszczona. W kulturze chińskiej sowy utożsamiano nie tylko ze śmiercią, ale i z bogiem burzy, natomiast w Japonii ptaki te miały sprowadzać głód i zarazę. W obu tych krajach powszechny był też zwyczaj umieszczania figurek sów w domach. Miały stanowić ochronę przed chorobami i niedostatkiem (Japonia) i piorunami (Chiny). W mitologii Majów sowy były symbolem boga śmierci i nocy, Ah Puch, a Indianie wierzyli, że zapowiadają nadejście zimnego północnego wiatru. Również Europejczycy nie pozostawali obojętni wobec potęgi i mocy tych ptaków. Pliniusz Starszy głosił, że zapowiadają one nieszczęście i jako zabezpieczenie przed ich negatywnym oddziaływaniem proponował zabicie sowy i wrzucenie jej prochów do Tybru. W niektórych rejonach uważano, że w gospodarstwie, w którym sowa założyła gniazdo można spodziewać się śmierci jego mieszkańców. Niektórzy wierzyli, że ptaki te porywają dzieci lub zsyłają na nie choroby”.*
Patrzę na zdjęcia śnieżnobiałego ptaka i – mimo wszystko- wierzę w dobrą wróżbę.
*Joanna Radziewicz
Weronika Kwiatkowska