Oscary rozdane. Ale nie ma o czym opowiadać. Jubileuszowa, 90. ceremonia wręczenia najważniejszych nagród filmowych była nudna i przewidywalna. Według powszechnej opinii, gospodarz wieczoru, Jimmy Kimmel, wypadł słabo. „Brakowało dynamiki, lekkości żartów”- pisały nazajutrz czołowe gazety. Wygrał obraz „Kształt wody”, zgarniając łącznie cztery statuetki w tym za reżyserię dla Guillermo Del Toro. Warto odnotować, że to pierwszy w historii obraz science-fiction, który zdobył to zaszczytne wyróżnienie. W kategoriach aktorskich nie było niespodzianek. Za najlepszą główną rolę żeńską uznano kreację Frances McDormand w filmie „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” Martina Mc Donagha. Nagrodę dla najlepszego aktora zgarnął Gary Oldman, który w „Czasie mroku” wcielił się w premiera Wielkiej Brytanii Winstona Churchilla. Za najlepszy scenariusz oryginalny uznano „Get out” (Jordan Peele), a w kategorii adaptacji uhonorowano legendarnego, prawie 90-letniego James’a Ivory za film „Call me by your name” (w Polsce „Tamte dni, tamte noce”). Niestety, polsko-brytyjska produkcja „Twój Vincent” przegrała z disneyowskim „Coco”. Najnowsze dzieło Pixara zdobyło Oscara za animację i najlepszą piosenkę.

 

*

 

Ma 44 lata i uśmiech, za którym szaleją wszystkie Polki. Marcin Dorociński debiutował na ekranie w połowie lat 90. w słynnej „Szamance” Żuławskigo. Potem były role w takich hitach jak „Pitbull”, „Róża” czy „Jack Strong”. Na ekranach polskich kin właśnie pojawił się „Plan B”, nowy film Kingi Dębskiej, w którym aktorowi partneruje pies. Choć jak mawiał klasyk – z dziećmi i zwierzętami lepiej nie występować – aktor udowadnia, że nie boi się ani jednych, ani drugich. „Ja po prostu staram się podchodzić do każdego z szacunkiem. Nieważne, czy jest to człowiek, czy pies albo kurczak. Nie musimy się uwielbiać ani kochać, ale fajnie by było, gdybyśmy się nie poróżnili” – tłumaczy. „Psa Kotleta, z którym gram w „Planie B”, sam wybrałem. Reżyserka zrzuciła na mnie tę odpowiedzialność. Jak zobaczyłem Kotleta, to od razu stwierdziłem, że wygląda jak zbój. Potem się okazało, że to suczka i w dodatku rasowa. Te psy wypasają w Australii bydło”- wyjaśnia Dorociński. „Kotlet do tego ma charyzmę i oczy gwiazdy filmowej. Nie chcę używać wielkich słów, ale zyskałem przyjaciela”- żartuje. Na jednym z portali społecznościowych aktora śledzi blisko ćwierć miliona osób, a lajki pod postami idą w tysiące. Co ważne, Dorociński występuje tam przede wszystkim w roli miłośnika zwierząt namawiającego do adopcji psów ze schroniska lub zbierając pieniądze dla fundacji wspierających chore dzieci. „Staram się propagować wartościowe inicjatywy, edukować, pomagać potrzebującym”- mówi aktor. „Promuję tam również swoją pracę zawodową. Szanuję swoich widzów. Nie wciskam im kitu. To wcześniej czy później przynosi rezultaty”- dodaje. Aktor coraz więcej gra za granicą. Wystąpił m.in. w brytyjskim filmie wojennym „Operacja Anthropoid”, oraz w „Hurricane” opowieści o Dywizjonie 303. „Siedziałem za sterami tego legendarnego myśliwca”- opowiada Dorociński. „Zrobił na mnie olbrzymie wrażenie Dwa lata wcześniej go odnowiono, więc wyglądał jak nówka. Nie miał tylko dział na skrzydłach. Kokpit niczym się nie różnił od oryginału z czasów II wojny światowej. Jak się w nim znalazłem, byłem przerażony. Proszę sobie wyobrazić: siedzieć dzień w dzień zamkniętym w metalowej puszce, brać udział w powietrznych bitwach, modlić się, żeby nie skończyło się paliwo. Jak ta służba musiała wpłynąć na psychikę żołnierzy? Wtedy nikt nie myślał o syndromie powojennym. Dzisiaj ludzie wracający z misji mają opiekę psychologiczną. A kiedyś? Ci faceci naprawdę byli kamikadze”- podsumowuje. Co ciekawe, aktor obsadzany głównie w rolach twardzieli i przez żeńską część widowni uznawany za jednego z najbardziej „męskich” gwiazd polskiego kina, przyznaje, że do 25 roku życia nie palił papierosów i właściwie nie tykał alkoholu. Nawet w akademiku, w którym mieszkał razem z Adamem Woronowiczem (znanym m.in. z ról ks. Popiełuszki czy św. Maksymiliana Kolbego). „Woron” mieszkał w innym pokoju, ale faktycznie był niedoścignionym wzorem”- wspomina Marcin. „Wydawał się wręcz mnichem z tą swoją silną wiarą”- dodaje. „Lubiłem wtedy chodzić na imprezy i bawić się bez tych wszystkich wspomagaczy. Palić zacząłem, gdy dopadł mnie pierwszy porządny stres, czyli po skończeniu studiów. Jak mawiał profesor Skotnicki „Aktor po szkole teatralnej jest jak kosmonauta, który wyszedł w przestrzeń kosmiczną i boi się, żeby mu kombinezon nie pierdolnął”. Choć na uczelni było strasznie dużo zajęć, mieliśmy tam cieplarniane warunki. Prawdziwe życie zaczęło się po dyplomie”. Na szczęście życie zawodowe i prywatne Marcina Dorocińskiego ułożyło się pomyślnie. Papierosy rzucił, gdy zaczął uprawiać triathlon. A alkohol „zostawia na wyjątkowe okazje – spotkania w gronie przyjaciół, mecz Ligi Mistrzów lub bankiet po premierze”. Ideał?

 

 

*

 

Tymczasem Barbra Streisand, legendarna piosenkarka i aktorka naraziła się obrońcom zwierząt. Gwiazda znana z miłości do swojej suczki Sammie, która w ubiegłym roku, w wieku 14 lat odeszła za tęczowy most, postanowiła skorzystać z najnowszych osiągnięć naukowych i… sklonować ukochanego pupila. „Jeszcze za życia Samanthy, rasy Coton de Tulear, pobrano z jej pyszczka i brzucha komórki, które posłużyły jako materiał do replikacji. W wyniku procesu klonowania powstały aż dwa szczeniaczki, które są wiernymi genetycznymi kopiami zmarłej suczki. Streisand dała im na imię Miss Scarlett i Miss Violet. Ponieważ wyglądają identycznie, 75-latka zakłada im ubranka w różnych kolorach. Gwiazda twierdzi jednak, że choć wizualnie są takie same, ich charaktery znacznie się różnią”- czytamy. „Nie mogę się doczekać kiedy dorosną, żebym mogła zobaczyć, czy mają jej brązowe oczy oraz jej powagę” – mówi Barbra.
Wyznanie gwiazdy poróżniło internautów. Jedni uważają, że to nieetyczne, drudzy rozumieją wybór Streisand. Sprawą zainteresowała się PETA (organizacja działająca na rzecz etycznego traktowania zwierząt), która zwraca uwagę m.in. na problem przepełnionych schronisk oraz podkreśla, że wielu „braci mniejszych” jest obecnie przetrzymywanych i dręczonych po to, by mogły zostać w przyszłości sklonowane. „Czujemy ból Barbry Streisand po stracie ukochanego zwierzaka, ale chcielibyśmy z nią także omówić problem klonowania zwierząt” – mówią działacze organizacji. Co na to gwiazda? Na razie nic. Siedzi cicho. Jak mysz pod miotłą.

 

Weronika Kwiatkowska