1 Marca – Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych.
4 marca – „Tropem Wilczym” – Bieg Pamięci Żołnierzy Wyklętych odbywa się w całej Polsce, ale również w wielu miejscach na świecie. W tym roku profesor Krzysztof Szwagrzyk, wiceprezes IPN, pamiątkowe medale wręczy uczestnikom biegu w Nowym Jorku. Na dzień przed wylotem do USA rozmawiamy z Profesorem w jego gabinecie w Warszawie.

 

– Aktywność Pana Profesora w zakresie poszukiwania polskich bohaterów to właściwie wiedza powszechna. Proszę jednak przypomnieć, co było impulsem do poszukiwań na „Łączce”. Jak prace się zaczęły, ilu Niezłomnych udało się odnaleźć i zidentyfikować?

Kiedy w Polsce w 1989 r. runął komunizm, wydawało się, że niebawem Państwo Polskie podejmie starania w kierunku odnalezienia miejsc pochówku tysięcy ludzi, którzy padli ofiarą komunizmu. Ludzi, których dziś nazywamy Żołnierzami Wyklętymi. Tak się jednak nie stało. Lata 90. ubiegłego wieku to zdecydowanie nie był czas, w którym rozmawiano o historii.

Pierwsze prace w zakresie poszukiwań podjąłem w 2003 r. Dotyczyły one kpt. Włodzimierza „Kresowiaka” Pawłowskiego, który został stracony we Wrocławiu w 1953 r. Zarówno miejsce, w którym odnaleziono jego szczątki, jak i późniejsze potwierdzenie jego tożsamości, zapoczątkowało długą drogę, którą podążamy do dziś. Drogę żmudnych poszukiwań miejsc, w których komuniści ukrywali szczątki swoich ofiar, a naszych bohaterów. Przez lata była to działalność naprawdę wąska.

Aż trudno uwierzyć, że jeszcze dwa lata temu mój zespół liczył tylko cztery osoby. Dopiero w 2015 r. powstało Biuro Poszukiwań i Identyfikacji Instytutu Pamięci Narodowej – specjalny pion, którego zadaniem jest poszukiwanie miejsc, w których znajdują się szczątki naszych bohaterów zamordowanych nie tylko przez polskich komunistów, ale także przez Sowietów, Ukraińców, czy Niemców.

W ciągu tych dwóch lat odnaleźliśmy szczątki ponad tysiąca ofiar. Do tej pory, na podstawie badań genetycznych, zidentyfikowaliśmy ok. 70 z nich. Prace laboratoryjne cały czas trwają. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której Państwo Polskie z realizacji tego podstawowego obowiązku zrezygnuje. Zawsze zależało nam na stworzeniu struktury, która mogłaby wykonywać tego typu zadania, jednocześnie opierając się jakimkolwiek wiatrom politycznym. Dziś myślę, że udało nam się to zrobić.

 

Z perspektywy czasu widzę, że pracujemy na rzecz przyszłych pokoleń. Tak wielkiego zadania z pewnością nie da się wykonać w kilka lat, w szczególności biorąc pod uwagę skalę terroru i mordów dokonywanych na Polakach zarówno podczas II wojny światowej, jak i podczas okresu stalinizmu.

 

– 1 marca przypada Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”. To poniekąd dowód na to, że Państwo Polskie chce i będzie kontynuować misję odnalezienia naszych bohaterów. 1 lutego w Pałacu Prezydenckim IPN ogłosił nazwiska 22 osób, których szczątki odnaleziono zarówno w Polsce, jak i za granicą.

– Uroczystość w Pałacu Prezydenckim, podczas której wręczamy noty identyfikacyjne rodzinom, nastąpiła wyjątkowo 1 lutego, a nie 1 marca jak zazwyczaj. Było to spowodowane problemami natury logistycznej. Zapewniam jednak, że w tym roku odbędą się kolejne konferencje identyfikacyjne. Natomiast z okazji 1 marca IPN przygotował szczególną wystawę prezentowaną w Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL, czyli w dawnym więzieniu przy ulicy Rakowieckiej w Warszawie. To miejsce, w którym w czasie stalinizmu przesłuchiwano i mordowano naszych bohaterów. Wystawa będzie opowiadała o tym w szczególny sposób. Przez najbliższe tygodnie będziemy pokazywać rzeczy osobiste ofiar, które znaleźliśmy na warszawskiej „Łączce”. Dziś te przedmioty, bardzo osobiste chcemy pokazać wszystkim Polakom, a historię naszych bohaterów opowiedzieć poprzez artefakty, które odnaleźliśmy przy nich w dołach śmierci. Nie każdy wie, że jeden z oficerów w chwili śmierci ukrył medalik, na odwrocie którego umieścił imię swojej żony, córki i swoje własne. W ten sposób chcemy opowiedzieć historię ludzi, którzy zginęli dla nas i dla naszej ojczyzny.

Ponadto, kilka dni temu zaprezentowaliśmy wszystkim Polakom wirtualną mapę miejsc pamięci, tzw. wirtualną „Łączkę”, która zawiera zdjęcia z poszczególnych lat. Na osi czasu widać, jak zmieniał się teren w obrębie „Łączki”. Zrobiliśmy to z myślą o młodym pokoleniu, wiedząc, że multimedia to narzędzie, którym młody człowiek posługuje się najczęściej. W ciągu zaledwie jednego dnia stronę odwiedziło 10 tys. użytkowników. Jestem przekonany, że ta wirtualna „Łączka” będzie żyła w naszej wspólnej pamięci i w najbliższym czasie doczeka się wirtualnej „Rakowieckiej”, wirtualnego „Służewia” i innych miejsc związanych ze śladami po okresie terroru komunistycznego.

 

– Biorąc to pod uwagę, jak odniósłby się Pan Profesor do książki Piotra Zychowicza pt. „Skazy na pancerzach. Czarne karty epopei Żołnierzy Wyklętych”. Autor przekonuje, że „nie ma wątpliwości, że Żołnierze Wyklęci dzielnie walczyli o słuszną sprawę. Nie oznacza to jednak, że wszyscy byli nieskazitelnymi bohaterami, jak przekonują brązownicy naszej historii”. Pan Profesor zajmuje się poszukiwaniem Żołnierzy Wyklętych od wielu lat, zna Pan ich historię jak mało kto. Jak Pan ustosunkowuje się do takich publikacji?

– Nie wierzę w szlachetne intencje autora, który mówi, że tak naprawdę chce jedynie zadawać pytania, bowiem sposób, w jaki to robi świadczy o jego nieszczerości. Ta publikacja ukazuje się w szczególnym dla wszystkich Żołnierzy Wyklętych i Polaków momencie. W zasadzie w przeddzień ich święta, ktoś przygotowuje pracę i robi to z pełną świadomością. Autor wybiera pojedyncze zdarzenia, niepoprawnie interpretuje dokumenty, dobiera je do z góry założonej tezy i usiłuje udowodnić, że Żołnierze Niezłomni byli naznaczeni skazą. To znaczy nie byli takimi, których my możemy dzisiaj uznać za bohaterów. Gdybyśmy przyjmowali taką perspektywę, moglibyśmy równie dobrze powiedzieć, że nie powinniśmy w ogóle nauczać o powstaniu kościuszkowskim, listopadowym, styczniowym, bo wówczas także miały miejsce pojedyncze incydenty. W przypadku Żołnierzy Niezłomnych mówimy o ponad stu kilkudziesięciu tysiącach ludzi, którzy przez prawie dziesięć lat trwali z bronią w walce. Często w czasie tej walki, albo podczas przesłuchań w katowniach UB, ginęli na podstawie wyroków sądowych strzałem w głowę. Powstaje pytanie czy my dzisiaj mamy ich oceniać z perspektywy pojedynczych okoliczności, którym próbuje nadać się rangę masowych i powtarzalnych? Odpowiedź brzmi: zdecydowanie nie. Myślę, że kiedy już mówimy o tej pracy, warto wspomnieć o innych publikacjach tego autora, jak choćby „Obłęd 44”, która ukazała się kilka lat temu tuż przed 1 sierpnia, czyli rocznicą powstania warszawskiego. Jest to pewien sposób funkcjonowania tego autora. Mówi, że stawia pytania, ale tak naprawdę nie stawia ich, nie licząc się w dodatku z prawdą historyczną. Nie jest zresztą zawodowym historykiem. To, co robi, przypomina niestety prace Pana Grossa, który też – nie będąc historykiem – stawia pytania, rzuca krzywdzące tezy, a potem mówi „ale przecież trzeba to wszystko wyjaśnić. Ja tylko stawiam pytania”. Nie zgadzam się z takim podejściem do historii. Żałuję, że praca pana Zychowicza się ukazała. Nie dość, że niczego nie wnosi, to nie stawia pytań, a oskarża prawdziwych bohaterów.

 

– Wróćmy do prowadzonych przez IPN prac np. na Łączce, ale także w innych miejscach w Polsce. Dużo słyszy się o wolontariuszach, którzy pracowali na „Łączce”. Kim oni są?

– Spędziliśmy na „Łączce” i w innych miejscach wiele czasu. Zawsze byli z nami wolontariusze. Jak było ich wielu niech pokaże doświadczenie z 2017 roku, czyli z ostatniego etapu, kiedy na naszych listach podpisało się ponad 250 osób. W przeważającej większości byli to ludzie młodzi, ale nie tylko. W każdym miejscu, w którym ogłaszamy rozpoczęcie poszukiwań, zgłaszają się do nas wolontariusze. Bardzo często zdarza się, że podczas spotkań i referatów w całej Polsce zgłasza się ktoś z sali z pytaniem „co trzeba zrobić, żeby móc pracować przy poszukiwaniach?”. To dla mnie, dla naszego zespołu, bardzo budujące zjawiska. Widzimy, że to co robimy, ma w oczach wielu ludzi szczególną wartość. A wielu z nich chce dołączyć chociaż na chwilę, na parę godzin, aby dotknąć tej ziemi, w której leżą szczątki naszych bohaterów. Nie jest tajemnicą i mówiłem o tym wielokrotnie, że to, co odnajdujemy, to nie są zwyczajne groby ze szczątkami. Znajdujemy tysiące fragmentów szczątków ludzkich, zniszczonych przez świadome działania komunistów z lat 80. I te szczątki naszych bohaterów, Pana Rotmistrza, Pana Generała, Pana Pułkownika, odnajdujemy wspólnie, z pomocą rąk wolontariuszy, przesiewających ziemię przez sita. Teraz jest czas, kiedy te pojedyncze fragmenty są badane, identyfikowane za pomocą badań genetycznych. Wierzę, że wśród tych odnalezionych, ale jeszcze niepotwierdzonych genetycznie, są szczątki Pana Rotmistrza, Pana Generała, Pana Pułkownika. To jedynie kwestia czasu, kiedy będziemy mogli potwierdzić ich tożsamość.

 

– Jak ocenia Pan nowelizację ustawy o IPN? Coraz częściej słyszy się, że choć była potrzebna, to sposób jej procedowania był naganny – najpierw przez około rok leżała w tzw. „zamrażarce” w Sejmie, aby później zostać przegłosowaną w dzień wyzwolenia niemieckiego obozu Auschwitz-Birkenau.

– Wyznaję w życiu zasadę, że jak nie można powiedzieć prawdy, to lepiej zamilknąć. To jedno z trudniejszych pytań, jakie otrzymuję. Odpowiem na nie tak, jak potrafię i proszę o wybaczenie, że forma będzie taka, a nie inna. Przez lata IPN budował swój wizerunek, jako instytucji naukowej, archiwalnej, edukacyjnej, której zadaniem jest przekazywanie nam Polakom trudnej wiedzy o systemach totalitarnych, które w tak okrutny sposób odcisnęły swoje piętno na losach Polski i Polaków w XX wieku. Teraz mamy taką oto sytuację, gdzie na całym świecie IPN zafunkcjonował – wbrew temu, czy nam się to podoba czy nie – jako instytucja represyjna. Instytucja, w której pracuje ok. 2000 ludzi, którzy na co dzień śledzą przypadki obraźliwych zwrotów w kierunku Polski i Polaków po to, żeby podjąć czynności śledcze czy ekstradycyjne. Z pewnością obecna sytuacja nie pomoże nam w naszej pracy. To bardzo smutna konstatacja.

 

– Dlaczego strona ukraińska sprzeciwia się pracom ekshumacyjnym? Niektóre kręgi opiniotwórcze w Polsce mówią o tym, że Polska i Polacy powinny „stawić czoła czarnym kartom swojej historii”, ale w stosunku do Ukrainy są już pobłażliwi.

– Warto umieścić odpowiedź na to pytanie w kontekście historycznym. Kiedy dziś słyszymy o pewnych trudnościach w kontaktach polsko-ukraińskich, to należy przypomnieć, że w Biurze Poszukiwań i Identyfikacji IPN stworzony został Wydział Kresowy. Zabieg ten wykonany został z pełną świadomością, że musi istnieć odrębna, wyspecjalizowana komórka, której zakres prac obejmować będzie tylko ziemie dawnych Kresów Rzeczypospolitej, które znajdują się na terenie dzisiejszej Litwy, Białorusi, czy Ukrainy. Powód był prosty: na tych ziemiach zamieszkałych przez ludność polską, które przez wieki należały do Rzeczypospolitej, znajdują się groby i mogiły Polaków. Wiosną 2017 r. IPN uzyskał odpowiednie zgody i pozwolenia na przeprowadzanie prac związanych z poszukiwaniami, ekshumacją i identyfikacją szczątków na terenie Ukrainy. Ku naszemu zaskoczeniu, nagle otrzymaliśmy informację, że strona ukraińska nie wyraża zgody nie tylko na jakiekolwiek ekshumacje, ale także poszukiwania na terenie państwa ukraińskiego. Jako koronny argument wysunięto fakt zniszczenia pomnika w Hruszowicach na Podkarpaciu. W ocenie strony ukraińskiej była to profanacja. Tymczasem prawda jest taka, że za rozebraniem tego pomnika nie stało Państwo Polskie. Była to inicjatywa oddolna, a pomnik od początku był nielegalny, o czym strona ukraińska doskonale wiedziała. Co więcej, gdyby pomnik ten upamiętniał konkretne, wymienione z imienia i nazwiska osoby, wówczas podlegałby ochronie prawnej. Upamiętniał on jednak cztery sotnie UPA, w tym sotnie Hrynia, Żeleźniaka czy Stiacha. Te podstawowe jednostki organizacyjne UPA mają na rękach krew Polaków. Nigdy nie będzie w Polsce zgody na to, żeby honorować formacje zbrodnicze. Polskie Państwo i Polacy te sotnie za właśnie takie uznają. Strona ukraińska stoi na stanowisku, że warunkiem koniecznym uzyskania pozwolenia na prace poszukiwawcze jest odbudowa tego pomnika. Na to zgody nie będzie.

Sytuacja się zaostrza. Warto przypomnieć, że jeszcze w ubiegłym roku Ukraina wybudowała na Przełęczy Wereckiej pomnik ku czci rzekomo wymordowanych w 1939 roku przez Polaków sześciuset strzelców siczowych. Wszelkie badania historyczne wskazują jednak, że takie wydarzenie historyczne nigdy nie miało miejsca. Skoro nie było takiego wydarzenia, to akt ten możemy odbierać tylko jako jawną prowokację. Jest to również dowód na to, że stronie ukraińskiej nie zależy na merytorycznej dyskusji. Konferencje naukowe historyków polskich i ukraińskich odbywają się od wielu lat, ale nigdy nazwa Przełęczy Wereckiej, w kontekście rzekomej zbrodni Polaków, nie została wymieniona. Okazuje się, ku zaskoczeniu wszystkich, także historyków, którzy w tych cyklicznych spotkaniach biorą udział, że doszło do mordu, o którym nikt wcześniej nie słyszał. To pokazuje kierunek działań strony ukraińskiej.

Ostatnie wydarzenie, tzn. uroczystości żałobne, modlitwa i oddanie hołdu ofiarom pomordowanych 28 lutego 1944 roku w Hucie Pieniackiej przez UPA i Niemców również nie napawa optymizmem. W drodze do tego miejsca mijaliśmy domy, na których wywieszone były flagi banderowskie. To dla nas sytuacja niedopuszczalna, a dla rodzin i potomków ofiar tego mordu szczególnie bolesna. Co więcej, na miejscu odkryliśmy tablicę, której nie było jeszcze rok temu, a na której w sposób zdecydowany neguje się udział Ukraińców w tej zbrodni. Widniejący na niej tekst mówi, że w zasadzie to Polacy ponoszą odpowiedzialność za to, co ich spotkało, bowiem Armia Krajowa bestialsko zamordowała dwóch niemieckich żołnierzy i w odwecie strona niemiecka spacyfikowała Hutę Pieniacką. To wręcz niebywałe. Jak widzimy, mamy do czynienia nie tylko z zakazem prac poszukiwawczych i ekshumacyjnych na terenie Ukrainy. Napotykamy także utrudnienia, aby w spokoju oddać hołd Polakom zamordowanym na tamtych terenach. W końcu mamy do czynienia z negacją, że w akcji tej brały udział formacje ukraińskie. To rewizjonizm historyczny w najczystszej postaci. To bardzo smutne.

 

– Podsumujmy jednak pozytywnym akcentem – 11 listopada obchodzić będziemy 100-lecie odzyskania niepodległości. Jak ocenia Pan stan przygotowań do tego wielkiego święta?

– Obchodzimy 100-lecie niepodległości w tym roku. Spośród bardzo wielu inicjatyw, które już są i które się pojawią, IPN prowadzi wiele działań upamiętniających naszych przodków, którzy walczyli o niepodległą Polskę. Jednym z nich jest akcja „Rówieśnicy Niepodległej”. Celem akcji jest upamiętnienie ludzi, którzy urodzili się w 1918 roku – tych, którzy w sposób piękny i godny zachowali się w 1939 roku, stając do walki z najeźdźcą niemieckim i sowieckim, a później przez całą wojnę walczyli w szeregach Polskiego Państwa Podziemnego. Wielu z nich kontynuowało tę walkę po 1944 roku. Aż trudno uwierzyć, jak wielu ich było. Ale to pokazuje nam pewną ciągłość pokoleń, kontynuację tradycji niepodległościowej, która przechodzi z ojca na syna. I dzisiaj my – Polacy XXI wieku mówimy: pamiętamy. Pamiętamy o tych, którzy przed stu laty wywalczyli niepodległość i tych, którzy się wtedy urodzili, aby w latach następnych tej niepodległości tej bronić.

 

SP