Słowa tytułu zaczerpnięte z wiersza „Ulica” Tadeusza Peipera streszczają, moim zdaniem, istotę fotografii Marka Rygielskiego, zaprezentowanych na piątkowym wernisażu w Galerii „Kuriera Plus“.

Na ekspozycji pod nieco mylącym tytułem „Manhattan” artysta, fotografik, podróżnik, entuzjasta dalekich, samotnych wypraw rowerowych, człowiek wielu talentów, zaprezentował ponad dziesięć dużych, starannie wykonanych prac; wybór spośród dziesiątków, czy setek nawet zdjęć zrobionych w ciągu lat.

Piszę, że tytuł jest nieco mylący, ponieważ Rygielski przedstawił na swych fotogramach jedynie dystrykt finansowy i okolice Times Square. Każdy z nas wie, że Manhattan ma wiele twarzy, oprócz „szklanych domów”, tłoczą się w dzielnicach biedy koślawe, na wpół zrujnowane domki, oprócz nowoczesnych wieżowców istnieje stary Nowy Jork, niemiłosiernie niszczony, ale jeszcze jest, trwa, oprócz ulic, ruchu, gwaru i ścisku, są miejsca na relaks, na spacer i oddech, klaustrofobia i przestrzeń.

Domyślać się jednak można intencji artysty. Chciał powiedzieć, co i my wszyscy mimowolnie nawet robimy: istotą, metaforą, czyli wizualnym (bądź mentalnym) skrótem Manhattanu, nie jest Lower East Side czy, powiedzmy, Chelsea, ale właśnie okolice Wall Street. Miastem par excellence, jego kwintesencją jako wykwitu cywilizacji, miastem obróconym ku sobie, a nie ku rzekom, czy w stronę parków (choć jedno z takich ujęć oglądamy, widok na beton, szkło i aluminium z perspektywy trawnika i drzew). Tym jest Manhattan w ujęciu Rygielskiego.

W taki sposób można by uchwycić ogólną atmosferę wystawy, nastrój przenikający całość prezentowanego dzieła. Mówiąc natomiast konkretniej, pierwszą cechą, jaka się rzuca w oczy, to pion przedstawienia. Miasto rwie się do góry, wyżej i wyżej. W wielu przypadkach – tworzy skomplikowane piętra wertykalnej struktury. Na zdjęciach Rygielskiego istnieje tylko jeden wymiar, jeden kierunek, jedno lotne napięcie. Monotonia? Może, ale na pewno zryw, energia, dynamiczna siła witalna prąca do przodu, do góry, do życia. Przez wieki przyroda stanowiła symbol wigoru; dziś – powiada nam przez swe dzieła Rygielski – to miasto reprezentuje werwę i rozmach współczesnego życia.

Manhattan jest miastem „totalnym”, pochłania całą przestrzeń życiową, wypełnia ramy fotograficznego obrazu. Na wielu wizerunkach nie widać nawet nieba, tylko ulice, ruch samochodowy i pieszy, kamienne spiętrzenia gmachów, na wyścigi pnących się do góry jeden nad drugim. Ma się wrażenie jakiejś biologicznej, darwinowskiej walki o byt: ku górze, ku niebu i światłu dnia, ku życiu.

Kolejną charakterystyczna cechą Manhattanu Rygielskiego jest kolor. Zwykle widzimy miasto jako szare, buro-cementowe, w półmrok wysokościowców słońce rzadko zagląda w kaniony ulic, niekiedy tylko błyśnie jakąś barwą. Tymczasem w obiektywie Rygielskiego Nowy Jork jest bajecznie kolorowy, mieni się rozmaitością i wielością barw. Niemal nieprawdopodobne. Zapytałem więc kuratorkę wystawy, Jagodę Przybylak, która starannie wybierała z artystą jego zdjęcia do tej ekspozycji.

Nie, zapewniła, to nie są fotografie „kolorowane”. Rygielski czekał niekiedy długo i cierpliwie na właściwe z jego punktu widzenia oświetlenie fragmentu miasta, aby uchwycić je w słońcu, które wydobywa z murów, z zabudowy, ogłoszeń i reklam, autentyczne barwy. Widzimy je na co dzień, ale nie dostrzegamy i w pośpiechu nie zwracamy uwagi, po prostu nie zauważamy.

Autorytet znakomitej fotografki rozwiewa wszelkie wątpliwości: Rygielski oczekiwał na odpowiednie ujęcie, aby wydobyć to, czego w zniecierpliwieniu codzienności nie widzimy: kolor współczesnej cywilizacji.

Na przedstawionych fotografiach widzimy Manhattan jako miasto, ale na wielu – po prostu jako jedną bryłę, jako rzeźbę. Nowy Jork -powiada nam Rygielski -jest wielkim dziełem sztuki, patrzmy na nie jak na fantastyczną, współczesną formę o wielu kształtach, załamaniach; wielościan, geometryczną masę wypełnioną ruchem, dźwiękiem, kolorem.

Oglądam rozwieszone na ścianach fotogramy po raz kolejny i się dziwię: Marek jest nieco samotnikiem, ma naturę medytacyjną, refleksyjną, a w swej sztuce fotograficznej zainteresował się światem, z którego ucieka w dalekie wyprawy, tam gdzie jest oddech, przestrzeń i powietrze, gdzie panuje cisza i szansa na kontemplację otoczenia. Jak on godzi te dwie rzeczywistości?

Czesław Karkowski