Kiedyś poznałem w Nowym Jorku amerykańskiego dziennikarza, jowialnego jegomościa, który uruchamiał swój portal, czy też agencję informacyjną, o nazwie bodajże onlygoodnews. Nie wiem jakie były dalsze losy projektu, może zresztą była to tylko prowokacja, artystyczny happening.

 

Nie da się przecież, opisując świat, odnotowywać wyłącznie dobre rzeczy. Na czołówkach gazet i portali jest zawsze polityka, a ta generuje od zawsze złość i gniew. Od czasu śmierci Ojca ani razu nie włączyłem telewizora na wiadomości, ani TVP, ani Polsat czy TVN. Za dużo tam nienawiści, propagandy, zaciekłości.

Prenumeruję cyfrowo „Gazetę Wyborczą” (która od niedawna zamieszcza wybrane teksty „Wall Street Journal”), „New York Timesa” oraz „Tygodnik Powszechny”. Z poczucia obowiązku, by być na bieżąco w sprawach polskich i amerykańskich, przeglądam pierwsze wiadomości, nieodmiennie dominowane przez atak polityczny: na PiS (w przypadku „Wyborczej”) i Trumpa (w „NYT”). Nawet jeśli uznać, że jest to krytyka uprawniona i merytoryczna, negatywizm tych newsów odstręcza mnie coraz bardziej. Także „Tygodnik Powszechny”, niegdyś szacowne czasopismo dla światłych katolików, czytane z upodobaniem przez moich Rodziców, bardzo wyostrzyło się politycznie, stawiając się w opozycji do rządzących Polską. Znowu, może mają rację, lecz choć wszystkie te teksty cechuje wysoka kultura wypowiedzi i kontrola nad emocjami, ich pesymistyczny ton może dobić czytelnika.

Czy da się uciec od takich wiadomości? Ależ tak. Wystarczy tylko wytłumaczyć sobie, że polityka nie jest najważniejszą sprawą, a problemy globalne niekoniecznie są ważniejsze od lokalnych.

Tak więc otwierając strony wymienionych gazet, idę sobie w kierunku innych działów, np. miejskiego. Sam kiedyś redagowałem dział miejski więc mam sentyment do takiej reporterki, do informowania, pouczania, a czasem – zachwycania się tym, co się dzieje w naszej mietropolii.

W skali miasta dostrzega się pozytywne rezultaty ludzkiej działalności. Jeśli polityka jest nieustanną rywalizacją z innymi państwami, a narzędzami w tej rywalizacji bywa broń: militarna, handlowa, ekonomiczna, psychologiczna, to w skali lokalnych wspólnot dostrzega się zmiany materialne. Zmiany, na ogół, na lepsze.

Bo przecież miasta nie zwijają się (wyjątkiem jest Detroit) lecz rozwijają. Wszystkiego przybywa: nowych domów, mostów, tuneli. Jako fascynat nowoczesnej architektury i urbanistyki wchodzę np. na stronę „Gazety Wyborczej” Warszawa. I tam jest trochę politycznego smrodku (afery prywatyzacyjne itd.) poza tym jednak jest to opowieść o tym, jak przez ostatnie 30 lat rozwijał się nasz kraj. Szczególnie dobrze jest to widoczne w zamożnej Warszawie.

Przyzna to najbardziej gorzki krytyk ostatnich trzech dekad w Polsce: infrastruktura bardzo się poprawiła. Duża tu zasługa Unii Europejskiej, bo to jej dotacje pozwalały nam fundować sobie rzeczy, które wprawdzie bezpośrednio nie zwiększały tempa gospodarczego, ale nasze życie upiększały i podnosiły jego jakość. Mamy więc w Warszawie kolejne mosty, bulwary nad Wisłą, niemal zamkniętą obwodnicę, przedłużaną drugą linię metra, kostkę Polbruk, hybrydowe autobusy.

Świadectwem dynamiki gospodarki są dziesiątki nowych biurowców i las dźwigów na budowach osiedli mieszkaniowych.

Właśnie w Warszawie widać było zafascynowanie Polaków, zwłaszcza młodych, cywilizacją zachodnią. To co jest tam, musiało prędzej czy później pojawić się tu. Food trucks, Asian food market, farmers market, ścieżki i wypożyczalnie rowerowe, sieci drogich kawiarń, te same światowe marki w centrach handlowych.

Dla osoby myślącej pozytywnie, dział miejski może być źródłem dobrych znajomości. Owszem, opisuje się tam problemy i nadużycia, ale też pokazuje jak ludzka aktywność na szczeblu lokalnym przekłada się na konkretny efekt: nową kładkę dla pieszych, skrzyżowanie bezpieczniejsze po przebudowie, ładniejsze wiaty na przystankach.
Esteci mogą się cieszyć z kolejnych udanych budynków, a smakosze z powstania nowych restauracji.

Jeszcze ciekawsze niż wiadomości z Warszawy są dla mnie doniesienia z Nowego Jorku. Wszak to było moje miasto, po którym nawet oprowadzałem turystów ze świata.

Fascynujące są opisy nowych projektów: niebotycznie wysokich wieżowców przy 57 Ulicy, zagospodarowania nabrzeży, budowy nowego centrum Brooklynu, kolejnych wieżowców World Trade Center, gigantycznego projektu Hudson Yards.
Ale przecież nie pisze się w rubrykach miejskich wyłącznie o nowych inwestycjach. Opisuje się też nowe trendy, nowe restauracje (ich otwieranie się i zamykanie to nigdy niekończący się proces). W przypadku Nowego Jorku, niezmiernie istotne są opisy życia kulturalnego. Mimo że mnie tam nie ma, mogę czytać o nowych spektaklach, wystawach, koncertach. Nie będąc bogaty, mogę też zaglądać do rezydencji milionerów, pokazywanych w reklamach real estate.
Oczywiście i w miastach mamy do czynienia z polityką. Jakieś jednak ta polityka blada, wręcz dziecinna: jacyś radni dzielnicowi, jakieś starania o posadki i służbowe samochody. Przemowy z okazji otwarcia szkoły i oddziału biblioteki publicznej, ostentacyjne pojawianie się na teatralnej premierze, konferencje dla dziennikarzy prasy lokalnej, wypytujących o jakieś zagmatwane i nikogo nieinteresujące sprawy finansowe.

Dział miejski. Municipal news. Jak to prozaicznie brzmi, jak jakieś służby oczyszczania. Ale co z tego – to są naprawdę ważne sprawy, jak nowe wagony metra czy funkcjonowanie miasta w święto lub w czasie klęski żywiołowej.

Zachęcam wszystkich do przelatywania wiadomości politycznych ze świata i kraju, a skupiania się na sprawach lokalnych. Poprawi nam się humor gdyż dostrzeżemy, że ludzkość jednak posuwa się do przodu, że więcej budujemy niż burzymy. I że ciągle udaje nam się tworzyć rzeczy konstruktywne, ciekawe i piękne.

 

Jan Latus