Pusty pokój. I spokój. Wewnętrzny. Jest drugi dzień marca. „2 marzec”. Napisała znajoma. Poprawiam ją. Bo inaczej nie umiem. Boli mnie niechlujność języka. Błędy ortograficzne i kulejąca gramatyka. Zwracam uwagę. Choć może powinnam się przymknąć. Ludzie nie lubią, gdy wytyka im się błędy.

W telewizyjnych wiadomościach politycy, dziennikarze i eksperci szlachtują język ojczysty, za który przecież gotowi są umierać. Ich patriotyzm nie wyraża się w ortodoksyjnym podejściu do zasad poprawnego używania końcówek dopełniacza liczby pojedynczej rzeczowników męskich czy reguł słowotwórczych. „Kontynuują dalej”, życzą „miłego wieczora”, wygrywają wybory w „dwutysięcznym osiemnastym” roku i zapewniają o „fakcie autentycznym”. Ich polszczyzna jest kulawa. I brzydka. Jak ich twarze.

Bo są enklawy, w których myśli się inaczej. Nie możecie sobie na to pozwolić. Wolność słowa tylko dla tych, którzy nie umieją mówić. Polszczyzna tylko dla tych, którzy ją kaleczą. Nieustanne obelżywe święto.

Pisze Marcin Świetlicki w wierszu zatytułowanym „Trzeciego maja”. Z tomu zatytułowanego „POLSKA. Wiązanka pieśni patriotycznych”. Czarna, twarda oprawa, ze złotymi tłoczonymi literami i czerwoną nitką – zakładką przypomina książeczkę do nabożeństwa. W środku stare i nowe kawałki. Z listy przebojów o kraju nad Wisłą. Który poeta kocha i którego nie chce. Obśmiewając jego mieszkańców w mieszkaństwie zatwardziałych. Prezydentów, kiboli, obrońców życia, pielgrzymów i gejów. Wszystkim się dostaje. Po równo. Między słowami wycinanki Alicji Białej. Jedna z prac przedstawia Jaruzelskiego w telewizorze, który ogłasza stan wojenny. Na obudowie stoi wazon z kwiatami, świecznik, różowa papuga. I pływa ryba o czerwonych łuskach. Jest prezes Jarosław w ikonicznym płaszczu przeciwdeszczowym, narodowym. Stoi na łódce, pod którą, w odmętach pluska się naga kobieta z płetwą rekina na plecach. To 24-letnia autorka kolaży. Na jednej z rozkładówek posadziła sarmatę w stroju kibica. Z pilotem w ręce, zgrzewką piwa, obrazem Jana Pawła II za plecami, meblościanką, paprotką i kryształem. Jest kosmonauta z polską flagą wbitą w nadgryzioną gruszkę, kolejka do sklepu z wędlinami, dzieciaki na trzepaku, bociany i święte obrazki. Polska melancholijna. Wycięta z pożółkłych stron Filipinki i Przekroju. Grających pocztówek. I zdjęć z archiwów IPN-u. Polska w cudzysłowie. W cudzym słowie. Anegdocie. Kiepskim żarcie. Miliardy Polsk. Mrugające kaprawym oczkiem.

Oglądam fotografie octu na półkach i pustych haków w mięsnym i wyświetla mi się w głowie pierwszy album do zdjęć, który dostałam w prezencie. To musiała być druga klasa szkoły podstawowej. Nie skończono jeszcze budowy naszej podstawówki i korzystaliśmy z sali w liceum ogólnokształcącym. Przedwojenne ławki. Zielone, drewniane blaty z wgłębieniem na pióro i butelkę z atramentem. Skrzypiące podłogi. I okna, do których zaglądały drzewa. Naszą wychowawczynią była Irena Aleksandrowicz. Prawdziwy pedagog – mówiono z szacunkiem. Niewysoka. Korpulentna. Nosiła wielkie okulary i -jeśli dobrze pamiętam – utykała lekko. Wydawała nam się bardzo stara. Z perspektywy siedmiolatka każdy dorosły powyżej trzydziestki był wapniakiem. Konfrontując wspomnienia z rzeczywistością, dowiaduję się, że w tamtych czasach nauczyciele mieli prawo przejść na emeryturę już w wieku 50 lat, więc pani Irena mogła być niewiele starsza ode mnie dzisiaj. Zapamiętałam ją jednak jako stateczną, poważną, budzącą respekt, ale serdeczną wychowawczynię, która niespodziewanie wręczyła mi prezent z okazji Pierwszej Komunii Świętej, do której – z przyczyn ekonomicznych- przystąpiłam rok wcześniej ze starszym bratem.

Przewiązany kolorowym sznurkiem, w nieefektownej, brązowej okładce ze skaju, był wielki i ciężki. Na czarne karty przekładane pergaminem można było wklejać zdjęcia w dowolnej konfiguracji. Nigdy tego nie zrobiłam. Fotografie poniewierały się luzem. Aż w końcu trafiły do kolorowych, nowoczesnych albumów z foliowymi kieszonkami. Jednak prezent od profesor Aleksandrowicz przechowywałam latami. Może zresztą ciągle tam jest. W zakamarkach szafy. Na czwartym piętrze wrzesińskiego bloku. Obok wielkiego kartonu, w którym ojciec trzymał czarno-białe odbitki wywoływane w domowej ciemni, kiedy nas jeszcze nie było na świecie. Jedną z nich, to zapamiętałam dobrze, wkleiłam do zeszytu od polskiego. Temat pracy domowej: mój tata. Wybrałam nietypowe zdjęcie. Ojciec był rozebrany do połowy, miał słoneczne okulary i łobuzerski uśmiech. Wygrzewał się w promieniach słońca. Młody bóg. Nauczycielka musiała mieć niezły ubaw. Ale pracę oceniła na 5. Okrągłe litery, niebieski atrament. Miałam piękny charakter pisma. I zawsze „umiałam w słowa”. Na dyktandzie koleżanki kłóciły się, która ma usiąść obok w ławce. Może dlatego byłam ulubienicą pani Aleksandrowicz i większości polonistek, które nauczyły mnie szacunku do języka. I może dlatego dzisiaj, wbrew groźbie narażenia się na towarzyski ostracyzm, z uporem wytykam ortograficzne i stylistyczne wpadki znajomym. Mam syndrom belfra i mentalny czerwony długopis, którego nie waham się użyć.

Weronika Kwiatkowska