Już niedługo złożę wizytę w Nowym Jorku. Nie mogę się tego doczekać.

Przyjadę w kwietniu; powinno więc być już ciepło i przyjemnie. W trakcie pobytu będę musiał wyjechać na kilka dni do innego stanu. Szkoda, bo stracę kilka drogocennych dni.

Tyle chciałbym zobaczyć osób i miejsc! W jednym z felietonów przedstawiłem już tę listę marzeń. Obejmowała ulubione dania, miejsca, zakątki, miasta; także ludzi, których chętnie bym zobaczył.

Gdy pisałem tamte słowa, były to bardziej marzenia. Co by było, gdyby. Marzy mi się np. Paryż, gdybym tam był na pewno zobaczyłbym znowu Luwr i poszedł na obiad do bistro. Tęsknię do świateł nocnego Tokio, ba, odwiedziłbym ponownie Berlin, z którego wróciłem raptem wczoraj. W przypadku Nowego Jorku tęsknota i oczekiwania są jednak większe. W końcu spędziłem tam nie wakacje, lecz 27 lat życia. Dłuższa jest więc lista miejsc które znam, które rozumiem, które chętnie znowu bym zobaczył.

Nowy Jork nie był poza tym miejscem, które tylko oglądałem. Wiążą się z nim wspomnienia – wszak spędziłem tu w zasadzie całe dorosłe życie. Ledwo zdążyłem przed emigracją wyprowadzić się od rodziców. Przyjechałem tuż po studiach, z praktycznie zerowym doświadczeniem gdy idzie o pracę. Wszystko dobre i złe, co wydarzyło się w moim dorosłym życiu, wydarzyło się zatem w Nowym Jorku. W sensie szerszym, w Ameryce, ale nie wyobrażam sobie, że mógłbym żyć gdzieś poza Nowym Jorkiem, więc reszta Ameryki to dla mnie tylko wspomnienia krótkich wyjazdów i wakacji.

Zmierzam do tego, że czekając niecierpliwie na wylot do Nowego Jorku czuję się jak w tych dniach, kiedy, mieszkając w Ameryce, nie mogłem się doczekać na… wyjazd do Polski.

Dokładnie takie same napięcie, oczekiwania, obawy.

Skoro tyle rzeczy się przeżyło, tyle widziało w jakimś miejscu, jak to sobie wszystko odświeżyć, przerobić na nowo na krótkiej wycieczce? I co wybrać, jakie atrakcje? Tu selekcja jest inna, niż przy ponownych turystycznych odwiedzinach Paryża. W przypadku Nowego Jorku to są miejsca, gdzie poznałem jakąś piękną dziewczynę, upiłem się, zobaczyłem sławnego aktora, dostałem pierwszą pracę, gdzie jako nielegalny imigrant wynająłem pierwsze mieszkanie na swoje nazwisko, gdzie zaczynałem od noclegu na kanapie przyjaciela na Brooklynie, przez wspólne mieszkanie na Greenpoincie, norę na Manhattanie aż do własnego, naprawdę przyjemnego mieszkania, które z mozołem ale i satysfakcją, ładnie urządziłem. To tu, w Nowym Jorku, dostałem pierwszą honorową pracę, otrzymałem wizę pracowniczą, zieloną kartę, obywatelstwo, pierwszą kartę kredytową. Gdzie straciłem pracę, znalazłem nową i też straciłem, gdzie pożyczałem pieniądze od przyjaciół – bez procentu i od banków – za procenty, w nagrodę za dobrą historię kredytową. To tu, na początku pobytu, napadano mnie na ulicy, to tu w późniejszych latach zapraszano mnie do loży w Metropolitan Opera. To tu ze strachem jeździłem po nocy subwayem, a w późniejszych latach wsiadałem do mojego poczciwego jeepa cherokee albo, gdy się napiłem, nonszalancko machałem na taksówkę.

To tu, siedząc z Polakami w jakimś bejsmencie, tęskniłem za Polską. To tu wiele lat później zapraszałem na przyjęcia, do swojego mieszkania z widokiem na East River i Manhattan, przyjaciół Amerykanów. To tu zrobiłem drugie studia i to na tak prestiżowej uczelni, że idąc na zajęcia denerwowałem się jak na pierwszej randce.

To tu byłem nikim a potem kimś. I to bez niczyjej pomocy.

Nie przechwalam się, bo to jest też historia każdego z Was.

Zgodnie bowiem z narzuconą nam amerykańską narracją – prawdziwą czy nie, to inna sprawa – że tu każdy jest kowalem swojego szczęścia, coś tu wykuliśmy, zbudowaliśmy. Coś udowodniliśmy sobie samym i pozostawionym w Polsce bliskim. Coś udowodniliśmy Amerykanom, którzy na początku nie za bardzo wierzyli w nasz potencjał na nowojorską karierę. Udowodniliśmy też coś tym naszym surowym, bezdusznym inspektorom, w postaci banków i urzędów, w tym imigracyjnego: że, szanując tutejsze prawo, wielkim wysiłkiem spełniliśmy wszelkie ich wymagania. Że jesteśmy prymusami, wzorowymi przyszłymi obywatelami.

Dlatego trudno nam stąd wyjechać na zawsze.

Rozczuliłem i rozgadałem, a chciałem tylko napisać, że szykując się do krótkiej wizyty w Nowym Jorku już widzę, że przez te kilka dni nie ogarnę, nie zdążę, nie spotkam się ze wszystkimi, nie załatwię wszystkich spraw.

Dokładnie więc taki scenariusz, jak przy krótkich wizytach w Polsce. Tylu chciało się wtedy zobaczyć przyjaciół, przypomnieć sobie tyle miejsc, załatwić spraw. Odwiedzić miejsca, które kojarzą nam się z przeżyciami dobrymi i złymi. Liceum, w którym gnoiła nas sadystyczna nauczycielka, ale które jednak ukończyliśmy. Uczelnię, na którą udało nam się dostać. Kościół, gdzie mieliśmy lekcje religii. Zakopane czy Sopot, które kiedyś tak nam imponowały. Kawiarnię w niegdyś najlepszym hotelu w Warszawie.

Krótkie wizyty w Polsce przynosiły intensywne emocje także dlatego, że konfrontowaliśmy obraz zapamiętany z aktualnym odbiorem. Czy jest tam tak fajnie, jak było w naszych wspomnieniach? Czy moglibyśmy tam znowu mieszkać? Czy przypadkiem nie zmarnowaliśmy życia mieszkając w Ameryce? Czy nasi, pozostawieni w Polsce przyjaciele, nie są czasem od nas szcześliwsi?

Podobnie podchodzę do przyjazdu do Nowym Jorku. Czeka mnie więcej niż wizyta w miejscu, w którym kiedyś mieszkałem. Czeka mnie ponowne zreasumowanie i ocena swojego życia.

 

Jan Latus