W „Rzeczpopspolitej” wyczytałem, że w Paryżu koczuje aż dziesięć tysięcy bezdomnych Polaków. Po Rumunach i Bułgarach są oni najliczniejszą grupą narodową, która nie ma dachu nad głową. Od siebie dodam, że co trzeci bezdomny w Berlinie jest Polakiem. W polskich i polonijnych mediach rzadko pojawiają się informacje o rodakach, którym się nie powiodło na Zachodzie Europy, w Stanach i Kanadzie. A jest ich przecież niemało, zatem dojmujący to temat. Nie zawsze przyczyną niepowodzeń jest alkohol, nieznajmość języka, czy brak kwalifikacji. W tychże mediach nie ma też reportaży pokazujących grupy Polaków, którzy swoim wulgarnym językiem i chamskim zachowaniem kompromitują Polskę w publicznych miejscach. Wystarczy przypatrzeć się choćby temu, co nierzadko dzieje się po zachodniej stronie Bramy Brandeburskiej w Berlinie, w pobliżu polskich kościołów w Rzymie i Paryżu, czy w parkach na nowojorskim Greenpoincie. Z czego to wynika, że media unikają tego tematu? Może z lęku przed prawdą, że część naszych rodaków nie wspięła się dotychczas na cywilizowany poziom. Nie chcemy ich widzieć, ani o nich wiedzieć. A przecież jest to bolesny problem. Natomiast rzeczone media chętnie pokazują materiały, których negatywnymi bohaterami są imigranci z krajów arabskich. O takie przykłady nie jest trudno, tyle, że nie odzwierciedlają one całości zagadnienia. Niedawno podróżowałem po północnych Niemczech i widziałem setki takich imigrantów, którzy uczęszczali do szkół lub podjęli pracę w różnych przedsiębiorstwach. Z rozmów z moimi niemieckimi znajomymi wiem, że zdecydowana większość tychże imigrantów, po okresie różnych przyuczeń, podejmuje pracę wskazaną przez urzędy do spraw zatrudnienia. W naszych mediach w ogóle się o tym nie mówi. Nie ma też żadnych reportaży pokazujących, jak radzą sobie ciż imigranci w krajach, w których osiedli. Na zamówienie polityczne kształtuje się wyłącznie obrazy ukazujące ich negatywnie.

 

Notabene na palcach jednej ręki policzyć można reportaże pokazujące, jak radzą sobie Polacy poszukujący pracy w obcych krajach. I w pewnym uproszczeniu można powiedzieć, że nad Wisłą nikt się ich kosem nie interesuje, poza ich rodzinami i znajomymi. A emigracja zarobkowa z Polski jest wciąż ważnym problemem społecznym i politycznym. Polskie i polonijne media nie podejmują także problemu naszego nikłego udziału w życiu politycznym, społecznym i kulturalnym kraju, w którym osiedliśmy. Jakże smutno pod tym względem wypadamy na tle np… Żydów.

$

Skoro o naszych mediach mowa, nie mogę nie odnotować przesadnego polocentryzmu polskich stacji telewizyjnych. Podczas ostatniej olimpiady zimowej pokazywały one tylko te dyscypliny, w których brali udział Polacy. I robiły to równie wybiórczo jak media amerykańskie. W narciarskich skokach nasza drużyna zajęła trzecie miejsce. I telewizje pokazywały tylko ją. Żadnego zainteresowania zwycięską drużyną norweską, która zdobyła złoty medal. Żadnej refleksji, dlaczego to właśnie Norwegowie zwyciężyli, nie tylko w tej dyscyplinie, ale i całej olimpiadzie. To samo dotyczy innych złotych medalistów. Liczą się tylko nasi. Czy to nie za wąskie pojmowanie olimpiady? Czy aby już nie za dużo jest tego naszego narcyzmu narodowego?

$

Nasi śpiewacy podbijają świat. Aleksandra Kurzak, Piotr Beczała, Mariusz Kwiecień, Artur Ruciński, Jakub Józef Orliński triumfują na najsłynniejszych scenach i estradach. Ilu z nas to obchodzi? Ile naszych mediów pokazuje, jak owacyjnie przyjmowani są przez publiczność, ile mediów interesuje się wspaniałymi recenzjami, jakie otrzymują? Kto wie o niedawnych francuskich owacjach dla „Mazowsza” m.in. w Bordeaux, Paryżu i Calais?

$

Kiedy mówię Starszym Braciom w Wierze, że nie tylko Jan Karski, ale i rząd polski w Londynie informował Amerykę o Zagładzie Polskich Żydów – milczą. Kiedy pokazuję im apel w tej sprawie zamieszczony w 1942 roku w „New York Timesie” – milczą. Kiedy mówię o misji rotmistrza Witolda Pileckiego – milczą. Kiedy pytam, co zrobiły światowe organizacje żydowskie we wrześniu 1939 roku dla ratowania Polski, ojczyzny ponad trzech milionów ich rodaków – milczą. Kiedy mówię o tysiącach Żydów, którzy w tymże wrześniu 1939 roku przeszli od razu na stronę sowieckiego wroga – milczą. Natomiast, kiedy jest mowa o wydawaniu Żydów przez Polaków, ograbianiu ich i prześladowaniu, ożywiają się natychmiast. Polski antysemityzm, rzeczywisty i rzekomy, rozwiązuje języki. Jakby był wyłącznie polskim fenomenem. Kiedy mówię, że Polacy w czasie wojny musieli ratować również samych siebie – zero reakcji. Kiedy mówię o wywożeniu ich na Wschód – zero reakcji. Kiedy mówię o czwartym rozbiorze, dwóch okupantach i dwóch okupacjach – zero reakcji. To samo, kiedy przypominam Polaków, którzy byli więźniami obozów koncentracyjnych. W dalszych rozmowach ważny jest głównie los Żydów. Po tzw. wyzwoleniu nie istnieją zniewalani przez bolszewików Polacy, istnieją tylko Żydzi nie chciani przez tychże Polaków. Problem Żydów-bolszewików nie dociera do świadomości moich rozmówcow. Holokaust, jeśli już nie unieważnia, to pomniejsza wszystko inne. Tak, to prawda – powinniśmy już dawno przeanalizować nasze winy wobec owych Starszych Braci w Wierze. O wiele cięższe i liczniejsze, niż to sobie uświadamiamy. Przeanalizować i wyciągnąć wnioski. Ale i druga strona powinna także w końcu zauważyć Polaków, którzy zostali przez nią pokrzywdzeni. Nie jest ich mało. Szukanie prawdy nie może pomijać ich losów. I nie mogą oni być traktowani jako ludzie drugiej kategorii, mniej istotni w swym człowieczeństwie od członków narodu wybranego. Niestety nie wierzę w dobre intencje żadnej ze stron. Nie wierzę też w gotowość ujrzenia w całości tejże prawdy i wypracowania trwałego porozumienia. Potrzeba nienawiści zatriumfuje. Jest coś niesłychanie chorego w naszych wzajemnych relacjach. Coś, czego wciąż nie umiem rozpoznać. Niekiedy wydaje mi się, że mimo wielu różnic jesteśmy jednak do siebie bardzo podobni. I może w tym tkwi owa niemożność pełnego porozumienia się.

$

Najtrudniejsze przed nami. Miejmy na podorędziu ów wspomniany apel „Poles ask Allies to halt Slaughter” zamieszczony w 1942 roku w „New York Timesie”. To jest bardzo ważny dowód. Można go teraz znaleźć w Internecie, np. na Facebooku. Zofia Zalewska – znakomita fotograficzka i podróżniczka oraz wieloletnia czytelniczka „Kuriera Plus”, podesłała mi kopię artykułu „Word from the Ghetto” opisującego wizytę Jana Karskiego u prezydenta Roosevelta w sprawie Zagłady Żydów. Został on opublikowany 8 marca 1999 roku w amerykańskim „Newsweeku”. Ponoć ucina oskarżenia o naszą obojętność wobec Holocaustu. Jednoznacznie też pokazuje obojętność prezydenta USA wobec tej straszliwej tragedii. Pomocny może być również film Sławomira Grunberga „Karski & the Lords of Humanity”. I na zakończenie jakże niewygodne pytanie – czy Żydzi ratowaliby Polaków, gdyby to oni pierwsi byli skazani na Zagładę?

 

an