Rozmowa z mistrzem rzeźby Andrzejem Pityńskim synem Żołnierzy Wyklętych – porucznika Aleksandra Pityńskiego „Kuli” i podporucznik Stefanii Pityńskiej „Perełki”.

 

– Kilka miesięcy temu został pan uhonorowany najstarszym i najwyższym odznaczeniem państwowym Rzeczypospolitej Polskiej – Orderem Orła Białego. Jakie znaczenie ma dla pana to wyróżnienie?

– Jest to w pewnym sensie „spełnienie się”. Jestem wdzięczny prezydentowi Andrzejowi Dudzie za to zaszczytne odznaczenie, które wręczył mi w imieniu Polski i narodu polskiego, któremu moja twórczość jest bliska. To mobilizuje i zobowiązuje. Jestem dumny, że urodziłem się Polakiem.

 

– Order ten otrzymał pan – jak podkreślił prezydent Duda – nie tylko za wybitne osiągnięcia artystyczne, ale także za zasługi w upowszechnianiu i popularyzowaniu historii polskiego czynu niepodległościowego. Pańska twórczość to szereg pomników upamiętniających polską drogę do wolności. Skąd taka misja? Czy czuje się pan kontynuatorem drogi obranej przez pańskich rodziców, swoistym Żołnierzem Niezłomnym w czasie pokoju?

– „Walka o wolność gdy się raz zaczyna, z krwią ojca przechodzi dziedzictwem na syna” – pisał poeta. To los zadecydował kim dzisiaj jestem, to moje przeznaczenie i moja misja. Misja rzeźbiarza, który swoją sztuką kontynuuje walkę o Polskę wolną i niepodległą. Jej efektem są moje pomniki w Ameryce, które krzyczą na cały świat prawdę o zakłamanej historii polskiego narodu. Narodu dumnego, walecznego i katolickiego, narodu dla którego hasło: „Bóg, Honor, Ojczyzna”, było, jest i będzie kompasem życia.

 

– 1 marca po raz ósmy obchodziliśmy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych, a skoro nawiązaliśmy do pańskich rodziców to prosiłbym, żeby pan przybliżył ich sylwetki a także innych członków pana rodziny zaangażowanych w walkę o niepodległość.
– To prawda, od kilku lat dzięki śp. Lechowi Kaczyńskiemu, prezydentowi RP, 1 marca świętujemy dzień Żołnierzy Wyklętych. W tej intencji ufundowałem doroczną nagrodę im. Michała Krupy „Wierzby”, „Pułkownika”, ostatniego partyzanta oddziału „Wołyniaka” NZW, który 11 lutego 1959 r. został schwytany w obławie w Kulnie. Nagroda ta (500 dol.) jest przyznawana w dziedzinie literatury i sztuki przez redakcję krakowskiego kwartalnika „Wyklęci”.

 

Michał Krupa był starszym bratem mojej mamy, ostatnim żołnierzem oddziału „Wołyniaka” NZW. Jego losy są opisane w książce „Czas gorących serc” napisanej ku czci uczestników walk w obronie władzy ludowej przez kapitana UB Adama Sochę, który poświęcił mojemu wujkowi cały rozdział „Pułkownik Krupa w potrzasku”. Na cmentarzu w Tarnawcu, koło Leżajska ufundowałem pomnik „Wołyniaka”, kapitana Józefa Zadzierskiego, legendarnego dowódcy oddziałów leśnych na Zasaniu, który był postrachem band UPA, NKWD i UB. „Wołyniak” ranny w potyczce z UB w prawe ramię zakażone gangreną popełnił samobójstwo w Szegdach w lutym 1947 roku. Odsłonięcia pomnika „Wołyniaka”, 29 czerwca 1997 r. dokonała jego siostra Alina Glińska, kapitan NOW-AK, NZW. Miejsce spoczynku „Wołyniaka” było przez lata wielką tajemnicą, UB nigdy go nie odnalazło. Pierwszy pomnik ku czci Żołnierzy Wyklętych – partyzantów walczących z komuną, został odsłonięty 10 listopada1983 r. w Bostonie. Z tej okazji burmistrz Bostonu Kevin H. White, proklamował ten dzień „Dniem Polskich Partyzantów”. Był to pierwszy na świecie pomnik poświęcony Żołnierzom Wyklętym. Pomnik ma swoją burzliwą historię, ale to temat na odrębny wywiad. Moi rodzice poznali się w partyzantce, mój tatuś Aleksander Pityński ps. „Kula”, był żołnierzem NOW-AK, oddziału „Ojca Jana”, a potem NZW oddziału „Wołyniaka” kapitana Józefa Zadzierskiego. Po zbombardowaniu Ulanowa 17 września 1939 r. przez Luftwaffe, siostra ojca 16-letnia Józia została zabita, a dwie jej młodsze siostry, Tereska i Dania, zostały ranne. Ojciec w wieku 16 lat poszedł do partyzantki. Brał udział we wszystkich akcjach dywersyjnych, walczył z Niemcami, Armią Czerwoną, z bandami UPA i z Polskim UB, KBW, MO i ORMO. Został ranny 6 maja 1945 r. podczas największej partyzanckiej bitwy z NKWD i Armią Czerwoną. Moja mama, sanitariuszka „Perełka” została ranna w tym samym starciu będąc na pierwszej linii ognia, za co dostała Krzyż Walecznych. Po bitwie oboje zostali odwiezieni na tej samej furmance do szpitala w Jarosławiu i tak się poznali. Ja urodziłem się 15 marca 1947 roku w Ulanowie, w domu mojego dziadzia Andrzeja Marcina Pityńskiego pod opieką mojej babci Marii. Tatuś ujawnił się w kwietniu 1947 r. Mama nigdy się nie ujawniła, ukrywała się wraz ze mną u rodziny w Ulanowie. Kilka dni po ujawnieniu ojciec był aresztowany, przeszedł całe stalinowskie piekło przesłuchań, bicia i tortur w Urzędzie Bezpieczeństwa w Nisku i na zamku w Rzeszowie. Najbardziej pastwił się nad nim porucznik UB Roman Krawczyński i prymitywny Ukrainiec Kendra. W czasie stanu wojennego, ojciec był internowany w Załężu. Straszy brat mojej mamy Michał Krupa „Pułkownik”, został schwytany w obławie w Kulnie 11 lutego 1959 r. i otrzymał karę śmierci, dzięki amnestiom zamieniono ją na 15 lat więzienia, z czego po ośmiu latach odsiadki w Strzelcach Opolskich zmarł i jest pochowany na cmentarzu w Ulanowie. Młodszy brat mamy Stanisław w wieku 17 lat został aresztowany przez UB za pomoc bratu i został skazany na 15 lat, jego wiezieniem była kopalnia w Bytomiu. Z kolei Tadeusz, młodszy brat mojego ojca, mając 18 lat wstąpił na ochotnika do Marynarki Wojennej, ale kilka miesięcy później został aresztowany i osadzony w więzieniu w Sztumie na 15 lat za próbę porwania niszczyciela min, i ucieczki nim przez Bałtyk do Szwecji. Odsiedział dziesięć lat.

 

– Pańskie dzieciństwo naznaczone było traumatycznymi przeżyciami. Proszę opowiedzieć jak ono wyglądało i jak doszło do pańskiego wyjazdu z Polski.

– Okres mojego dzieciństwa przypadł na najbardziej stalinowski czas UB-eckiego terroru. Urodziłem się w rodzinie „bandytów”, na marginesie życia politycznego PRL. Ja również byłem uważany za „bandytę”. Nauczyciel w mojej szkole, Michał Maziarz, komunista ze wsi Przędzel, którego brat był UB-ekiem zlikwidowanym przez NZW, na konferencji nauczycielskiej krzyczał: „Komu chcecie dać maturę? Bandycie?”. Żyliśmy cały czas w niepewności jutra. Od dziadzia na imieniny dostałem scyzoryk, codziennie go ostrzyłem, ojciec mi mówił: „Jak cię będą na siłę brać, to tnij ich po żyłach, po łapach, po nadgarstkach i uciekaj. Nigdy się nie poddawaj! Scyzoryk to twój najlepszy druh, nigdy cię nie zawiedzie”. Nocne rewizje były częste i brutalne, wówczas cały dom był obstawiony przez milicję i ORMO, ludzi w hełmach uzbrojonych w pepesze. Podczas jednej z nich wywlekali nas na zaśnieżone podwórko. Stałem z dziadziem boso na śniegu i patrzyłem jak kilku UB-eków bije pałkami i kolbami ojca skutego kajdankami. Jego białe kalesony oraz śnieg były czerwone od krwi, a ja dusiłem się z bólu bo nie wolno było mi płakać. Potem wrzucano ojca do milicyjnej „suki” i długo go nie widziałem. To wszystko odbiło się na mnie – jako dziecko zacząłem się jąkać, co trwało aż do liceum. Poza tym mieliśmy podsłuchy w domu i ciągłe prowokacje. Podczas jednej z nich w 1966 r., w obronie ojca pobiłem kilku pijanych ormowców, którym na ratunek pospieszyli milicjanci z psem. Za to UB zrobiło mi sąd pokazowy w kinie Hel na rynku w Ulanowie. Przyprowadzono mnie tam jak bandytę skutego kajdankami w obstawie milicjanta i ormowca z pepeszami na ramieniu, a do środka zgoniono mieszkańców Ulanowa i licealistów, tak że kino pękało w szwach. To miało zniszczyć moją przyszłość. Po tym przedstawieniu wyjechałem z Ulanowa. Fama niosła, że siedzę w więzieniu, a ja już wtedy studiowałem w Wyższej Szkole Plastycznej w Krakowie. Po roku zdałem egzaminy na Akademię Sztuk Pięknych i dostałem się na Wydział Rzeźby, oczywiście nie ujawniając mojej przeszłości. Najpierw studiowałem u doc. Mariana Koniecznego, potem wybrałem pracownię prof. Jerzego Bandury i u niego obroniłem pracę magisterską. W tym czasie pracowałem dla prof. Karola Estreichera i na jego zlecenie wykonałem popiersie Ignacego Paderewskiego w Krakowie. Za honorarium kupiłem bilet lotniczy w jedną stronę do Nowego Jorku. Mama mi mówiła: „Jedź synu bo tak jak nas niszczą tak i ciebie zniszczą, jedno co mogą ci dać to kulę w plecy…”. 3 października 1974 roku byłem już w Ameryce, bez znajomości języka angielskiego, bez kontaktów artystycznych, z trzydziestoma dolarami w kieszeni. Tak zacząłem moja przygodę z Ameryką, która trwa do dzisiaj.

 

– Patrząc z perspektywy czasu, jak pan ocenia tę decyzję o wyjeździe? Czy była słuszna? Jak pan się czuje jako artysta-emigrant?
– Czuję się jak polsko-amerykański rzeźbiarz. To, że znalazłem się w Ameryce to było moje przeznaczenie i w odpowiednim czasie spotkałem tutaj właściwych ludzi. Wyjeżdżając miałem tylko jeden cel – sprawdzić się jako rzeźbiarz w Ameryce. Byłem głodny wiedzy, technologii odlewu brązu, a przedsmak tego miałem już podczas praktyki podyplomowej odbytej w odlewni metali kolorowych w Gliwicach. Tutaj w Ameryce, na Manhattanie ogniskują się kultury narodów z całego świata. To kalejdoskop stylów, szkół, galerii oraz wystaw, i ta świadomość, że jest się w Nowym Jorku, w stolicy sztuki, daje motywację i siłę do szukania siebie w tym kipiącym wulkanie sztuki oraz stwarza okazję do sprawdzenia się jako człowiek i rzeźbiarz, poprzez wystawy i realizacje pomnikowe. Rzeźbiarz, który w swoim życiu nie zrealizował pomnika monumentalnego, po prostu się nie sprawdził jako artysta i twórca. Im większy pomnik, tym większa siła przebicia. Za tym stoją pieniądze i sława. Każdy rzeźbiarz na świecie chce być monumentalistą. To proste i logiczne. Tylko beztalencie, dyletant i tchórz bojący się odpowiedzialności za realizację pomnika twierdzi inaczej. Całe moje życie to ciągła nauka. Mistrzem nikt się nie rodzi, do mistrzostwa dochodzi się pracą i praktyką w odlewaniu metali w odlewniach na całym świecie, w Chinach, Tajlandii, Meksyku, Polsce, Ameryce, a także poprzez spotkania z zawodowcami i wspólne szukanie perfekcji w realizacji rzeźby w brązie, aluminium czy w stali nierdzewnej. To wszystko mnie fascynowało i fascynuje do dzisiaj. A najfajniejsze jest to, ze realizuję własne pomysły i idee za pieniądze amerykańskich klientów. Moja decyzja wyjazdu do Ameryki graniczyła z szaleństwem, ale była logiczna i dobra w skutkach. Życia nie zmarnowałem. Jestem szczęśliwy, że jestem lojalnym obywatelem tego wspaniałego kraju jakim jest Ameryka.

 

– Wydaje mi się, że mimo upływu tylu lat, w Polsce nadal są się osoby (np. Piotr Sarzyński z „Polityki”), dla których pan i pańska twórczość jest solą w oku. Myślę m.in. o uszczypliwych komentarzach dotyczących pańskiego monumentalnego stylu i zamieszania związanego z pomnikiem poświęconym Rzezi Wołyńskiej. Co pan sądzi o tego typu krytyce?
– Sztuka to polityka, to wachlarz prądów i stylów, od antysztuki, abstrakcji do hiperrealizmu. Ameryka to kraj wolny, kraj wielu kultur i dlatego jest on wybitnie tolerancyjny. Tutaj nikt nikogo nie atakuje za to, że tworzy coś swojego, tak jak czuje, bo w sztuce najważniejsza jest prawda i oryginalność. To co robię to jest tylko moja sprawa, jak się komuś to nie podoba, niech sam tworzy jak chce oraz niech znajdzie na to czas i fundusze. Szkoda mojego czasu na jałową dyskusję z dyletantem. Ci w Polsce, którzy hołdują antysztuce, miedzynarodowemu bolszewizmowi, mają problem z moją twórczością. I to dobrze, bo mają jakiś punkt odniesienia do swojej zaściankowej inteligencji. Przez lata drepczą w miejscu i nic nowego nie wymyślili, nie stworzyli. Dla tych ludzi talent wizualny nie istnieje, ich misją jest sianie fermentu komunistycznego i niszczenie wszystko co reprezentuje kulturę i sztukę państw narodowych, opartych na talencie wizualnym i kulturach Grecji, Rzymu i chrześcijaństwa. Tutaj w Ameryce my Polacy musimy tworzyć pomniki monumentalne tak silne żeby inne narody wyczuły w nich temperaturę polskiej krwi, krwi która przechodzi z pokolenia na pokolenie, jest wieczna i niezniszczalna. Pomniki monumentalne to słupy milowe w historii narodów, które nie pozwalają innym systemom i filozofiom zniszczyć waloru i rdzenia kultury narodowej. Pomniki milczą lecz uczą przez wieki, są drogowskazami dla przyszłych pokoleń, pokazują skąd przyszliśmy, kim jesteśmy i dokąd idziemy. Pomnik monumentalny to kamerton uczuć i myśli rzeźbiarza, a kto nie czuje rzeźby, ten jej nie widzi. Dobry pomnik oglądany przez chwilę pamięta się przez cale życie. Za Panem Jezusem powiem: „Po owocach jego, poznacie go…”. Tych, którzy mnie krytykują zapraszam do Nowego Jorku – stolicy sztuki współczesnej, i zobaczymy jak się sprawdzą. A big mouth doesn’t make a big man.

 

– Cieszy się pan wielkim szacunkiem wśród Amerykanów i innych artystów-rzeźbiarzy. Przykładem może być Matthew Reiley, zastępca dyrektora ds. Konserwacji w Central Park Conservancy zajmujący się renowacją pomnika króla Jagiełły, który z wielkim szacunkiem i estymą wypowiadał się o panu, pańskiej pracy artystycznej i akademickiej przy okazji spotkań dotyczących remontu pomnika Jagiełły w Parku Centralnym. Jak pan odbiera takie pochwały?
– Miło mi to słyszeć. Matthew Reiley był moim studentem przez dwa lata w Johnson Atelier w Trenton, NJ, na Wydziale Modelowania, Powiększania i Form Gumowych. Był bardzo zdolnym studentem czego dowodem jest to, że otrzymał tak prestiżową pracę. Przez moje pracownie w Johnson Atelier przewinęły się setki rzeźbiarzy z całego świata. Przyjeżdżali żeby poznać amerykańską technologię odlewu brązu na wosk tracony i realizację pomników monumentalnych. Moich studentów można spotkać w różnych częściach świata, pracują jako rzeźbiarze lub prowadzą własne odlewnie brązu.

 

– Doczekał się pan także własnego muzeum, które powstało w Ulanowie, w którym się pan urodził i wychował.
– To prawda, w Ulanowie nad Sanem jest Muzeum Andrzeja Pityńskiego. Pierwszym pomysłem było przeniesienie mojego domku flisackiego, w którym się urodziłem nad San. Niestety domek się rozsypał ze starości. W związku z tym burmistrz Ulanowa Stanisław Garbacz zrealizował kopie mojego rodzinnego domku, w którym znajduje się kolekcja moich rzeźb kameralnych, medali, rysunków węglem i zdjęć moich pomników monumentalnych. Kolekcję tą podarowałem miastu Ulanów z myślą, że będzie się ciągle rozrastać i zarówno dzieci, jak i młodzież szkolna będzie mieć szansę obcowania z rzeźbą w brązie. Takiej kolekcji nie będzie miało żadne muzeum w Polsce. Już teraz zaczyna brakować miejsca na eksponaty w brązie. Wcześniej, w 1989 roku, podarowałem miastu pomnik Jana Pawła II, który stoi na rynku. Był to pierwszy pomnik papieża w Polsce w miejscu publicznym, postawiony bez zgody komunistycznych aparatczyków. Podarowałem także pomnik śp. burmistrza Andrzeja Bąka (2014) i płaskorzeźbę „Tarcze Honoru” (2004), umieszczoną w Ratuszu. Płaskorzeźby Marii Konopnickiej (2004) i papieża (2004) znajdują się na szkole podstawowej, a Michała Janika (1990) na Liceum Ogólnokształcącym w Ulanowie. Z kolei na Ratuszu znajduje się godło Orła Polskiego w brązie, które także podarowałem Konsulatowi Generalnemu w Nowym Jorku (1998) i Ambasadzie RP w Waszyngtonie. Godło z Orłem Polskim znajduje się również na Mauzoleum w Stalowej Woli.

 

– Ma pan na swoim koncie wiele znaczących rzeźb-pomników, który z nich jest dla pana najważniejszy? Proszę także powiedzieć coś o swoich planach i zdradzić nad czym pan obecnie pracuje.
– Najbardziej znane moje pomniki to: pomnik Paderewskiego w Krakowie, „Partyzanci-1” w Bostonie, „Popiełuszko” w Trenton, pomnik Marii Skłodowskiej-Curie w Bayonne, „Mściciel” w Amerykańskiej Częstochowie, papież Jan Paweł II w Ulanowie, papież Jan Paweł II w Nowym Jorku na Manhattanie, „Katyń 1940” w Jersey City, „Anders” na Monte Cassino i w Amerykańskiej Częstochowie, Reduta Matki Boskiej-AK w Warszawie, pomnik Armii Błękitnej w Warszawie, „Partyzanci-2” w Hamilton, „Płomień Wolności-Katyń” w Baltimore, „Sarmata” w Hamilton, „Kościuszko” w St. Petersburgu na Florydzie, „Juliusz Tarnowski” w Tarnobrzegu, pomnik Książki w Lesku, „Patriota” w Stalowej Woli, pomnik Andrzeja Bąka w Ulanowie, „Akcent Karskiego” w Izbicy i „Rzeź Wołyńska”. Jednak najważniejszym pomnikiem dla mnie jest ten, nad którym obecnie pracuję, ale zgodnie z tradycją i umową z klientem, nie mogę o nim mówić – to tajemnica zawodowa. Ciągle intensywnie pracuję, bo wiem, że czasu mam mało, a pomysłów wiele. Chciałbym jeszcze postawić pomnik ku czci „Bohaterów Narodu Polskiego-Żołnierzom Wyklętym”, zamordowanym przez NKWD, UB, KBW i PZPR w Polsce Ludowej. Jak do tej pory to temat tabu. To moja walka poprzez sztukę o honor narodu polskiego, o Polskę, którą kocham.

 

Rozmawiała Agnieszka Dworak