Jaka piękna drabina. Zgrabna. I potrzebna. Postawiona w kącie. Pomalowana na biało. Jakie to oryginalne. A jednocześnie proste. Genialny pomysł. Fantastyczny. Cmokają. Mówią z pełnymi ustami. Good job. Good job. A ona znosi. Z ulicznych wystawek. Tymczasowych ołtarzyków. Po które nie zdąży przyjechać śmieciarka. Nogę manekina. Wyszczerbioną balię. Samotny kafelek łazienkowy. Kawałek mosiężnej klamki. Wszystko jest skądś. Zdobyczne. Bo nie lubi wydawać pieniędzy. Jest do nich bardzo przywiązana. Ma intymny związek z kontem bankowym. W pustym mieszkaniu czule gładzi książeczkę czekową. Gdy nie może zasnąć liczy zera. Wszystko co robi jest zorientowane na zysk.

Kiedyś żyła. Mocniej niż inni. Budziła się w sypialniach obcych mężczyzn, nie wiedząc jak tam trafiła i po co. Budziła się pod domem. Zasikana. W podartych sukienkach. W wymiocinach. Własnych. Cudzych. To było dawno. Była młoda. Uciekła z domu w Teksasie. Od matki, która ją zostawiła. Od ojca pracoholika. Seks w wielkim mieście. Jazda bez trzymanki. Mogła już nie żyć. Ale podniosła się. Uwierzyła w Boga. Zrobiła dwanaście kroków. Skończyła szkołę. Dzisiaj projektuje szkaradne sukienki, za które ludzie płacą setki dolarów. Ma pieniądze. Własny biznes. Zatrudnia. Zwalnia. W zależności od nastroju. Który zmienia się często. Lata nadużywania zostawiły ślady. Terapia nie przynosi oczekiwanych rezultatów. Byle drobiazg potrafi wyprowadzić ją z równowagi. Po niekontrolowanych napadach szału wysyła przeprosiny esemesem. Albo kupuje pączki w czekoladzie. Jest jak mąż alkoholik. Najpierw bije. Potem przynosi kwiaty i obiecuje poprawę. Dry drunk. Pozostaje trzeźwy, ale nadal działa dysfunkcyjnie.

Jaka piękna drabina. Co myślisz? – pyta. Uśmiecham się krzywo i mówię: w porządku. Nie podoba ci się? Jest ok – rzucam niedbale. Wzruszam ramionami. Nie przyłączam się do chóru piejących z zachwytu. Ja pierdolę. To tylko kawałek krzywo przyciętego drewna pomalowanego olejną. Dlaczego w tym mieście wszyscy mają pretensje do bycia artystami? Nie ma zwykłych ludzi. Są tylko wyjątkowi. Genialni. Oryginalni. Najlepsi. Trzeba składać hołd. Trzeba schylać głowę. Przed sztuką z paździerza. Manekinem w kasku. Martwą papugą w galerii. I jeszcze płacić za bilety.
Popelina. Ersatz. Żart.

Nie chcę brać w tym udziału. Ale biorę. Chodzę na wystawy lokalnych artystów. Czytam wywiady z ludźmi sukcesu, których jedynym osiągnięciem jest dryfowanie na życiowej powierzchni. Słucham mówiących o znaczeniu ojczystego języka polszczyzną tak kaleką, że więdną sztuczne kwiaty na stole przykrytym wykrochmalonym obrusem. Jest tak „elegancko i z kulturą”, że nic tylko puścić pawia. Przyglądam się trzeciorzędnym gwiazdom chałturzącym w greenpoinckich knajpach. Publiczności, która zamiast słuchać, rozmawia. Przyszli tylko po to, żeby zrobić sobie zdjęcie ze znanym <ryjem>. Tak nazywają swoje trofea polscy paparazzi. Podobno mają cennik. Za Kożuchowską płacą lepiej niż za Dymną. Gdyby jeszcze zataczała się na chodniku albo sikała w bramie. Ale nie. Grzecznie pozuje na ściankach. Nie wychodzi z domu bez makijażu. Ma zawsze czyste majtki.

*

Jesteś naszym polonijnym skarbem – szczebiocze starsza pani w futrze. Czuję zapach kulek na mole. Albo tylko mi się wydaje. Pisz dalej, pisz pięknie – radzi. Czytamy, co piątek czytamy – klepie po plecach. Tylko na to można liczyć. Na serdeczne poszturchiwanie. I tanie komplementy. „Chcą mnie dalej w Nowym Yorku, ale ja dalej nie mam jeszcze papierów. Kiedy to mówię tutejszym, dziwią się i myślą, że fantazjuję. Żaden z nich nie jest uchodźcą, bo uchodźcy się nie dziwią; wiedzą, że papiery to nie formalność, ale egzystencja, najczystszy z Bytów, zaś administracja nie uznaje innej, jak tylko administracyjnej, egzystencji. Przychodzimy z nicości i dopiero drogą zaklęć i obrządków nadaje nam się odrobinę istnienia, tyle żeby podlegać administracji” – pisał Sławomir Mrożek do Leopolda Tyrmanda w 1969 roku. Miał na myśli zawirowania paszportowe, nie zieloną kartę. O tę nigdy się nie ubiegał. Żył w Europie. Do Polski wrócił dopiero po piętnastu latach. Jak się później okazało, tylko na chwilę. Jednak w listach pisarzy, które wymieniali w latach 65 – 82 znajduję zapisy bliskich mi stanów wewnętrznych. „U mnie gówno, to znaczy nie mogę nic osiągnąć z tego, co zamierzałem osiągnąć; ale ponieważ nigdzie nie jest powiedziane, że życie ma się składać z osiągnięć, przeto trwam mizernie, zgodnie z prawidłami życia. Ponieważ zaś bezruch jest korzystniejszy od ruchu, przeto zamierzam się także nie ruszać stąd na razie […]”*. Więc kiedy coraz częściej, prosząc o pomoc, słyszę, że powinnam przeprowadzić się do Kanady albo wrócić do Polski, mam ochotę odpowiedzieć jak Płatonow w sztuce pod tym samym tytułem: „Nowe życie? Ja ze starym nie wiem, co robić, a wy mi proponujecie nowe?”. I jeszcze raz zacytować polskiego dramatopisarza, który pisał o losie emigranta: „[…] jakie głody mnie wyrzuciły z tej norki. A przecież możliwe, że byłem za duży na nią, ale jestem za mały na wszechświat. Że tam było mi za ciepło, ale gdzie indziej jest mi za zimno. Może jednak wolę zdychać z zimna niż ze smrodu. Tak, na pewno”.**

*Leopold Tyrmand, W emigracyjnym labiryncie. Listy 1965 – 1982.

** Sławomir Mrożek, tamże.

 

Weronika Kwiatkowska