Pierwsza rzecz, jaka się rzuca w oczy przy spojrzeniu na obraz Bronzino (przydomek od ciemnej karnacji skóry; artysta naprawdę nazywał się Agnolo di Cosimo), włoskiego malarza późnego renesansu, to teatralność przedstawionej sytuacji.

 

 

Tłok postaci napakowanych w małą scenę, za tło służy jedynie błękitna materia rzucona z tyłu, nagromadzenie rekwizytów i mitologicznych osób, co jedna to osobliwsza, jakby dobierane w ten sposób, aby nie pasowały do siebie.
Centralnie, naga Wenus – rozpoznajemy ją po złotym jabłku trzymanym w ręce, nagrodzie dla najpiękniejszej w starogreckim konkursie piękności – oraz jej synek, Amor, także zwykle przedstawiany jako goły uskrzydlony chłopiec. Na plecach ma kołczan; jedną ze „strzał Amora” trzyma Wenus wysoko w ręce. Spleceni w czułym uścisku, egoistycznie zajęci sobą, niepomni na to, co się wokół nich, a dokładnie – za ich plecami – dzieje.

A dzieje się dużo, kłębią się alegoryczne postaci, potwory. To nie rzeczywistość, to teatr. Ale wszak i nie jest również rzeczywista sama główna para. To przecież alegorie, upostaciowane metafory, a nie prawdziwi ludzie: Wenus – starogrecka Afrodyta, bogini seksu, czyli uosobienie erotycznej miłości; Amor, jej syn, posłaniec, kieruje strzały swego łuku niemal na oślep.

Historycy sztuki tracą czas na próby rozszyfrowania znaczenia postaci. Wybitny uczony, Erwin Panofsky, poświęcił sporo miejsca w swej „Ikonologii” na identyfikację postaci z obrazu Bronzina. Potem zmienił zdanie, wycofał się z tego rozpoznania, zaproponował inne. I nic z tego nie wynika.

Sens obrazu jest ogólnie łatwy do odczytania. Jest to alegoria miłości: ów demoniczny starzec u góry to Czas; stara rozwścieczona, czy zrozpaczona postać (kobieta? mężczyzna?) z lewej to właśnie ofiara Czasu. „Niegdysiejsze śniegi” trwają wiecznie tylko w świecie bogów, którzy nieustannie i na nowo odgrywają swe role. Zaś w życiu człowieka dokonuje się jedynie nakładanie i zrzucanie masek, czai się za plecami potwór zdrady, podstępu, chorobliwej zazdrości, przewrotności. Negatywne emocje towarzyszące miłości.

 

Ehej, jak gwałtem obrotne obłoki
I Tytan prętki lotne czasy pędzą,
A chciwa może odciąć rozkosz nędzą
Śmierć – tuż za nami spore czyni kroki…

…pisał Mikołaj Sęp Szarzyński, przejęty do głębi marnością ludzkiego żywota.

Mniej więcej w tym samym czasie na wykwintnym dworze włoskim przypomnień w rodzaju „memento mori”, wezwań do pokuty w obliczu czającej się wieczności, mają już do przesytu. Slogan stał się więc zachętą do gry, do zabawy, dworskiej przebieranki. Wezwanie do umiarkowania, przyzwoitości i pokuty przekształcono w jego odwrotność – w zabawę: skoro tak krótko przebywamy na tym świecie, a młodość i uroda ulatują niepostrzeżenie, to korzystajmy póki czas, póki możemy. Jutro może być za późno, albo w ogóle nas może już nie być.

Bronzino przedstawia nam karnawał, zabawę, teatr, przyjemność, więc choć rezultat, wynik owej gry w życie jest znany – dopadnie nas starość, rozczarowanie, przygnębienie – przeto bawmy się, póki możemy.

Obraz powstał na dworze Kosmy Medyceusza we Florencji, pośród arystokracji pieniądza, władzy, urodzenia. Dla wyrafinowanych konsumentów życia, sybarytów rozkosznych wrażeń, zblazowanych, mocno dekadenckich, biesiadników, koneserów przyjemności stołu i seksu. Obraz Bronzina dostarczał towarzystwu eskapistycznej uciechy, prezentował wizerunek w rodzaju ilustracji do tematyki platońskiej „Uczty”.

Następnie dzieło podarowane zostało królowi Francji, gdzie w monarszej kolekcji znajdowało się przez kilka wieków, by z czasem stać się własnością arystokratycznej, brytyjskiej rodziny Spencerów; tych Spencerów, z których w XX wieku wywodził się m.in. Winston Churchill i księżna Diana. Galeria Narodowa kupiła ten obraz do swej kolekcji w 1860 r.
Dzieło Bronzina jest niezwykle kolorowe. Podobnie jak w poprzednio omawianym przypadku „Madonny z Dzieciątkiem” Jeana Fouqueta, również i tutaj reprodukcja nie w pełni oddaje barwy oryginału. Może elektroniczna kopia nie różni się tak rażąco od autentyku, ale jednak od niego odbiega. Kiedy oglądałem malowidło Bronzina w londyńskiej National Gallery, właśnie przede wszystkim intensywne, nasycone kolory przyciągają wzrok. Pośród swoistej monochromii brązów dzieł dawnych mistrzów, obraz Bronzina wyróżnia się rozmaitością jaskrawych barw, niepokoi osobliwością przedstawienia, przyciąga śmiałym erotyzmem.

 

Dzieło Bronzina zawieszam w swojej prywatnej galerii. Rozmaicie go tytułują – „Wenus, Kupidyn, Szaleństwo i Czas”, albo „Alegoria Wenus i Kupidyna”, czy „Triumf Wenus”. Znajdzie się na ścianie obok dzieła Fouqueta. Zbieżność sztuki obu twórców oczywista, mimo dzielącego ich stulecia. Manieryzm stylu, czyli przejaw swoistej bezsilności twórców, gdy sądzą, że dochodzą do kresu możliwości przedstawień zawartych w danej stylistyce; gdy potencjał tkwiący w średniowiecznych (Fouquet) i renesansowych (Bronzino) regułach wyrażania na desce/płótnie przekracza pewną nieokreśloną granicę dzielącą umiar i trafność środków wyrazu od przesady w stylizacji, nadmiernej treści w stosunku do tego, co się chce zakomunikować przy pomocy dostępnych środków, nieumiarkowania ornamentyki; jakby metody, które twórcy mieli dotychczas do dyspozycji, już im nie wystarczały; albo odwrotnie, gdy treści, które twórcy chcą przekazać, rozsadzają ramy przyjętych chwytów artystycznych. Poetyka czasu zwolna przeradza się we własną karykaturę.

Fouquet mistyka, religijna żarliwość granicząca z erotyzmem; Bronzino – renesansowe nawiązanie do antyku przekształca się w grę, teatr i pikanterię zmysłów.

Czesław Karkowski