Połowa września. Dokładnie siedemnasty. Opustoszała plaża. Ocean wystąpił z brzegów. Drewniane płoty odgradzające wydmy wyglądały jak bramy donikąd. Leżeliśmy na gorącym piasku. Ja. On. I Gombrowicz spoglądający z okładki „Książek”, dodatku do Gazety. Zdegustowany wyraz twarzy kandydata do wyższości ożywał co rusz, wprawiany w ruch przez wiatr. Ziarenka piasku wchodziły mu do oczu i wydatnych ust. Właśnie wtedy przeczytałam fragment rozmowy, od której wszystko się zaczęło. „Czy historia o pana egzaminach końcowych w Oksfordzie, na które stawił się pan w białej koszuli z torebką heroiny i długopisem służącym do wciągania narkotyku, jest prawdziwa? – Miałem jeszcze kamizelkę; to w jej kieszeni przyniosłem heroinę. Stawiłem się na te ustne egzaminy kompletnie nieprzygotowany. O niektórych przedmiotach – jak historia języka – usłyszałem wtedy po raz pierwszy” – odpowiedział Edward St Aubyn, autor cyklu książek o Patricku Melrosie. Niezwłocznie zanotowałam tytuł na wydłużającej się w nieskończoność liście must read. Mijały miesiące podczas których konsumowałam biografie, reportaże, wspomnienia i dzienniki. Na powieść uznaną za wybitną, międzynarodowy bestseller, którego autor – postać powszechnie znana w kręgach brytyjskiej arystokracji – przyznał publicznie, że tak, jak główny bohater cyklu od trzeciego do ósmego roku był gwałcony przez ojca i jego dzieło jest „podróżą ku prawdzie, autentyczności, samostanowieniu i wolności” nie miałam czasu. Aż w końcu, znużona atmosferą schyłkowości w listach Mrożka do Tyrmanda oraz własnym nieutulonym żalem za wszystkim, kim mogłam być i gdzie, przeczytałam: „O wpół do ósmej rano, niosąc wyprasowane zeszłego wieczoru pranie, Yvette szła skrajem podjazdu w stronę domu. Sandał, w którym urwał się pasek, cicho plaskał i musiała zaciskać palce stopy, żeby nie spadł, stąpała więc niezgrabnie po zrytej, kamienistej ziemi”.

Pierwszy rozdział tomu zatytułowanego „Nic takiego” powstał trzydzieści lat temu. „Pamiętam dobrze ten początek, bo już po publikacji książki dostałem list od jednej z kobiet, które opiekowały się mną w dzieciństwie” – mówi Edward St Aubyn. „Ta francuska niania napisała, że wspomnienia z tamtych lat w Prowansji ścigały ją przez całe życie. Wspomnienia o moich krzykach zza zamkniętych drzwi, które słyszała, stojąc na dole schodów. Przeprosiła mnie za brak reakcji” – wspomina. Kiedy pierwsza książka z serii była już gotowa, autor codziennie dzwonił do wydawcy z prośbą o wycofanie powieści. „Całość wydawała mi się okropna, […] materiał parzył w ręce, tak był radioaktywny”.
St Aubyn pisze o dekadencji władzy, jej nadużywaniu, destrukcyjnej roli arystokracji. „Fascynacja bogactwem skoncentrowanym w rękach coraz mniejszej liczby ludzi to zjawisko globalne. Na świecie utworzyła się ponadnarodowa elita, która wysysa ze społeczeństw wszystkie zasoby kosztem pozostałych. Zresztą nie tylko ze społeczeństw, także z planety, wszystkich żywych istot” – mówi w rozmowie z Juliuszem Kurkiewiczem.

Zasysa mnie ta powieść. Wciąga jak narkotyczny trans, o którym traktuje druga część serii – „Złe wieści”. Młody Patrick Melrose przylatuje do Nowego Jorku po prochy ojca i wpada w ciąg. Sceny żarzą się, wybuchają jak atomowe grzyby krwi w strzykawce z heroiną: „Nie chciał połykać całej czarnulki, bo skończyłoby się to piętnastogodzinną megalomańską odyseją, a na takiej przytomności mu nie zależało. Z drugiej strony musiał się jakoś uwolnić od wrażenia, że wrzucono go do basenu z powoli schnącym cementem”. Ujmuje angielskie poczucie humoru:
„– Byłeś już u ojca? – spytała wprost. – Byłem – odparł natychmiast. W trumnie robi bardzo dobre wrażenie. Był o wiele łatwiejszy niż zazwyczaj. – Uśmiechnął się rozbrajająco. […] – Czyli podobało ci się, że byłeś z nim w miejscu, na które nie narzekał? – Otóż to – potwierdził Patrick. – Nie wierzyłem własnemu szczęściu. Na początku byłem przekonany, że zaraz usiądzie w trumnie jak wampir o zmierzchu i powie, że obsługa jest skandaliczna. Musiałbym z nim objechać ze cztery domy pogrzebowe. Nawiasem mówiąc, obsługa była skandaliczna. Pokazali mi niewłaściwe ciało. […] trafiłem na wesoły żydowski koktajl na cześć niejakiego Hermanna Newtona. Żałuję, że nie mogłem zostać dłużej, zabawa była przednia”.

Czytam. W drodze do pracy. Z pracy. I w. Ukradkiem. Pod stołem. Wyrywam kęsy zdań. Choć mi nie wolno. Jestem na podglądzie. Czułe oko kamery śledzi każdy ruch. Czytam w komunikacji publicznej. Wybieram dłuższe trasy. Rozsiadam się wygodnie w cudzym życiu. Przegapiam przystanki. Tarasuję przejścia dla pieszych. Czytam przy śniadaniu. I po obiedzie. Zamiast wykonywać czynności. Jestem nieczynna. Do odwołania. Zaszywam się. I nadużywam. Literatury. To najlepszy sposób żeby uciec. Od nękających pytań. Towarzyskiej nudy. Politycznej hucpy. I deszczu w każdym oknie. Kot mruczy przez sen. Prawą ręką głaszczę pręgowany grzbiet. Lewą przewracam kartki. Trzeci tom nosi tytuł: Jakaś nadzieja.

 

Weronika Kwiatkowska