Czwartek rano

Jak co roku z okazji Dnia Prezydentów (Presidents’ Day) tzw. znawcy (politolodzy specjalizujący się w ocenianiu prezydentów) układają ranking wszystkich prezydentów. Jak przez lata, w czołówce nie ma zmian: Abraham Lincoln, George Washington, Franklin Delano Roosevelt, Theodore Roosevelt, Thomas Jefferson, Harry Truman and Dwight Eisenhower.

Tutaj specjalnie sporu nie ma, ale już od ósmego miejsca tak. Poprzednio był na nim Bill Clinton, ale poprawnościowa akcja #MeToo zepchnęła tego znanego miłośnika płci niewieściej po dobroci i bez niej na miejsce 13. Awansował bowiem na nie (dopiero 18. w ostatnim zestawieniu z 2014 r.) Barack Obama. Jako żywo nie wiadomo czemu uznano go za lepszego prezydenta niż pogromcę komunizmu Ronalda Reagana (przynajmniej awans do pierwszej dziesiątki na 9. Miejsce), bo chyba nie za kulejący i walący się system powszechnych ubezpieczeń medycznych tzw. Obamacare. Znaczy domyślam się: złotousty i elokwentny ponad miarę (na tych przydługich przemowach naprawdę można było przysnąć) był jakby ideałem prezydenta dla pań i panów politologów. Zawsze zapatrzony we własne ego już od pierwszych dni w Białym Domu interesował się jak zapamięta go Historia, stąd liczne spotkania choćby z prezydenckimi historykami i modelowanie się na przyszłego Ojca Narodu. Ale przecież osiągnięcia ostatnich są dość umiarkowane i nie grzały tak bardzo Amerykanów, że na następcę wybrali totalną odmienność, Donalda Trumpa. A obecny lokator Białego Domu numer 45, w rankingu zajmuje także ostatnie, 45. Miejsce. Tak, tak, proszę Państwa. Po roku na urzędzie jest już najgorszym prezydentem w historii, gorszym nawet niż James Buchanan, obarczany za doprowadzenie niemal do rozpadu Stanów Zjednoczonych i Wojny Secesyjnej, która wybuchła tuż po wyborze jego następcy, Lincolna. To się nazywa obiektywne i naukowe podejście. Podejrzewam, że w głowach wielu z tych politologów Trump już był najgorszym prezydentem zanim w ogóle zdążył złożyć prezydencką przysięgę.

 

*

Dużo piszę się o wojnie Trumpa z mediami, ale trzeba pamiętać że dziennikarze to prawie jak politolodzy, kończyli te same szkoły, znają się pewnie jak stare byki. I opinia o 45. prezydencie jest niemal identyczna: wciąż nie mogą pewnie wyjść z podziwu jakim cudem nowojorski miliarder wygrał wybory. Myślę, że to wręcz ich boli: jak taki parweniusz zajął miejsce, które przynależy się tym, których namaszczą Wielce Szanowne Jedyne Sprawiedliwe (Kto Przeciw Nam To Rusek Albo #FakeNews) nowojorsko-waszyngtońskie media.

Niezły snop światła na sposób myślenia dziennikarzy rzuca książka krytyka medialnego (kiedyś CNN i „Washington Post”, dzisiaj FOX News) Howarda Kurtza pod znamiennym tytułem „Media Madness”. Nie ukrywając, że Trump prowadzi swoistą wojnę z mediami rzucając na żywo w telewizji na prawo i lewo „kłamiesz”, „jesteś Fake News” i że tę wojna – w dużej mierze wyreżyserowany teatrzyk pod nie lubiącą mediów prawicową publikę – jest skuteczną prowokacją generującą tanią sensację i poparcie, bardziej zajmuje się tym, co stało się z mediami w czasie relacjonowania kampanii Trumpa i w pierwszych miesiącach jego prezydentury. A stało się bardzo wiele złego.
Pisze Kurtz: „Zbyt wielu dziennikarzy i zarządzających mediami, przebywających w bańce opinii podobnych do swoich, przekonało siebie, że ich świętym obowiązkiem jest przeciwstawiać się Trumpowi. Normalne reguły równowagi i obiektywnego podejścia uległy zawieszeniu, jako relikt spokojniejszych czasów. Usprawiedliwieniem tego było powiedzenie sobie i całemu światu, że mają obowiązek odpychać prezydenta Trumpa, a nawet wypchnąć z Białego Domu gdyż ich zdaniem nie kwalifikuje się na urząd, nie ma umiaru i upiera się przy wprowadzaniu w życie szkodliwych projektów politycznych. Wzięli na siebie misję udowodnienia, że prezydent brał udział w utrudnianiu działania wymiaru sprawiedliwości i prawdopodobnie spiskował z Rosją (…) Typowa śpiewka antagonistów Trumpa wśród dziennikarzy mówi o tym, że muszą oni się oprzeć traktowaniu tej administracji normalnie, jak każdej innej. Ale w tym działaniu i dziennikarstwo stało się nienormalne. Prawdopodobnie największym przekroczeniem jest pogarda, drwina, jeśli nie wręcz otwarty wstręt, które są widoczne w tak wielu materiałach i segmentach telewizyjnych o prezydencie, zwłaszcza tych zajmujących się rozrywką, choć przez osmozę przenikających też do materiałów informacyjnych”. I na koniec rzuca piękne zdanie, z którym trudno się nie zgodzić: „Donald Trump nie będzie wiecznie prezydentem, ale reputacja mediów będzie tak poraniona przez te lata konfrontacji, że nie wróci już nigdy”. Pięknie, tylko jaka „reputacja mediów”? Jej już dawno nie ma, została utopiona w lewacko, polityczno-poprawnościowej papce, która wylewa niemal ze wszystkich tzw. mediów głównego nurtu, no może wyłączając FOX News i The Wall Street Journal.

Żeby nie było gołosłownie, trochę przykładów. „Drodzy wyborcy Trumpa: jesteście bandą idiotów” (Daily Beast). O samym Trumpie: „niewiarygodnie, skoncentrowany tylko na sobie, narcystyczny, nie nadający się na urząd głupiec” (Ann Navarro, CNN), „kretyn (…) szczerze nienawidzę tego człowieka i naprawdę mam na myśli słowo NIENAWIDZĘ (Charles Blow, New York Times). Do Trumpa zwracali się także przedstawiciele szołbiznesu: „Jesteś śmieciem” (Sarah Silvermann), „Donald. J. Trump jest kutasem bez serca” (Rob Reiner), „biały rasista, bigot, najbardziej głupi i obrażający wszystkich prezydent jakiego znam w swoim życiu” (Jamele Hill, ESPN). Internetowy Salon. com zadał nawet czytelnikom pytanie: „Czy Donald Trump jest najgorszym z ludzi jakiego jesteśmy sobie w stanie wyobrazić?” Aby zaraz dodać odpowiedź: „Nie tylko Trump szybko stał się najgorszym prezydentem w historii, jest być może najbardziej znienawidzonym żyjącym człowiekiem”. No i ta ledwo maskowana wyższość krytyków decyzji Trumpa o wycofaniu Stanów Zjednoczonych z paryskiego porozumienia klimatycznego. „To będzie dzień, w którym USA zrezygnowały z przewodzenia całemu Wolnemu Światu” (Fareed Zakaria, CNN). „Trump do Ziemi: a zdychaj” (nagłówek Huffington Post). Czy nazwanie decyzji prezydenta „pokazaniem światu środkowego palca” (Michael Grunwald, Politico Magazine).

Smakowitości, po prostu. Ale po Trumpie wszystko spływa jak po kaczce. Co ciekawe, dziennikarze mają do Trumpa o wiele większy dostęp niż do ukochanego przez nich Obamy, który zawsze wszystko lubił kontrolować. Obecny lokator Białego Domu gada cały czas z dziennikarzami czy to off-the-record czy nie, czy wydzwaniając do nich po nocach. Jak powiedział niedawno Peter Baker, główny korespondent głównego antagonisty Trumpa – The New York Timesa – ataki na media nie przeszkadzają mu w pracy w Białym Domu. „Gdy pracuję jako reporter w Białym Domu, to nie ma tak wielkiego znaczenia. To jest po prostu teatr” stwierdził Baker. I tak to jest. Nawet bluzgając i potępiając Trumpa, media w perwersyjny sposób promują go jeszcze bardziej, dając wartą miliardy dolarów, darmową reklamę. Donald to wie i nie boi się tego używać.

Jeremi Zaborowski